O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2013 - Dhaulagiri (8167m npm)

Od wyprawy na K2 i Broad Peak minęły już prawie 3 lata i powoli zaczęło mnie znowu korcić aby pojechać w Himalaje. Początkowo myślałem o Makalu, ale wyprawa tam trwałaby min 8 -10 tyg. na co nie do końca mogłem sobie pozwolić z powodu urlopu. Ostatecznie zdecydowałem się dołączyć do wyprawy na Dhaulagiri pod egidą Polskiego Himalaizmu Zimowego, której kierownikiem był Jurek Natkański. Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) od dawna była w moich planach, głównie dlatego, że to piękny, wybitny szczyt, z bogatą historią i podobno przepięknym trekiem do bazy. Siódmą górę świata mieliśmy zdobywać drogą uznawaną za normalną – pierwszych zdobywców, poprowadzoną północno - wschodnią granią.

Nazwa Dhaulagiri pochodzi z sanskrytu i oznacza olśniewającą/białą górę i odnosi się do masywu górskiego w którym znajduje się 13 wierzchołków, a najwyższy z nich wznosi się na wysokość 8167 m n.p.m. i jest siódmą górą w koronie Himalajów. Masyw jest położony w Himalajach środkowo- zachodnich pomiędzy dolinami Khali Gandaki i Bheri, ta pierwsza jest jednym z najgłębszych wąwozów świata i oddziela masyw Dhaulagiri od kolejnego potężnego masywu himalajskiego – Annapurny. W pierwszej połowie XIX wieku - aż do momentu odkrycia Kanczendzongi góra ta była uważana za najwyższą na świecie. Jest to również najwyższy szczyt położony w całości na terytorium Nepalu.

Po raz pierwszy góra została zdobyta 13 maja 1960 roku przez szwajcarsko-austriacką wyprawę pod kierownictwem Maxa Eiselina. Na wierzchołku stanęli: Kurt Diemberger, Peter Diener, Ernest Forrer, Albin Schelbert oraz Szerpowie Nawang Dorje i Nyima Dorje. Ciekawostką jest to, że w wyprawie tej brali również udział Polacy: Adam Skoczylas, oraz lekarz wyprawy Jerzy Hajdukiewicz. Pierwszego polskiego wejścia dokonali w 1980 roku Wojciech Kurtyka i Ludwik Wilczyński.

Skład wyprawy stanowili:

  1. Jerzy Natkański - kierownik wyprawy, 58 lat, Klub Wysokogórski Warszawa.
  2. Darek Załuski – zastępca kierownika wyprawy, 53 lata, KW Warszawa.
  3. Agnieszka Bielecka - 34 lata, KW Wrocław.
  4. Robert Cholewa - 48 lat, Członek Klubów Wysokogórskich w Katowicach i Gliwicach.
  5. Marcin Miotk – 40 lat, KW Warszawa.
  6. Tamara Styś – 34 lata, KW Warszawa.
  7. Piotr Tomala - 41 lat, KW Katowice.
  8. Jacek Żyłka Żebracki – 36 lat, Klub Skialpinistyczny Kandahar, ratownik GOPR.

W wyprawie brał udział również „osobisty” Sherpa Roberta -> Sonam. Bazę z nami dzielili również Włoch Simone La Terra wraz z Pawłem Michalskim. Od strony organizacyjnej wspierała nas lokalna agencja Prestige Travel. Szefem kuchni był Jagade.

3 kwiecień

Wylot z Polski do Kathmandu via Doha. Mój pierwszy lot do Kathmandu z jedną tylko przesiadką. Niesamowity komfort porównując z poprzednimi podróżami, a szczególnie z przesiadkami w Delhi.

4 kwiecień

Busem udaliśmy się z Kathmandu do Beni (ok. 10 godzin).

5 kwiecień

Cały nasz dobytek zapakowano na ciężarówkę, a my autobusem dojechaliśmy do Dobang skąd po obiedzie w ciągu godziny doszliśmy do miejscowości Kharr, dokąd nasze rzeczy dojechały ciężarówką. Mieliśmy trochę poczucie zmarnowanego dnia po tak krótkim treku, dlatego wieczorem odbyła się narada, aby ustalić dalszą cześć trekingu, żeby więcej takich niespodzianek nie było.

