O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

1999 - Aconcagua (6959 m), Andy

Jest mroźna styczniowa sobota. Ostatnią moją studencką sesje mam już zaliczoną. Termin obrony pracy magisterskiej mam w połowie marca – zaledwie parę dni przed rozpoczęciem wyprawy na Shisha Pangme. Jak by tu zagospodarować te półtora miesiąca? Odpowiedz jak zwykle przynosi przypadek...

Czytając gazetę, wzrok mój zatrzymuje się na reklamie ‘Bilety lotnicze za pól ceny’. Myślę sobie: jak zwykle to znany chwyt reklamowy. Bilety może będę za pól ceny, ale w klasie biznes albo w kierunkach gdzie nikt nie lata. Proszę wiec moja siostrę, która mieszka w Warszawie, aby dowiedziała się bezpośrednio w centrali przewoźnika o szczegółowe warunki promocji. Myślę sobie, że jakby faktycznie trafiło się cos taniego to może bym pojechał gdzieś na te półtora miesiąca np. w jakieś góry zaaklimatyzować się przed wyprawą w Himalaje. Mankamentem było jednak to, że dzisiaj jeszcze nie znane były dokładne ceny oraz trzeba było zainwestować w przejazd do, W-wy aby te bilety osobiście kupić. Nie waham się ani trochę – za trzy dni w sobotni poranek siedzę już w pociągu sunącym do stolicy. Przed przedstawicielstwem lini całkiem spory tłumek ludzi. Kolejka wydłuża się w błyskawicznym tempie. Trwają ożywione dyskusje i spekulacje, co do ostatecznych cen i miejsc, do których będzie można polecieć. Wreszcie są oficjalne ceny! W kolejce trwają ożywione dyskusje, co do tego gdzie najlepiej byłoby pojechać, – co przezorniejsi zabrali z sobą atlasy geograficzne, do których każdy chciałby, choć na chwilkę rzucić okiem. Ludzie nie mogą się zdecydować gdzie jechać – tyle fajnych miejsc i to w tak atrakcyjnych cenach.

Dla mnie wybór jest prosty - 400$ do Santiago de Chile to nie lada gratka – postanawiam, że kupuje. Wolne miejsca są jednak tylko na najbliższy czwartek, czyli za 5 dni! Nie mam innego wyjścia. Jest szansa – trzeba jechać. Kupując bilet naciągam jeszcze obsługę, aby sprzedała mi bilet powrotny z Rio de Janeiro, – co zdecydowanie zaoszczędzi mi podroży powrotnej z Brazylii do Chile. Już trzymam bilet w garści. Pierwszy raz jadę tak daleko, pierwszy raz samolotem, pierwszy raz na tak wysoka gore, i co najgorsze pojadę chyba sam, bo któżby się zdecydował jechać spontanicznie do Ameryki Południowej za 5 dni. Po przyjezdzie do domu obdzwaniam jednak paru znajomych, ale nic – nie ma chętnych. Przygotowania ruszają pełną para. Czasu nie ma dużo. Dzwonie do Kuby Jakubczyka z prośbą o spotkanie, aby powiedział mi trochę na temat tej góry, warunków tam panujących. Zagłębiam się tez w Internat – znajduję dużo pożytecznych informacji.

28 styczeń

Raniutko ekspresem dojeżdżam do stolicy, gdzie jestem umówiony z Tomkiem - narzeczonym siostry, który ma dla mnie jakieś ksera z rożnych przewodników o Chile i Argentynie. Początek podróżny mam dosyć nieszczęśliwy, bo łapią mnie kanary w autobusie za brak biletu na bagaż – a skąd ja mały człowieczek z Wejherowa miałbym wiedzieć, że w stolicy kupuje się bilet na bagaż. Sprawę rozwiązujemy dość szybko. Przy sobie mam tylko 50 zł, ale panowie śluza pomocą – wydają mi resztę i wszyscy zadowoleni rozchodzimy się. Pierwszy mój lot samolotem nie zrobił na mnie większego wrażenia. Wrażenie za to robi ogrom lotniska Heathrow! Co za olbrzym – samoloty lądują i startują co kilkadziesiąt sekund. Szybka udaje się do biura British Airways, gdzie dostaje bilet na autobus Speedlink, który jedzie na lotnisko Gatwick, sad startuje mój samolot do Santiago. W jumbo-jecie nie wiedzie żadnych alpinistów (och przepraszam – andynistów!) – tylko ja w swoich czerwonych skorupach wzbudzam politowanie.

29 styczeń

Po 13-tu godzinach lądujemy w Buenos Aires. Można zrobić zakupy w sklepach wolnocłowych. Po godzinie lecimy dalej. Co za widoki! Widać Pampę a później zaczynają się Andy. Pilot instruuje, w która stronę należy patrzeć, aby zobaczyć Aconcague – wygląda niepozornie, – ale z wysokości prawie 11 tys. metrów wszystko wydaje się małe. W Santiago upal straszny. Znajdują hotel Residencial Santo Domingo – przytulny hotelik gdzie często zamieszkują alpiniści wracający lub wybierający się w Andy.  Bardzo długo naszukałem się gazu, ale w końcu kupiłem go na ulicy BANDERA. Centrum miasta niczym nie rożni się od dużych miast europejskich – wielkie biurowce, ‘białe kołnierzyki’ pędzące ze spotkania na spotkanie. Białe kołnierzyki noszą tu jednak wszyscy – kierowcy miejskich autobusów, sprzedawcy biletów w kasach. Wyglądają elegancko, ale od czasu do czasu mogliby np. umyć ręce. Chilijczycy są bardzo przedsiębiorczy – na każdym skrzyżowaniu w mieście sprzedają 1001 drobiazgów – gazety, lody, gumy, ciastka, napoje. Polak mimo bezrobocia raczej by nie poszedł sprzedawać, bo jest za dumny, no i najważniejsze, co by sąsiedzi i znajomi powiedzieli.

Komunikacje utrudniają wielkie wykopy – to podobno budowa metra. Chilijki są bardzo urodziwe i co ważne zadbane. Wszyscy słabo znają jednak angielski, – ale prawdziwe problemy językowe dopiero przede mną. Postanawiam, że jutro pojadę nad Ocean Spokojny do Valparaiso – miasta, w którym znajduje się siedziba Kongresu Chile, jak i główne bazy Marynarki Chile.

