O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

1997 – Mount Blanc (4810 m npm), Alpy, Dolomity

Zdobyte szczyty: Marmolada, Civetta, Mount Blanc, Mount Maudit, Mount Blanc du Tacul

Dzięki zimowemu kursowi  w ,Betlejemce’ nabrałem dużo pewności siebie w sprawach górskich – zarówno kondycyjnie jak i psychicznie. Nie przerażały już mnie wielkie ściany, trudne drogi oraz kilkugodzinne stanie na stanowisku w kilkunastostopniowym mrozie. Powoli zacząłem snuć więc plany letniego wyjazdu na ‘dach Europy’ – Mount Blanc (4807 m n.p.m.). Problemem było jednak to że zupełnie nie znalem środowiska górskiego w Trójmieście, a co za tym idzie ludzi chętnych na taki wyjazd. Chodziłem, pytałem się – ale chętnych nie było. Myślę sobie – przecież musi w Polsce być ktoś, kto chce również jechać na ‘Blanca’ w lecie. Postanowiłem spróbować z ówczesnej nowinki komunikacyjnej – z Internetu i listy pl.rec.gory. Odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania, ale byłem daleki od euforii, bo wielu osób miałem wrzenie chciało porywać się z motyką na słońce. Nie było jeszcze w TATRACH A JUŻ NA Mount Blanc chcieli, jechać J. W końcu zgadałem z chłopakami z Wrocławia, którzy również skończyli Betlejemke – co chociaż częściowo gwarantowało że nie będę się bal wspinać z nimi na jednej linie. Była nas czwórka – pozostała tylko kwestia samochodu. Zacząłem urabiać moich rodziców, aby mi pożyczyli naszą Skode Favorit. Początkowo wybili mi to szybko z głowy, ale powoli, powoli byli coraz bardziej skłonni na ustępstwa. Jak już prawie miałem ‘wróbla w garści’ chłopaki z Wrocławia skombinowali Poloneza Trucka, którym ostatecznie pojechaliśmy.

Wyruszyliśmy pod koniec lipca i skierowaliśmy się w okolice Marmolady – najwyższego szczytu włoskich Dolomitów. Tam też po raz pierwszy miałem okazje wspinać się na słynnych żelaznych perciach, czyli via-ferratach. Co za wspaniała przygoda! Cały czas masz asekuracje – nie musisz się martwic zakładaniem przelotów. Cudownie! Wejście na Marmolade nie było zbyt wymagające, a nas szczycie miła niespodzianka – schronisko! Podczas zejścia miałem okazje po raz pierwszy iść lodowcem – zresztą jedynym lodowcem w paśmie Dolomitów. Na własne oczy zobaczyłem jak wyglądają prawdziwe szczeliny. Następnym celem naszego wyjazdu była Civetta – przepiękna góra, na którą też wybraliśmy się via ferratą, tym razem jednak bardziej wymagającą. Należy dodać że zdarza się że via ferrata jest na jakimś odcinku uszkodzona i wtedy zdecydowanie należy się asekurować liną.

Po zdobyciu Civetty grupa nasza zaczęła powoli dojrzewać do tego aby udać się w Alpy. Po burzliwych dyskusjach zdecydowaliby ze będziemy wchodzić na Mount Blanc drogą papieską z włoskiej miejscowości Courmayour. Początkowo droga biegła moreną lodowca, potem jednak weszliśmy na prawdziwy alpejski lodowiec posiekany głębokimi szczelinami, których wspólnym mianownikiem była czarna otchłań. Celem naszym był schron Valot, położony na wysokości ok. 4100 m n.p.m.. Zmęczenie doskwierało mi coraz bardziej i z coraz większym trudem pokonywałem następne metry. Zbliżał się zachód słońca mi została ostatnie strome podejście do schronu. W końcu resztka sil doczołgałem się do środka, a tam iście polskie towarzystwo! Wiadomo – w schronie nie trzeba płacić za nocleg J. Noc to jeden wielki koszmar – ciasnota, palące pragnienie, brak snu i lekki ból głowy. Rano czuje się jak zdjęty z krzyża a tu jeszcze trzeba wejść 700 metrów wyżej! Czuje ze nie dam rady. Ale wspólna mobilizacja pozwala przezwyciężyć zwątpienie. Ruszamy powoli do góry – krok po kroku. Na trasie same ‘tramwaje’ – grupki ludzi związanych liną wspinający się gęsiego do góry. Wraca mi forma, mija ból głowy – jest wspaniale! W pewnym momencie idziemy dosłownie półmetrową ścieżką na grani – na lewo i na prawo przepaść. W końcu dochodzimy na wielkie pole śnieżne i widzimy radujących się ludzi. To już tutaj? – kręcimy z niedowierzaniem głowami. Osobiście czuję lekki niedosyt, ponieważ zawsze wyobrażałem sobie jakieś fajne zwieńczenie dachu Europy, a tu zwykle pole śnieżne wielkości boiska piłkarskiego. Widoki są cudowne – na horyzoncie widać strzelistą sylwetkę Matterhornu. Podejmuje decyzje ze nie wracamy się na stronę włoską, tylko idziemy w kierunku kolejki Augille du Midi z zamiarem zdobycia po drodze dwóch kolejnych czterotysięczników: Mount Maudit oraz Mount Blanc du Tacul, – czego tez z sukcesem dokonujemy. Teraz zostało nam już ‘tylko’ strome podejście do kolejki na Augille du Midi. Jak się później okazało najcięższa próba była przed nami – pod szczytem dosłownie obsiadła nas grupa japońskich turystów (w adidasach, z nieodłącznymi aparatami i kamerami) którzy koniecznie chcieli nas sfotografować z każdej strony – chyba faktycznie musieliśmy wyglądać ‘zawodowo’ po dwóch dniach wspinaczki prawie non-stop. Smak Coca-Coli kupionej na szczycie pamiętam jeszcze do dziś J.

W nagrodę zafundowaliśmy sobie wycieczkę nad Morze Śródziemne, aby dogrzać zmarznięte ciała. Problem w tym ze musieliśmy naprawdę się nieźle naszukać aby znaleźć kawałek plaży otwartej dla wszystkich.  Potem zwiedziliśmy jeszcze krzywą wieżę w Pizzie, Florencję, Genuę. Ciągnie jednak wilka do lasu i na koniec postanowiliśmy jeszcze raz pojechać w Dolomity w pasmo Toffana, gdzie przepiękną ferattą Via Lipella wspięliśmy się na szczyt Toffana Di Rozes (3225 m n.p.m.). Potem jeszcze tylko uczciliśmy to uroczystą kolacją na parkingu i pojechaliśmy w stronę domu.

k2-banner

pantera