6 kwiecień

Pobudka o 5-tej. 5:30 śniadanie. 6-sta wymarsz. Opłacało się, bo kilka godzin szliśmy w cieniu. Dzisiaj prawą strona rzeki doszliśmy do Naura. Trochę się pogubiliśmy, bo przeszliśmy o jeden most za wcześnie tj. nowym, a nie starym (następnym), po przekroczeniu którego wzdłuż rzeki dochodzi się do Naura. (7 godz.)

7 kwiecień

Dzisiejszy odcinek do Dovan był najcięższym dniem treku bo ciągle góra-dół-góra-dół - większość w lesie, gdzie ciężko było się zorientować w terenie. Ostatni tragarze doszli bardzo późno wieczorem już po ciemku. (7 godz.)

8 kwiecień

Szybki (6 godz.) trek do pięknie położonego Italian base camp. Szło się przyjemnie prawie cały czas do góry. Droga w większości powyżej granicy lasu, więc pięknie widać okoliczne szczyty.

9 kwiecień

Planowo dzisiaj zrobiliśmy sobie dzień odpoczynku, aby lepiej się zaaklimatyzować. Zrobiliśmy kilkugodzinne wyjście aklimatyzacyjne. Cena piwa skoczyła do niebotycznych 600 rupii (6 USD) – tani Nepal się chyba już skończył.

10 kwiecień

Wyjście do bazy głównej. Szło się przyjemnie bo cały czas zdobywaliśmy wysokość (6 godz.). W bazie mieliśmy małe zamieszanie, bo tragarze zostawili rzeczy w miejscu, gdzie nie było wystarczająco miejsca na nasz obóz, więc musieliśmy ich motywować, aby przenieśli wszystkie rzeczy trochę wyżej.

11 kwiecień

Urządzanie bazy, rozstawienie kopuły mesy, przyjście Francuzów z agencji Monterosa. Byliśmy pierwszą wyprawą w bazie, więc zapowiadało się sporo pracy przy poręczowaniu drogi.

12 kwiecień

Koniec turystyki. Dzisiaj wyszliśmy w górę w składzie: Styś, Bielecka Miotk, Żebracki, Załuski. Chcieliśmy rozpoznać drogę pod ścianę tzw. Eigeru i zaporęczować wejście w ścianę i część trawersu. Przejście lodowca okazało się bezproblemowe. Po około 40 minutach doszliśmy pod ścianę. Szybko związaliśmy się z Jackiem, wziąłem dwa czekany i poprowadziłem dość czujny tego sezonu próg skalny, który zawalony był śniegiem. Trochę się spociłem, ale przy użyciu technik drytoolowych udało się sprawnie przejść trudności. Byłem zaskoczony, że nie ma prawie żadnych widocznych śladów poprzednich wypraw, ale był to chyba wynik dużej ilości śniegu. Resztę terenu poprowadził dzisiaj Jacek. W ciągu 5 godzin udało się nam dotrzeć na wysokość około 4900 m n.p.m. i założyć w sumie 400 metrów lin poręczowych. W efekcie połowa trawersu Eigeru została zaporęczowana.

13 kwiecień

Zespół Cholewa, Natkański , Tomala, Sonam zaporęczował pozostałą drogę do plateau. Po południu odbyła się ceremonia pujy, którą „poprowadził” Sonam.

14 kwiecień

Wyszliśmy zespołem Styś, Bielecka Miotk, Żebracki, Załuski celem założenia jedynki, ale po przejściu plateau załamała się pogoda. Sypało śniegiem, spadła widoczność, więc po krótkiej naradzie zostawiliśmy depozyt i wróciliśmy do bazy.

15 kwiecień

Rest w bazie z powodu dużego opadu i zagrożenia lawinowego.

16 kwiecień

Rest w bazie, miał być dalszy opad, a była super pogoda. Byliśmy wkurzeni, ale trudno, podobno następne dni też mają być ok.