30 styczeń

Jadąc do Valparaiso, zdziwiłem się bardzo widząc Ładę Samarę. Ale po 10 minutach przecieram oczy ze zdumienia – POLONEZ!!! Samo Valparaiso położone jest na licznych wzgórzach, podobnie jak Lizbona. Z tego powodu są tutaj również liczne windy, kolejki górskie – ANSCESORS – znane doskonale wszystkim zwiedzającym Lizbonę. Jedną z nich pojechałem na wzgórze gdzie znajduje się siedziba Marynarki Wojennej. Wystarczy spojrzeć na mapę, aby uświadomić sobie jak ważną role odgrywają te rodzaje wojsk w systemie obronności kraju.

31 styczeń

Dzisiaj postanawiam trochę odpocząć nad oceanem. W tym celu udaje się do Vila del Mar – kurortu z pięknymi plażami położonego 10 km od Villa del Mar. Ależ tu cudownie. I pomyśleć, że w Polsce ludzie marzną dzisiaj. Siedzę sobie pod palma – słucham radia. Włóczę się trochę po plaży podziwiając to i owo... . Po powrocie do Valpo stwierdzam, że trochę się spaliłem – aleś ty głupi Marcin – myślę sobie. Autobus do Mendozy mam dopiero o 23.00. Myślałem, że w pensjonacie będą narzekać, bo doba trwa oficjalnie do 12 w południe- a tu mila niespodzianka – kawka, grzanki, telewizor i rozmowa o znanym tutaj wszystkim polskim papieżu.

1 luty

Pierwszy przedsmak wielkich gór mam podczas podroży z Valparaiso do Mendozy. Droga prowadzi przez pasmo Andów, wije się serpentynami. Granica chilijsko - argentyńska znajduje się na przełęczy położonej na prawie 4 tys. m n.p.m. Granice przekraczamy bez większych komplikacji, ale może, dlatego że nasz kierowca zbierał do kubeczka ‘daninę’ dla celników. W Mendozie od razu udaje się biura informacji turystycznej, aby się dowiedzieć gdzie można kupić pozwolenie na wejście na Aconcague. Nikt w informacji nie mówi po angielsku, proszę wiec babkę z biura, aby poszła ze mną w poszukiwaniu jakiegoś tłumacza. Po prostu biorę ja za rękę i idziemy. W kasie jednej z linii autobusowej młody kasjer  pomaga mi jednak przezwyciężyć trudności językowe. Dostaje jasne informacje gdzie i jak mam jechać. Kupuje pozwolenie za 100 USD po przedstawieniu mojego ubezpieczenia. Następnie z powrotem udaje się dworzec, aby złapać jeszcze dzisiaj autobus do Puenta de Vacas. Udało się- jadę. Podczas drogi po raz pierwszy widzę, co wiatry potrafią wyrabiać  w  Andach – jest sucho, wiatr porywa piasek, robią się małe trąby powietrzne. Tworzą one można powiedzieć mgle z piasku – nic nie widać. Dojeżdżamy do Puenta de Vacas. Dziura, jakich mało – prawie tu nic nie ma – głownie koszary wojskowe. Schron u wylotu doliny Vacas odnajduje bez trudu. Wiatr pokazuje swoja moc. W schronie spotykam Amerykanów z Chicago – mówią, że wejście trudne, mocno wieje, dużo śniegu i że bez czekana nie da rady. Mina mi rzednie. Nie mam przecież raków, – co będzie dalej? Dziele sobie rzeczy na dwa plecaki, bo nie będę brał mułów tylko będę wahadłowo krążył z dwoma plecakami – będzie ciężko, ale to przecież forma treningu kondycyjnego przed Shisha Pangma. Trochę mnie martwią spalone od słońca nogi – robię sobie okłady z mleka.

2 luty

Czeka mnie dzisiaj ciężki dzień – dwa kursy do schronu Lenias, który jest jednocześnie bramą parku, siedzibą rangersów. Idzie mi się dobrze, trochę dokucza tylko to, że większość drogi jest bardzo kamienista i ciężko się chodzi po niej. Z wodą pitną nie ma problemu, – ale 0,5 litra warto mieć zawsze przy sobie. Po 4.5 godzinach docieram do schroniska. Szybko zabezpieczam duży plecak i szybko wracam do PdV po drugi plecak. Idzie się mi coraz ciężej – nogi się plączą. Po 12 godzinach marszu prawie non-stop po raz drugi docieram do schronu Lenias. Rangersi mówią, że takiego ‘klienta’ to tu jeszcze nie widzieli, który by w jeden dzień dwa razy obleciał, bo to przecież razem 50 km i to nie po asfalcie lub chodniku. Częstują mnie makaronem i herbata. Początkowo postanowiłem spać pod gołym niebem, ale grasujące myszy skutecznie mnie zmusiły do rozstawienia namiotu.

3 luty

Śpię długo, aby dobrze odpocząć przed dzisiejszym dniem – dzisiaj nie ma pośpiechu – chce się tylko dostać do schronu – Kamienisty Dom. Zostawiam depozyt, przechodzę wpław przez rzekę i ruszam powolutku do góry. Po niecałym kilometrze jest jedyne miejsce z woda na dzisiejszy odcinku - zabrać wiec trzeba ok. 3 litrów. Pogoda przepiękna, gdyby jeszcze plecak był trochę lżejszy. Po 6 godzinach jestem na miejscu. Ależ tu cudownie – zielona trawka, woda pod nosem i wspaniały widok na Aconcague od strony lodowca Polaków. Można tutaj cudownie odpocząć. Wieczorkiem integruję się z międzynarodową ekipą -  jest winko, czekolada, melon i cala seria rożnych żartów i anegdot. Jeden z kolesi jechał kiedyś przez Polskę rowerem. Zna ‘Dzień Dobry’ i ‘Cześć’.

4 luty

Rano zamiast budzika budzą mnie głośne krzyki. Co się dzieje? Zaspany wychylam głowę z namiotu a tu... przepiękny widok na Aconcague oświetlaną pierwszymi promykami wschodzącego słońca. To odgłosy zachwytu, podziwu fotografujących wspinaczy wyrwały mnie ze snu. Dzięki! Przespałbym tak piękne widoki. Rano szybko ruszam w dół, aby iść większość odcinka jeszcze w cieniu. Mijam parę tramwajów wielkiej amerykańskiej wyprawy – bagatela 50 osób. Jako że 50 osób jest obecnie na Plaza Argentina uświadamiam sobie, że jutro należy wcześnie wstać, aby do Plaza Arentina dotrzeć jako z jeden z pierwszym i zając sobie jakieś wygodne miejsce na namiot. Nie musze chyba dodawać, że wszyscy niosą małe plecaczki a większość ekwipunku niosą muły. Muły znają trasę na pamięć, idą same kilometrami. Poganiacze od czasu do czasu muszą tylko niesforne jaki sprowadzić na ścieżkę lub te bardziej leniwe popędzić do szybszego marszu. Wieczorkiem gawędzę z Amerykanami – mimo pełnej komercji mili z nich ludzie.

5 luty

Rano jak zwykle zwijam się szybko. Tą umiejętność szybkiego ‘zbierania się’ trzeba trenować – wyrabiać sobie patenty, które to przyspieszają, część rzeczy robić wieczorem dnia poprzedniego. Ruszam razem z Amerykanami – towarzyszy nam piękny widok Aconcaguy. Z obozu w dolinie Vacas skręcamy w kierunku doliny Relinchos, przekraczając rwące potoki rzeki Vacas. Wszyscy po prostu zdejmują buty, zakładają sandały, i atakują rzekę wpław. Nurt jest silny, ale dzięki kijkom teleskopowym udaje się nam utrzymywać równowagę. Później przekraczamy rzekę jeszcze raz – tym razem przez kamienie – ‘na sucho’. Zaczyna się spore podejście, robimy krotki odpoczynek i amerykański  ‘tramwaj’ ( a w nim polski akcent ‘Mike’ – tak mnie nazywali ) rusza do góry. Następnie docieramy na przełęcz, z której droga prowadzi w dół. Po dotarciu do Plaza Argentina szukam wygodnego miejsca na namiot, ponieważ teren jest kamienisty. Ważne jest również to, aby platforma była osłonięta od wiatru  naturalnie bądź to z ustawionych murków kamiennych. W bazie są także toalety, o które o dziwi są.... ruchome. Polega to na tym, że co parę dni obsługa bazy kopie nowy dół na WC, i w to nowe miejsce przesuwa także osłonki. Jest to spowodowane tym, że podłoże jest kamieniste i nie da się wykopać głębokiego dołu. Czuje się dobrze – żadnych oznak ‘puny’ – tj. choroby wysokościowej. Nie ma jednak lekko – jutro ruszam w dół  do „Casa do Piedra’ po depozyt.

6 luty

Dzień bez większej historii. Zbiegam na dół po depozyt i wracam z nim do obozu. Ale o dziwo po powrocie zaczyna mnie bolec głowa, ogarnia mnie apatia, nic mi się nie chce. Wiadomo – oznaki choroby wysokościowej. Ale dlaczego? Przecież wczoraj było ok. Zostawiam wszystko ‘na później’ i idę spać.

7 luty

Rano czuje się znakomicie, więc postanawiam zanieść depozyt do obozu pierwszego na 4800 m n.p.m.. Droga prowadzi początkowo morena boczną lodowca Glacier del Este, następnie dochodzi się do miejsca gdzie płynie lodowcem woda. W tym miejscu należy przekroczyć strumyk i dalej posuwać się wzdłuż kopczyków. Widać pierwsze penitenty (hiszp. Nives penitentes tj. śniegi pokutujące). Nazwa pochodzi od tego, że wiejący wiatr tworzy ze śniegu figury, które przypominają modlącego się pochylonego w sułtanie mnicha. Droga prowadzi piargami do góry – wyżej i wyżej. Po dotarciu do obozu pierwszego spotykam tam trójkę Amerykanów, która właśnie schodzi ze szczytu.. Pytam się o warunki wyżej i o możliwości wspinaczki bez raków. Są bardzo zdziwieni, że nie mam raków, bo wyżej są bardzo konieczne. Wpadam wiec momentalnie na pomysł, że może mógłbym kupić od nich raki, bo przecież schodzą na dół. Proponuje wiec transakcje i zapłatę w dolarach. Specjalnie się nie targuje, bo nie mam żadnych argumentów i za 50 $ kupuje CAMP-y na paski. Jako dodatek dostaje tez siatkę batonów energetycznych Power Bar. Na dole w bazie proszę jeszcze ich o zniesienie części moich śmieci – trochę pomrukują, ale zgadzają się, bo mówię im przecież, że musieliby znosić raki, a tak ja zrobiłem im przysługę. A zgodnie z zasadą wzajemności...........

8 luty

Dzisiaj wynośże namiot do obozu pierwszego. Idę ze znajomymi Amerykanami. Dużo żartujemy, podziwiamy penitenty. Do jedynki docieram w bardzo dobrej formie – rozbijam namiot. Całe szczęście, że nie trzeba topić śniegu - woda jest na wyciągniecie ręki. Na jutro planuje zrobić rest day, ale rozważam również wyjście na lekko na przełęcz Amaginio.

9 luty

Tak długo jeszcze nie spałem na tym wyjeździe – dopiero w południe leniwie wychylam głowę z namiotu. Postanawiam zrobić sobie mały spacerek na przełęcz Amaginio- w okolice obozu drugiego na 5300 m n.p.m.. Mankamentem tego obozu jest zupełny brak wody. Można zawsze topić śnieg, ale może się tez zdarzyć że śniegu tu nie będzie..... . Doskonale widać położony po drugiej stronie przełęczy szczyt Amaginio.

10 luty

Plan na dzisiaj zakłada wyniesienie depozytu do obozu 3 położonego u stop Lodowca Polaków na wysokości 5700 m n.p.m.. w pionie to tylko 400 metrów, ale odcinek ten dał mi nieźle w kość – jest bardzo długi i cały czas człowiek myśli że to tuż tuż, ale końca nie widać. Depozyt zabezpieczam kamieniem i w godzinę zbiegam do jedynki. Jutro zamierzam odpoczywać, ale plany zweryfikuje jutrzejsza pogoda i samopoczucie.