17 kwiecień

Wyszliśmy w końcu (Styś, Bielecka Miotk, Żebracki, Załuski) celem założenia jedynki. Droga do depozytu przez plateau poszła sprawnie. Co ważne, zawsze się wiązaliśmy na początku plateau aż do samej jedynki (związani chodziliśmy tym odcinkiem aż do końca wyprawy, zarówno do góry jak i w dół). Od końca plateau na początku spiętrzenia lodowca zacząłem torować mając Jacka za partnera na linie. Miało to być pierwsze przejście do jedynki w sezonie. Droga wydawała się logiczna aczkolwiek mocno kluczyła miedzy olbrzymimi szczelinami. Wyznaczyłem sobie rytm 20 kroków i szybko posuwałem się do przodu. Początkowo był cień, ale jak wyszło słonce, zrobiło się potwornie gorąco. Torowałem dalej. Potem nawet chciał mnie zmienić Jacek, ale wydawało mi się, że jest już blisko jedynki. Było to jednak złudzenie. Droga ciągnęła się bez końca. Ciągle straszyły nas groźne seraki, które w każdej chwili mogły się na nas zwalić. Słońce wyciskało z nas ostatnie poty. W końcu wyszliśmy na bardziej bezpieczny teren. Torowałem dalej. W końcu o 12-tej po 8 godzinach osiągnęliśmy miejsce obozu 1 (5800m n.p.m.) pod serakiem. Trzeba powiedzieć, że droga do jedynki jest dość wymagająca – to prawie 5,5 km w poziomie, 1200 m w pionie, większość w terenie mocno uszczelinionym i narażonych na urywające się seraki.

Po 2-3 godzinach doszła po śladach do jedynki druga grupa (Cholewa, Natkański , Tomala, Sonam).

18 kwiecień

Rano wyszliśmy wszyscy na lekko w kierunku obozu 2, aby trochę się zaaklimatyzować. Szło się dobrze, widoczność była znakomita – doskonale widać było przebieg dalszej drogi na Dhaulagiri oraz masyw Annapurny. Szukaliśmy wzrokiem seraka pod obóz 2, ale seraków na grani było kilkanaście – więc ciężko było z tej wysokości powiedzieć, gdzie powinniśmy w przyszłości rozbić dwójkę. Ostatecznie dotarliśmy na wysokość 6200 m npm. Druga noc w jedynce minęła bezproblemowo.

19-23 kwiecień -> opad, załamanie pogody

24 kwiecień

Ten sam zespól (Styś, Bielecka Miotk, Żebracki, Załuski) co torował pierwsze wyjście do jedynki wyszedł z Francuzami celem ponownego przetorowania drogi do jedynki po kilkudniowym opadzie. Śniegu było znacznie więcej niż pierwszym razem. Francuzi przetorowali drogę wokół tzw. Eigeru, potem na plateau ja z Jackiem wzięliśmy torowanie na swoje barki. Powiedzieć, że było ciężko to mało. Słońce paliło niemiłosiernie! Żar lejący się z nieba był trudny do opisania. Słońce wdzierało się wszędzie. Dodatkowo trzeba było wyrywać poręczę spod zwałów śniegu. Pod koniec w torowaniu pomogli Francuzi oraz Tamara, Darek oraz Agna. Po 10godz ok. 14-tej wyczerpani dotarliśmy do jedynki. A tam przykra niespodzianka, czyli kompletnie zasypane i przygniecione śniegiem namioty. Udało się nam je delikatnie odkopać, na szczęście nie były połamane, ale to kolejny dowód, że namioty trzeba składać podczas zejścia do bazy. Wiedzieliśmy, że nie ma szans abyśmy jutro gdziekolwiek mieli wychodzić. Konieczny był odpoczynek.

25 kwiecień

Rano, w większości po śladach doszli do nas zespół Cholewa, Natkański , Tomala, Sonam, Simone i Paweł.