11 luty

W nocy szalała wichura. Wychylam głowę z namiotu: pogoda nieciekawa - jest pochmurno, silne podmuchy wiatru. Ale co widzę? Większość, jeśli nie wszystkie zespoły, które były wczoraj zanieść depozyt do obozu pierwszego pąkują się, zwijają namiotu. Schodzą na dół? – zastanawiam się. Pytam jednego z przewodników, co planują. On odpowiada, że wszyscy wychodzą do góry – do obozu trzeciego, – bo nie jest aż tak strasznie, a jutro może być jeszcze gorzej i nie chcą tutaj w jedynce kiblować tak długo. Słuszne argumenty – myślę sobie. Ja również zaczynam się szybko pakować. Idzie się w miarę dobrze, chociaż ostatnie 300-400 metrów pokonuję stosując różne wyliczanki – znaczy to, że nie jest lekko. Wyliczanki polegają na tym, że liczę sobie kroki. Np. Do 50-ciu. I przerwa. I tak na zmianę 50 za mamę. 50 za siostrę. 50 za jeszcze kogoś innego. Oczywiście im wyżej tym odliczanki są krótsze do 30, do 20, do 10. W obozie trzecim wichura szaleje na dobre. Nie jestem sam w stanie w takiej pogodzie rozbić namiotu – boje się, że odfrunie. Proszę Amerykanów o krotka pomoc. Namiot obkładam kamieniami, a wzmagający się jeszcze bardziej wiatr powoduje, że kombinuje jak by tu jeszcze bardziej wzmocnić stabilność namiotu. Eksperymentalnie wkładam parę dużych kamieni do wewnątrz namiotu, – aby były balastem. Jestem bardzo zmęczony, ale to w końcu 5700 m n.p.m. - mój rekord wysokości. W nocy prawie nie śpię – leżę ‘krzyżem’ w namiocie, aby jak największą powierzchnia przylegać do podłoża, wzmacniając w ten sposób stabilność namiotu.

12 luty

Dopadają mnie lekkie objawy choroby wysokościowej – brak apetytu, ból głowy, ociężałość. Żałuje, że nie spędziłem jednej nocy w obozie drugim na 5300 m n.p.m. Jednorazowy skok z 400 na 5700 to chyba trochę za dużo. Podjadam trochę i kładę się znowu do spiworka raczą się profilaktycznie aspiryną – towarzyszy mi melodia wichury.

13 luty

Apetyt powoli wraca, głowa już nie boli. Korzystając z dobrego samopoczucia wynoszę dzisiaj depozyt do Białych Skał – obozu IV 6000 m n.p.m. – miejsca skąd będziemy startować na szczyt. Przewyższenie niewielkie, ale droga długa i monotonna. Aconcague widać coraz lepiej.

 

14 luty

Cały dobytek przenośże dzisiaj do Białych Skał. Od rana chmurzy się. Podczas marszu poznajemy w praktyce, co to „vientos blancos”, czyli białe wiatry w Andach. Polega to na tym, że wiatr porywa śnieg i niesie go hen, hen...

15 luty

Dzisiaj dzień akumulacji sił na jutrzejszy atak szczytowy. Dylematy, – co zabrać? Czego nie zabrać?, co do picia, a co do jedzenia. Pogoda niewesoła – dużo chmur. Gawędzimy z amerykanami o jutrzejszej próbie wejścia. Podpytuje ich, o której wychodzą. Mówią, że 4-5 rano. Ja chciałem wyjść ok. 8-9 rano. Podpytuje wspinaczy z sąsiedniego namiotu, którzy wczoraj byli na szczycie – im droga zajęła 12 godzin od 5 rano do 5 po południu. Rewiduje wiec swoje plany i nastawiam budzik na 4.30.

16 luty

I nastał wielki dzień...............

Budzę się bez problemu, bo... prawie nie spałem, bardziej z podekscytowania niż z powodu dużej wysokości.. Gdy po 6-tej rano wychodzę z namiotu widzę... las czołówek wysoko w górze. Niektórzy są już bardzo wysoko – myślę. O której oni musieli wyjść? Ale ja nie zrażonymi tymi obserwacjami. Zaczynam powolutku, aby się rozgrzać, ale po godzinie znacznie przyspieszam, bo idzie mi się znakomicie. Zakładam zdobyczne raki – cale szczęście – myślę sobie, – że je kupiłem – bez nich wspinaczka byłaby wręcz niemożliwa. Powoli zaczynam wyprzedzać pojedyncze osoby i większe tramwaje. W dobrej formie docieram do refugio Independencja na 6400 m n.p.m.. Następnie długim trawersem docieram do podnóża żlebu Canaletta. Zaczynam swoje rytualne odliczanie. Idzie się coraz ciężej. Droga nie jest trudna, chociaż parę razy trzeba użyć rak dla utrzymywania równowagi. Wreszcie po 6 godzinach wspinaczki jako pierwszy wspinacz w dniu dzisiejszym staje na lewym (północnym) wierzchołku najwyższego szczytu Ziemi leżącego poza Azją – ACONCAGUĘ – 6969 m n.p.m. Sam wierzchołek to średniej wielkości platforma. Widoki są wspaniałe. Wielkie wrażenie robi słynna południowa ściana Aconcaguy. Jest zimno, wiec szybko zaczynam schodzić. Po drodze motywuje wszystkich zdążających do góry hasłami typu: very close to the summit, you will do it!, you are very good climbers itp. Wiem, że im ciężko tym bardziej że widza jak niektórzy już schodzą. Po 15-tej jestem już w obozie. Dzielę się informacjami z innymi i szybko pędzę się czegoś napić.

A więc należy mieć marzenia!!! Jeszcze miesiąc temu tylko nieśmiało marzyłem o takim wyjeździe – a tutaj proszę – szczyt zdobyty!

17 luty

Śpię do południa – czuję jak zmęczenie dosłownie ze mnie spływa. Na śniadanko mleczko sojowe z musli, – co za pychota. Potem znowu do spiworka. Postanawiam, że schodzić będę dopiero jutro. Żegnam się z Amerykanami – wszyscy wczoraj weszli – bardzo się z nimi zżyłem w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

18 luty

Dzisiaj zupełnie na luzie schodzę do Plaza de Mulas – bazy głównej położonej po przeciwnej stronie szczytu. Tym samym zatoczą koło wokół Aconcaguy. Mijam dziesiątki wspinaczy kierujących się do Gniazda Kondorów położonego na wysokości 5.500 metrów. Generalnie ruch po tej stronie góry jak na Marszałkowskiej – jakże odmienny klimat od romantycznej, mniej ludnej drogi z doliny Vacas. Wzbudzam zainteresowanie ludzi z agencji „Inca Expeditions”. Bardzo są ciekawi, co mam na sprzedaż. Sprzedaje im wiec gogle za 10$, potem podniszczone stoptuty za 5$, a w końcu również rozpadające się skorupy i niebieski polar razem za 40$! Bardzo się ucieszyłem szczególnie, że sprzedaży skorup, które i tak chciałem wyrzucić J

Bardzo nie mogę się doczekać telefonu do Polski. Wiem, że mama bardzo się denerwuje, – bo to w końcu moja pierwsza duża wyprawa i to w dodatku solo.