My odpoczywaliśmy, gotowaliśmy, jedliśmy. Podczas popołudniowej narady ustaliliśmy, że jutro rano zacznie torować drogę w kierunku obozu 2 zespół Cholewa, Natkański , Tomala, Sonam.

26/27 kwiecień

Wspomniany zespół wyruszył do góry ok. godz. 6 rano, torując drogę w kierunku dwójki. Pozostali łącznie z Francuzami wyruszyli w różnych odstępach czasowych za nimi, ostatni zespół: Marcin, Jacek i Agna wyruszyli około godziny 8 rano. Wszystkie grupy spotkały się przy wejściu na grań około godziny 11 rano. Pogoda dopisywała, zmienialiśmy się przy torowaniu, ponieważ śnieg po kolana nie pomagał w szybkim zdobywaniu wysokości. Na wysokości ok. 6600 m n.p.m. zerwał się porywisty wiatr, któremu towarzyszyły nieprzyjemne lawinki pyłowe. Znacznie pogorszyła się widoczność. W tych warunkach określenie miejsca obozu drugiego graniczyło z cudem. W tych okolicznościach każdy z zespołów „namiotowych” (Darek z Tamarą, Agna z Jackiem i Marcinem, Piotrek z Robertem i Sonamem oraz Jurek z liderem Francuzów) skupił się na znalezieniu w miarę bezpiecznego miejsca na rozbicie namiotu, ponieważ na grani nie było jednego miejsca, które pomieściłoby 3 namioty. Moja trójka zdecydowała się rozbić namiot pod niewielkim serakiem, który dawał chociaż małą gwarancję, że nie zasypie nas jakaś większa lawina. Zaczęliśmy kopać platformę i tak kopaliśmy przez 2 godziny, bo nasz 3-osobowy namiot wymagał sporo miejsca. Pogoda dalej była parszywa. W końcu postanowiliśmy rozstawić namiot, dalej jednak spora jego cześć wisiała w powietrzu. Tak musi zostać – zdecydowaliśmy i skupiliśmy się na porządnym zabezpieczeniu namiotu odciągami, linkami, śrubami lodowymi, czekanami, szablami i wszystkim co się do tego jeszcze nadawało. Jurek z Francuzem zaczęli rozbijać się przy nas, aczkolwiek ich docelowa platforma nie była dostatecznie osłonięta od spadających z góry pyłówek. Wreszcie przy zapadającym zmroku wgramoliliśmy się do środka. Było pewne, że czeka nas noc pełna atrakcji zatytułowanych „zabawy ze śniegiem”. Zaczęło się niewinnie. Gotowaliśmy, jedliśmy i nic nie było w stanie zakłócić naszego spokoju. Około 22 pierwsze „pociągi towarowe z świeżą dostawą śniegu” zaczęły zjeżdżać całą ścianą Dhaulagiri. Nasz namiot trzymał się dzielnie aczkolwiek podmuchy i nam dawały się we znaki, śniegu przybywało z każdej strony. Na zmianę zaczęliśmy odkopywać zasypywany namiot. Obok w namiocie Jurka i Francuza sytuacja robiła się jeszcze bardziej dramatyczna. Śnieg upodobał sobie kuluar nad ich namiotem i co rusz z hukiem spadał na ich namiot. Po kilku takich „przygodach” chłopaki nie wytrzymali (ja już dawno bym wymiękł) i nieśmiało zapytali czy mogą u nas „przenocować”. Niby nie ma problemu, ale sami nie byliśmy pewni czy zostaniemy tu do rana, tym bardziej że Agna i Jacek zaczęli mnie przekonywać, że trzeba schodzić w środku nocy na dół, a co najmniej do innych namiotów. Jednak szybka łączność wykazała, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Wszystkie obsady walczyły z odkopywaniem namiotów ze śniegu. Ktoś by powiedział, że to żaden wyczyn spędzić noc w 3-osobowym namiocie w 5 osób. Byłaby to prawda, gdyby namiot był w pełni rozłożony, a obecnie raczej przypominał mała dwójkę niż komfortowa trójkę. Dodatkowo na zmianę musieliśmy odkopywać ciągle padający śnieg. Węzeł gordyjski naszych ciał, śpiworów był iście imponujący. Z utęsknieniem wypatrywaliśmy nadchodzącego świtu. Do samego rana towarzyszyły nam lawiny pyłowe. Gdy tylko zrobiło się jasno, Jurek z Francuzem wyszli z naszego namiotu, aby czym prędzej schodzić w dół. Gdy w namiocie w końcu zrobiło się luźniej i mogliśmy myśleć o zwijaniu namiotu, huraganowy wiatr i ciągłe pyłówki nie ułatwiały sprawy. W trójkę jednak daliśmy radę i przy pomocy wcześniej założonej poręczówki wycofaliśmy się w kierunku grani. Porywisty wiatr smagał po twarzy niemiłosiernie. Zeszliśmy granią kilkadziesiąt metrów do miejsca, gdzie Robert, Piotr i Sonam rozbili namiot. Zapadła decyzja, że schodzimy wszyscy do bazy, bo po takiej nieprzespanej nocy nikt nie ma sił, aby napierać wyżej. Czułem osobiście wielki niedosyt, że nie udało nam się spędzić kolejnej nocy w okolicach 6700 – 6800 m n.p.m., co przy moim dobrym samopoczuciu byłoby przepustką do ataku szczytowego. Cóż, ale tutaj góry rozdają karty – uspokajałem sumienie. Na grani (ok 6700 m n.p.m.) powstał duży depozyt z namiotów i lin. Ja zniosłem wszystko łącznie z liną do jedynki, bo do depozytu na grani nie byłem przekonany. Wieczorem wszyscy zameldowali się w bazie. Podczas zejścia spotkaliśmy trójkę Hiszpanów.

28 kwiecień

Rest w bazie. Spało się fantastycznie. W bazie zapanowała wiosna. Zniknęły ostatnie fragmenty śniegu. Bokiem bazy płynie rzeka. W namiotach pojawiły sie muchy oraz... myszki (przypominam jesteśmy na wysokości 4700 m n.p.m.). Po obiedzie zaczęliśmy analizować, gdzie jest obóz drugi, ponieważ seraki w ścianie wyglądają inaczej niż na zdjęciach z ostatnich lat. Dwa zespoły analityczne rozpoczęły prace. Porównywano zdjęcia z lat ubiegłych, filmy, tegoroczne zdjęcia. W końcu udało się wypracować kompromis, polegający na tym, że obóz 2 leży ok 100 metrów powyżej naszego ostatniego noclegu, blisko grani, pod ostatnim większym serakiem najbliżej grani. Kolejne wyjście udowodni nasze rozważania. Wieczorem trochę główkowaliśmy, co tu dalej robić, bo pogoda na najbliższe dni miała być mocno wietrzna, a szanse na wyjście w górę znikome. Postanawiamy z Jackiem zejść jutro niżej na odpoczynek do Salagarii (3050 m npm).

29 kwiecień

Po śniadaniu ruszamy z Jackiem do Italian base camp. Po drodze spotykamy podchodzącą do góry wyprawę niemiecką z trekersami. Droga bardzo się nam dłuży. Przed Japanese base camp, gdzie droga podchodzi blisko skał, lecą z góry kamienie. Wniosek na przyszłość : trzeba wyruszać o 5 rano, albo mieć kask. Inaczej duże ryzyko. Po 4,5 godz., po pokonaniu ponad 12 km meldujemy się w Italian base camp, tam krótki rest, piwo i schodzimy niżej do Salagarii (3050m,1godz) - pięknie położony kemp, przy rzece, w większości w cieniu. Kupujemy dalbat za 400 rupii, smsujemy z Jurkiem w sprawie pogody, ale ciężko coś konkretnego ustalić, bo prognoza się zmienia. Spotykamy tam fajną grupę z Rosji z Jekaterinburga, co ciekawe znają Polaków, którzy zimą chcieli wejść na Biełuche – Ole Dzik oraz Bartka Tofela.