19 luty

Rano wstaje obolały – bolą mnie mięsnie po wczorajszym zejściu. Dzisiaj jednak czeka je nie mniej trudne zadanie – 30 km marszu z ciężkim plecakiem do bazy Confluencja. W obozie zauważam namiocik Alpinusa, a w nim dwójkę chłopaków z Polski, którzy wybrali się w dłuższą podróż po Ameryce Pd. Ruszam na dół- początkowo idzie się dobrze, potem jednak droga robi się bardzo kamienista. Kilka razy przekraczać trzeba rzeka, raz nawet zdejmując buty. Do Confluencji docieram po  5,5 godzinach. Jest to wspaniale miejsce na odpoczynek, zielono, liczne źródełka wody. To trochę taki kamping – rodziny przyjeżdżają tu na wakacje, jest malutki sklepik. Wieczorem zagłębiam się w lekturze o Argentynie i Urugwaju – następnych celach mojej wyprawy.

20 luty

Od rana przez niebo przewalają się szybko ciemne chmury – burza wisi w powietrzu. Nie zrażony tym w południe wyruszam na ostatni odcinek do Puenta del Inca. Zaczyna kropić, ale na szczęście na tym koniec.  Z tylu na horyzoncie zaczyna grzmieć, niebo robi się tam wręcz czarne – przyspieszam. Docieram do wiszącego mostu z formie nowoczesnej konstrukcji. Fajnie na nim huśta! Za mostem zaczyna się droga samochodowa - pierwszy zwiastun zbliżającej się cywilizacji. Po paru kilometrach melduję się w postoju strażników w Lago Horcones. Oddaje im przepisowy depozyt śmieci i do PdI. Strasznie mi się dłuży – przechodzę tuz obok granicy chilijsko- argentyńskiej. Wreszcie docieram do upragnionego znaku drogowego PEUNTA DEL INCA (2720 m n.p.m.). Szukam taniego noclegu – w końcu zatrzymuje się w hoteliku w budynku nieczynnego dworca kolejowego. Zniecierpliwiony cywilizacji i smakołyków biegnę do sklepu. Smak czekolady milki na długo pozostanie mi w pamięci. Teraz z czystym sumieniem mogę iść pod prysznic, – co za rozkosz! Ciepła woda. Odkręcam kurek i nie mogę się nadziwić! Leci! Leci ciepła woda! Tak prozaiczna rzecz a jak bardzo potrafi cieszyć po prawie 3 tygodniach w górze.

21 luty

Rano ciąg dalszy rozkoszy – świeże bułeczki z masełkiem i dżemem. MNIAM!!! Udaje się z moimi dwoma plecakami na dworzec autobusowy, a stamtąd autobusem jadę do Mendozy. Ostatnie spojrzenia na Andy! Dzięki góry, że byłyście takie łaskawe! W Mendozie mam tylko jeden priorytet – zadzwonić jak najszybciej do domu. Wykręcam numer Poland Direct i po chwili słyszę mamę. Przekazałem że wszystko OK. Następnie kupuje bilet na nocny autobus do Buenos Aires – cena 40$.  W autobusie czeka mnie bardzo miła niespodzianka: znakomity catering z ciepłym obiadem włącznie! Dodatkowo zabawa w bingo z zastępcą kierowcy w roli moderatora! A jak do tego dodam poranne ciastko i kawę oraz nowe filmy na video – to przyznacie, że podroż miałem komfortową.

22 luty

Buenos Aires to bardzo rozległe miasto. Przez miasto jechaliśmy ponad dwie godziny zanim dotarliśmy na dworzec autobusowy. Na dworcu sprawdziłem sobie połączenia do Puerto Igauzu (40$).  Następną sprawą do załatwienia była wiza brazylijska. Co za zdzierstwo – 36 $ za wizę. Jako lokum na nocleg wybrałem schronisko HI, ponieważ było tanie i blisko metra – co znacznie ułatwi zwiedzanie miasta. W schronisku spotkałem dwóch Polaków – młody Andrzej od paru lat włóczy się po świecie. Obecnie flirtuje z jakaś Brazylijką. Potem ruszyłem do centrum pozwiedzać najważniejsze zabytki w mieście. Zacząłem od Plaza de Mayo – upamiętniające bunt przeciwko władzom hiszpańskim (10 maj 1810 rok) – co było pierwszym krokiem do odzyskania niepodległości. Z jednej strony placu znajduje się Casa Rosada – siedziba prezydentów Argentyny. Do placu przylega także kościół, w którym znajdują się zwłoki generała San Martin – największej postaci historycznej Argentyny – Wielki Libertador. Następnie udałem się w kierunku Avenida 9 Julio (9 lipca). To rejon takiego argentyńskiego City – białe kołnierzyki, dużo banków i innych szacownych instytucji. Avenida 9 Julio to podobno najszersza ulica na świecie – ma ponad 200 metrów szerokości (9 pasów w jedną stronę!). Generalnie wszystkie ulice w stolicy Argentyny są bardzo szerokie. Popołudniem udałem się do Recoletty – niesamowitego cmentarza w formie domków (kapliczek), na którym spoczywają wielkie argentyńskie osobistości – np. Evita Peron. Na koniec, aby odpocząć udałem się w stronę parków Palermo – zaprojektowanych przez Polaka – Czesława Wysockiego.

23 luty

 

 

Rano padał rzęsisty deszcz. Miejscowi mówią, że to normalne – raz w tygodniu leje a potem przez tydzień świeci słońce. Dzisiaj udałem się do dzielnic La Boca i San Telmo, które są siedziba artystów.

24 luty

Na dworcu morskim Bourgebus kupuje bilet na prom do Montevideo (40$).  Wypływamy. La Plata to po hiszpańsku srebrna rzeka – sądzono, że płynąc w gorę rzeki można dostać się do złóż srebra. Rzeka jest szeroka w tym miejscu na 40 km – płynąc ma się wrażenie, że płynie się nie po rzece a po oceanie, ponieważ nie widać żadnego z brzegów z rzeki. Mimo, że płyniemy tylko 45 min na statku serwują jedzonie. Stwierdzam, że każda firma przewozowa za swój punkt honoru uważa ugościć pasażera jakimś poczęstunkiem. W Colonii – kameralnym miasteczku na urugwajskim brzegu przesiadamy się do autobusu, którym docieramy do Montevideo. Ta krótka podróż wystarczy, aby zaobserwować, że Urugwaj jest biedniejszy od Argentyny – skromne domki, biedniej ubrani ludzie. Nic dziwnego, że większość Urugwajczyków emigruje do bogatszych sąsiadów – Argentyny i Brazylii) w poszukiwaniu pracy. Ciekawostką jest to że po drodze mijamy reklamę... POLONEZA TRUCKA. Nie do wiary! Nie wiedziałem, że jesteśmy taką potęgą motoryzacyjnąJ. W Montevideo jest o wiele brudniej niż w Buenos Aires, parki o wiele skromniejsze. Najważniejszym placem w stolicy Urugwaju jest Plaza Independencia, w którego centralnym punkcie stoi pomnik Artigasa – bohatera narodowego Urugwaju. Jego właśnie działania doprowadziły do uzyskania przez Argentynę niepodległości. Przy placu znajduje się tez Palacio Savio – przez dłuższy czas najwyższy budynek w Ameryce Pd. Dla mnie największą atrakcja Montevideo są nadmorskie, och przepraszam nadrzeczne bulwary. Tego brakuje właśnie w Buenos - wolnej przestrzeni nad La Platą, gdzie przyjemny wiaterek chłodzi spocone ciało.

Ceny są ogólnie bardzo zbliżone do urugwajskich, co wynika z bardzo bliskiego polozenia geograficznego – wyrównane ceny czynią wszelki arbitraż nieopłacalny. Ciekawostką jest, że ceny w sąsiadującym z Argentyna Chile są niższe a to, dlatego że kosztowna droga przez Andy wyrównuje różnice w cenie. Czyli jak dodamy niska cenę w Chile + koszt transportu do Argentyny wychodzimy na cenę argentyńską!

Wieczorem łapie autobus do Parany w Argentynie, skąd będę próbował dostać się Iguazu de Falls. W autobusie full wypas – cukiereczki, napoje a nawet później „łiki”, co fonetycznie znaczy whisky. Potem jak u Hichkoka napięcie już tylko rosło – gry, zabawy i na koniec losowanie nagród wśród pasażerów. A to zwykły autobus międzymiastowy. Podoba mi się to podejście do klienta. PKP mogłoby się wiele tutaj nauczyć.

Podróż autobusami przypomina mi moje podróże po Hiszpanii i Portugalii, gdzie również transport międzymiastowy zdominowany jest przez autobusy. Uważam że to dobre rozwiązanie w kraju, który ma dobrze rozwiniętą siec dróg. Państwo, czyli wszyscy podatnicy nie musza wtedy dotować np. nierentownych kolei. Ceny dyktuje popyt i konkurencja, a nie związki zawodowe, zbliżające się wybory bądź inne dziwne powody.

25 luty

W Paranie podobnie jak w całej Argentynie przeważa niska zabudowa w kolorze biało - beżowym. Są to małe domki, ale naprawdę małe. Nasze Polskie domy jednorodzinne to w porównaniu z nimi pałace.

W miejscowym parku wyjąłem z samego dna swoja prace magisterska (zmieściłem ją malutką czcionką na 10 kartkach a4 zadrukowanych obustronnie, – ale byłem dumny z tego osiągnięcia!). W parku prawie wszyscy, mimo 40 stopniowego upału przychodzą z termosami z wrzątkiem i innych przyborami do parzenia yerba-mate. Producenci termosów to chyba całkiem duża grupa zawodowa – myślę sobie J. Wiele o tym zwyczaju słyszałem,—ale stwierdzam, że ludzie maja kompletnego świra na punkcie picia herbaty. Dotyczy to nie tylko ludzi starszych i w średnim wieku, ale również młodzieży, która umawiając się na randkę do parku przynosi sobie herbatkę do parzenia. Zwyczaj szczególnie jest kultywowany na prowincji – w Buenos tego nie zauważyłem. Wiadomo McDonalds na każdym kroku, popcorn....

Parana to ciche spokojne miasto, którego największą chluba jest kościół w centralnym punkcie miasta. Przepływają przez Parane rzeka o tej samej nazwie to druga największa rzeka Ameryki Pd.. Mimo że jest bardzo brudna- chętnych do kąpieli nie brakuje.

26 luty

Na dzisiaj zaplanowałem zwiedzanie argentyńskiej części wodospadów Iguazu du Falls. Wbrew pozorom taniej wychodzi kupno wycieczki w skład której wchodzi przejazd na miejsce, przejazd ciężarówka przez dżungle oraz  największa atrakcja : przejazd rzeka Iguazu połączony z podpłynięciem pod spadający wodospad (cena 33$). Droga przez dżunglę (selve) mimo że była dodatkiem dała możliwość spokojnej obserwacji tutejszej flory i fauny – liczne kolorowe motyle, pokaźna jaszczurka to tylko niektóre atrakcje.

Jadąc w stronę wodospadów już z daleka widać  białe chmurki pyłków wodnych unoszące się wysoko nad wodospadem – Gardzieli Diabła. Im bliżej tym również słychać było coraz większy huk spadającej wody. I wreszcie dotarliśmy – to co zobaczyłem dosłownie zapierało dech w piersiach. Takiego cudu natury jeszcze nie widziałem. Wodospady były wszędzie dookoła tak daleko jak tylko można było sięgnąć wzrokiem.. Gdy dojechaliśmy do przystani, założyliśmy kapoki i dużym pontonem raftingowym skierowaliśmy się w stronę wodospadów. Huk nasilał się z każdą chwilą. Gdy dotarliśmy w pobliże wodospadu ponton zatrzymał się tylko na chwilę, aby można było zrobić parę fotek i gwałtownie ruszał wprost w stronę wodospadu San Martin – tam gdzie woda z wielkim hukiem spadała z góry. Piskom nie było końca – woda lała się na nas hektolitrami – wystarczyło dosłownie parę sekund, żebyśmy wszyscy byli zupełnie mokrzy! Super! Wszyscy krzyczeli: jeszcze raz! Drugim razem podpłynęliśmy jeszcze bliżej, – co za emocje, co za potęga wody! Wracając wszyscy chłonęli to, co się przed chwila stało – nie było rozmów. Dla wszystkim z pewnością było to najwspanialsze zetknięcie z natura i jej potęgą.