30 kwiecień

Spaliśmy jak dzieci 12 godzin. Czytamy gazety, oglądamy filmy, ale po południu postanawiamy przenieść się wyżej do Italian, bo jakby była pogoda na atak 5-tego, to byśmy musieli iść jutro do bazy, a z Italian mielibyśmy bliżej. Już po dojściu do Italian okazuje się, że pogody do 9-tego nie ma, więc postanawiamy jeszcze jedną noc spędzić w Italian.

1 maj

Italian camp jest pięknie położony, dookoła góry, duża przesterzeń, brak tłumów. Idealne miejsce na wypoczynek w górach. Ach. Miejscowi właśnie zarzynają bawoła, który ma chwilowo rozwiązać niedobory mięsa w bazie głównej. Szybciej idziemy spać, bo chcemy wstać o 4 rano, aby o 5-tej, gdy zrobi się jasno, ruszyć do bazy.

2 maj

Szybko udało się nam zebrać i wyjść, co było bardzo dobre, bo żadne kamienie nam po drodze nie leciały. Po 4.15 godz. byliśmy w bazie na śniadaniu. Nikt w międzyczasie nie wyszedł do góry, czym byliśmy lekko zdziwieni. Wieczorem Jurek z Agną postanowili, że jutro idą z Hiszpanami do jedynki. Reszta postanowiła czekać do 5 lub 6-tego.

3 maj

Rest w bazie kąpanie, pranie. Wizyta w sklepie na piwko. Jurek i Agna dochodzą do obozu 1.

4 maj

Rano o 6-tej poszliśmy z Jackiem na wycieczkę na French pass (2,5 godz. do góry), aby trochę się przewietrzyć. Szło się fantastycznie i takie też były widoki na Dhaulagiri. Znaleźliśmy czorten Piotra Morawskiego i dołożyliśmy trochę kamieni, aby był stabilniejszy. Jurek i Agna doszli do miejsca, gdzie wcześniej Hindusi i Hiszpanie założyli C2 (6500 m). Po południu wyszli na grań w poszukiwaniu depozytu, jednak załamanie pogody nie pozwoliło na jego odnalezienie.

5 maj

Jurek i Agna ponownie wyszli w poszukiwaniu depozytu, ale nic nie znaleźli i powrócili do bazy. Baza się zaludniła. Mieliśmy nadzieję, że nowe wyprawy pomogą w szybkim założeniu obozu 3-go: Wyprawa Amical - 3 uczestników i 3 Szerpów, Hindusi - 3 uczestników i 3 Szerpów, Hiszpanie - 3 uczestników i 1 Szerpa, Japonka i 2 Szerpów.

6 maj

Rest w bazie, spotkanie liderów wypraw w sprawie kolejnego wyjścia, lin poręczowych i poręczowania do obozu 3. Przygotowanie do jutrzejszego wyjścia w górę. Czuliśmy się z Jackiem bardzo dobrze, prognoza pogody nie była rewelacyjna, ale trzeba brać co jest. Nasz plan maksimum zakładał że po dojściu do obozu 3 i sprzyjających warunkach pogodowych możemy pokusić się o atak szczytowy.

7 maj

Razem z Jackiem wyruszyliśmy do obozu I, gdzie dotarliśmy w dobrej formie w ciągu 3godz. i 50 min. Szło się wyśmienicie, każdy z nas czuł, że aklimatyzacja została prawidłowo zrobiona, a zejście na odpoczynek niżej jak najbardziej słuszne. Zaczęliśmy gotować i jeść. Było na tyle wcześnie, że postanowiliśmy po krótkim odpoczynku wyjść do obozu 2, gdzie dotarliśmy w 2 godz. i 40min. Nie powiem, czuliśmy w nogach pokonane 1900 metrów w pionie (Jacka także lekko bolała głowa), aczkolwiek mieliśmy nadzieję że jutro uda nam się wyjść założyć obóz 3 na wysokości ok 7000-7200 m n.p.m. Tego samego dnia zespół Cholewa, Sonam, Styś, Tomala, Załuski doszedł do obozu 1.