27 luty

Miasteczko po brazylijskiej stronie Cataratas to Foz de Iguazu. Widoki tam są jeszcze lepsze niż ze strony argentyńskiej. Wszystko widać dosłownie jak na dłoni. Rewelacja. Nie wiadomo tylko gdzie patrzeć – wszędzie jest przepięknie. Wszyscy namiętnie pstrykają fotki – w końcu widoki są naprawdę unikalne w skali światowej. To nie jeden z wielu.... wodospadów. Po wodospadami jest sieć pomostów, które nie sposób pokonać w stanie suchym.

Po południu jadę jeszcze na wycieczkę do największej hydroelektrowni świata - ITAPIU – leżącej na granicy paragwajsko - brazylijskiej. Jedno za fachowych pism technicznych umieściło ten kompleks wśród 7 współczesnych cudów techniki inżynieryjnej. Według mnie trochę na wyrost. Przedsięwzięciu temu towarzyszy od wielu lat wielka akcja propagandowa – codziennie za darmo setki turystów jest obwożonych po tamie i uświadamianych jak pożyteczna i opłacalna to inwestycja. Na początku wszyscy są „urabiani” filmem propagandowym. Siła (moc) tej elektrowni jest jednak bezsporna. Z setki przytoczonych liczb zapamiętałem tylko, że pokrywa ona zapotrzebowanie na energię Paragwaju w 89%, a Brazylii w 25%. Reasumując bardzo fajna wycieczka za zupełna darmochę.

28 luty

Dzisiaj zamierzam dostać się Rio de Janeiro – ostatniego miejsca mojej wędrówki po Ameryce Pd. Podróż jest bardzo długa, ale to dobry moment na obserwacje życia przeciętnej Brazylii:

  • Obraz Brazylii kreowany przez telewizje, prasę, w szczególności z okazji karnawału jest bardzo fałszywy – większość Brazylijczyków żyje w wielkiej biedzie, mieszka w rozsypujących się małych domkach skleconych z desek.
  • Ciekawostką jest, że wszystkie domy maja anteny satelitarne. Anteny te maja bardzo dużą, przezroczystą czaszę, która spleciona jest z jakiegoś drutu. Wygląda to śmiesznie – ale odbiera. Widziałem.
  • Zarówno w Brazylii jak i w Argentynie do dzisiaj można odczuwać skutki wieloletniego reżimu wojskowego. Na drogach, co kilkadziesiąt kilometrów są posterunki policyjne (niektóre w kształcie małych fortec). Kontrole i posterunki są bardzo podobne do tych w Rosji gdzie podobna rolę pełni  GAJ. Reasumując obywatel jest bardzo kontrolowany – gdzie jedzie, do kogo jedzie, na jak długo itp.
  • „Reductores de vechiculos”, czyli lezący policjanci są bardzo popularni, nawet w malutkich wioseczkach, gdzie traktory i furmanki nie rozwijając groźnych dla pieszych prędkości.
  • Zauważyłem też,, że na drogach międzymiastowych ruch generują prawie wyłącznie autobusy i ciężarówki. Bardzo mało jest zaś samochodów osobowych.
  • W rejonach granicy argentyńsko – brazylijskiej droga jest niesamowicie czerwono – brunatna – to rejon selvy – lasów subtropikalnych.

1 marzec

Metro w Rio jest bardzo nowoczesne i przestronne. Wszędzie klimatyzacja, mało sklepów, niewiele reklam. To dokładne przeciwieństwo metra w Buenos, którym jadąc miałeś wrażenie, że jedziesz jakaś kolejką w byłej kopalni (to od braku klimatyzacji i duszności), którą przerobiono właśnie na halę targową (to od setki sklepów na każdej stacji metra, dziesiątki ulicznych sprzedawców, etc). Ulokowałem się w obskurnym hoteliku za 5$, ale z kasa byłem już bardzo krótki. Jak najszybciej chciałem dzisiaj dostać się do jakijs kafejki internetowej, bo może mój promotor w końcu wysłał mi ostateczny termin mojej pracy magisterskiej?

Wieczorkiem zwiedzam tez okolice starego miasta. Ogólnie nic ciekawego. Największą atrakcją był jednak przejazd starym otwartym tramwajem z centrum do dzielnicy Santa Teresa. Podziwiałem usytuowane na niesamowicie stromym zboczu domki.

2 marzec

Rano jadę autobusem do Jardim Botanico – jest to bardzo piękny park, ale lepiej nie zagłębiać się w jego gęstwiny...Wzdłuż jeziora Lago Rodrigo de Freitas udaję się na w stronę plaży Leblon tuz przy kanale oddzielającym ją od plaży Ipanema. Jest cudownie błogo – postanawiam się wykapać. Jest duża fala – młodzieńcy uczą się surfingu. Kapie się po raz drugi bacznie zerkając na pozostawione na brzegu rzeczy. Teraz chwilka leżakowania i zaczynam się leniwie zbierać, gdy tu nagle nie wiadomo skąd wyskakuje jakiś murzyński chłopak i cos tam gwałtownie krzyczy. Nic nie mogłem zrozumieć, a on dalej na cos nalega.. Wreszcie z całej tej paplaniny wyłowiłem słowo MONEY. Jednocześnie patrzę a gość ma w ręku nóż kuchenny. Od razu zrozumiałem, że właśnie jestem przedmiotem napadu rabunkowego w czystej postaci. Błyskawicznie postanowiłem grać wariata, który nie wie, o co chodzi. Skutkowało to przez 2-3 minuty, ale koleś najwidoczniej się zdenerwował i był coraz agresywniejszy. Parę razy wymachnął groźnie nożem w moim kierunku dając do zrozumienia, że to nie żarty. W końcu maksymalnie wkurzony chwycił leżący na ziemi plecak. Ja błyskawicznie też go chwyciłem za pasek i zaczęliśmy się siłować. Dobrze, że był to plecak Karrimora, bo inaczej wiele by z niego nie pozostało. W końcu murzyn nie mając już na nic pomysłu włożył łapę do otwartego plecaka, wyciągnął aparat i zaczął uciekać, bo w każdej chwili mógł się ktoś pojawić w bliskiej okolicy. Ja szybko pozbierałem resztę rzeczy i pobiegłem za nim w stronę ludzi łowiących ryby w pobliskim kanale. Dogoniłem gnojka, ale on spryciarz już nie miał aparatu – przekazał go z pewnością jakiemuś kumplowi, których było w okolicy nie mało. Dałem za wygraną. Byłem roztrzęsiony – w końcu pierwszy raz moje życie było zagrożone. Po chwili stwierdziłem, że miałem dużo szczęścia. Koleś mógł mnie zranić nożem, mógł też uciec z moim plecakiem z dwoma aparatami, paszportem, gotówką i kartami kredytowymi, zegarkiem. Wieczorem, gdy już trochę ochłonąłem pojechałem na Głowę Cukru, – z którego rozpościerały się przepiękne widoki – oświetlone plaże oraz górujący nad miastem Chrystus na wzgórzu Corcovado.

 

3 marzec

Na dzisiaj miałem dwa cele: wzgórze Corcovado, na którym stoi posąg Chrystusa oraz stadion Maracana. Najpierw podjechałem w okolice dworca San Marta, skąd odchodzi kolej zębata na Corcovado. Można tez oczywiście dostać się na wzgórze piechota, ale wszystkie przewodniki bardzo tego odradzają, jako że łatwo można zostać napadniętym. Stojąc w kolejce po bilet na kolej, zaczepił mnie gość, że zawiezie mnie w cenie biletu nie tylko na szczyt Corcovado, ale także na punkt widokowy Dona Marta. Razem z dwójką Izraelczyków postanowiliśmy zaryzykować. Okazało się, że warto czasem podjąć małe ryzyko. Droga na szczyt wiodła początkowo poprzez slumsy, a potem poprzez gesty lasek. Najpierw dotarliśmy do punktu widokowego, skąd faktycznie rozpościerał się przepiękny widok na całe Rio i okoliczne wzgórza. Gdy później dotarliśmy na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m. było ono całkowicie w chmurach – żadnych widoków, ludzie, którzy wjechali tu kolejką przeklinali pogodę. Następnie pojechałem na stadion Maracana, który jednak nie zrobił na mnie oszałamiającego wrażenia – pomimo tego, że mógł pomieścić 150 tyś osób (kiedyś przed przebudową mieściło się tutaj 200 tyś ludzi. Wracając, że stadionu długa kładką nad autostradą na przystanek metra widzę, że jakiś murzynek idzie wprost naprzeciwko – kłopoty wiszą w powietrzu – pomyślałem sobie. Nie pomyliłem się – koleś cos zaczął do mnie mówić i zbliżał się coraz bardziej i jak zobaczyłem jego rękę szukająca czegoś w kieszeni wszystko stało się jasne- następny napad rabunkowy w biały dzień na samotnego zachodniego turystę. Postanowiłem uciekać – koleś zaczął biec za mną, ale byłem zbyt szybki dla niego. Dwóch napotkanych Brazylijczyków odeskortowało mnie do metra. Postanowiłem do minimum ograniczyć wypady na miasto.

4 marzec

Postanowiłem opuścić dzisiaj Rio i udałem się do Teresopolis i Petropolis. Teresopolis jest górskim kurortem leżącym 60 km od Rio i znajduje się tam Park Narodowy Sierra dos Orgaos, który jest górzystym terenem pokrytym w całości gęstym lasem. Mnie podobał się średnio, ponieważ zalesienie nie pozwało nabrać odpowiedniej perspektywy tego terenu. Petropolis to natomiast była siedziba cesarzy brazylijskich – Pedro I i Pedro II. Chociaż nie przepadam za muzeami to Muzeum Cesarskie zrobiło na mnie duże wrażenie – jest bardzo pięknie utrzymane i można się tam dużo dowiedzieć o historii Brazylii. Jednak moim faworytem w tego typu pałacach nadal pozostaje pałac w portugalskiej Sintrze.

5 marzec

Dzisiejszy dzień postanawiam spędzić robiąc prezenty dla moich bliskich. Najwięcej takich sklepików znajduje się okolicach Głowy Cukru.

6 marzec

Dzisiaj nareszcie jadę do domu. Do południa wkuwam jeszcze trochę pracę dyplomową. Potem zaczynam się pakować. Dotarłszy na lotnisko odetchnąłem z wielką ulga – tutaj naprawdę czułem się bezpiecznie, nic mi tu nie groziło, na lotnisko wpuszczali tylko z biletami i byle, kto nie mógł tutaj wejść. Gdy została godzina do odlotu poszedłem w stronę lotniska i, a tam kolejka jak diabli. Teraz czekała mnie niemiła niespodzianka: Pani przy odprawie oświadczyła mi, że musze właśnie zapłacić 36$ opłaty lotniskowej. Za co do cholery – myślę sobie. Wiza 36$, podatek 36$ - co za zdzierstwo! Mam kartę Visa, ale jej ważność skończyła się właśnie parę dni temu L. Mam 20$ w gotówce i potrzebuje jeszcze 16$. Sytuacja staje mało fajna, bo Pani oświadcza, że jak za 10 min nie zapłacę to zostaje tutaj w Rio! Co tu robić? Podchodzę wiec do ludzi w kolejce i tłumaczę, co się stało – na to bez chwili wahania jeden młody koleś otwiera portfel i wręcza mi 20$. W ciężkim szoku biegnę do okienka uregulował opłatę. Coś niesamowitego! Taka bezinteresowność i chęć pomocy. Proszę, jak się okazało, młodego Duńczyka o numer konta, ale koleś macha ręką, że to nie warto, bo przelewy na tak drobną sumę są drogie.....

7 marzec

Bez większych problemów doleciałem przez Londyn do Warszawy, gdzie na lotnisku czekali Justyna i Tomek. W poniedziałek z samego rana byłem już w Wejherowie.

k2-banner

pantera