8 maj

Rano około 8 w dobrej pogodzie wyszliśmy z Jackiem w górę celem założenia obozu trzeciego. Mieliśmy ze sobą wszystko, czego potrzebowaliśmy do ataku szczytowego. Prowadziłem. Miękki śnieg ustąpił miejsca firnowi, więc szybko nabieraliśmy wysokości. Jednak po 300 metrach wspinaczki Jacek poinformował mnie, że zupełnie opadł z sił, ma problemy z oddychaniem i w konsekwencji nie jest w stanie kontynuować wspinaczki. Próbowałem go motywować, dodawać otuchy. Miałem nadzieję, że to chwilowe problemy żołądkowe po śniadaniu i zaraz Jacek ruszy do góry z animuszem jak wczoraj. Niestety. Zszedłem do Jacka i gołym okiem było widać że trzeba zawracać. Jacek był jakiś apatyczny. Pomogłem mu zejść do obozu 2, gdzie zatrzymaliśmy się na 3 godziny w celu lepszej oceny stanu zdrowia Jacka. Stan Jacka się nie poprawiał, więc jedyną opcją pozostało szybkie zejście niżej do obozu 1. Po drodze spotkaliśmy kierownika Jurka, którego poinformowaliśmy o zaistniałych okolicznościach. Kierownik zasugerował szybkie schodzenie na dół, najlepiej do bazy. Poinformowaliśmy również Jurka, że nie chcemy narażać zdrowia Jacka i w zaistniałych okolicznościach decydujemy się najprawdopodobniej ( o ile w bazie Jacek nagle nie wyzdrowieje) na wcześniejsze zakończenie wyprawy. Kierownik wyraził na to zgodę. Poprosił o zostawienie śpiwora w obozie I oraz podziękował nam za pracę na wyprawie. Wieczorem dotarliśmy do bazy. Byłem trochę rozżalony, bo czułem się świetnie, forma fizyczna dopisywała, akcja górska nabierała tempa, a tu trzeba kończyć wyprawę. Wiem, że w Polsce padały pytanie: Dlaczego ja kończę udział w wyprawie, gdy to Jacek miał problemy zdrowotne. Odpowiadam pytaniem: wspinasz się ponad miesiąc z partnerem na wyprawie, partner słabnie, czuje że jest mocno osłabiony i musi kończyć wyprawę, bo tylko zejście w dół może przywrócić mu siły. Co robisz? Mówisz mu: radź sobie sam, czy chowasz ambicje szczytowe i pomagasz mu zejść bezpiecznie do cywilizacji i wrócić do Polski? Nawet sekundy nie zastanawiałem się nad prawidłową odpowiedzią, bo wybór jest oczywisty jak słońce.

9 maj

Jacek dalej czuł się słabo, więc bez zwłoki zajęliśmy się na poważnie organizacją powrotu do Polski. Zmieniliśmy termin wylotu na 13 maja oraz zorganizowaliśmy 3 tragarzy ( a tak naprawdę pomocników kucharzy), którzy mieli nam pomóc w przetransportowaniu naszych rzeczy jutro rano do Marphy.

10 maj

W ciągu 17 godzin dotarliśmy do Marphy. Ze względu na stan zdrowia Jacka szliśmy wyjątkowo wolno, ale przed zmrokiem udało się nam dojść do cywilizacji, skąd jutro mieliśmy wyruszyć do Kathmandu via Beni i Pokhara.

14 maja

Przylot do Warszawy.

Pozostali uczestnicy wyprawy po nieudanym ataku szczytowym wrócili do Polski 28 maja. Końcówka sezonu na Dhualagiri miała dramatyczny przebieg. Zginęły 3 osoby : Hiszpan Juanjo Garra, Japonka Kono i jej Sherpa a

wiele osób z innych wypraw uległo poważnym odmrożeniom.

Z perspektywy można powiedzieć ze z wyjazdem na wyprawę pospieszyliśmy się ok. 2-3 tygodnie, bo byliśmy wtedy jedyną wyprawą i postępy w zakładaniu kolejnych obozów nie były takie jakie sobie planowaliśmy.

k2-banner

pantera