O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

1995 – Góry Czerskiego, Bajkał

Bajkał to najgłębsze jezioro na Ziemi - maksymalna głębokość wynosi 1637 m (do niedawna 1620), a średnia głębokość wynosi 730 metrów. Jezioro to jest najstarszym na Ziemi - powstało aż 20 mln lat temu w wyniku ruchów tektonicznych ( polskie jeziora polodowcowe powstały ok. 5-8 tyś lat temu). Jako, że jest to jezioro pochodzenia tektonicznego nawiedza go ok. 2 tyś małych wstrząsów rocznie. Powodują one, że Bajkał rozszerza się 2 cm rocznie. Długość Bajkału po łuku wynosi 636 km, a maksymalna szerokość 79,4 km , co daje powierzchnię 31,5 tyś km2 . Daje to w rezultacie zbiornik wodny o pojemności 23 tyś. km3 . Oznacza to, że w Bajkale znajduje się 20 % wody słodkiej na świecie.

Poziom lustra wód Bajkału znajduje się dosyć wysoko, bo na 456 metrze n.p.m..

Wody tego jeziora należą do najbardziej przejrzystych na świecie - 43 metry, co daje 2 miejsce za Morzem Sargassowym 66,5 metra (Morze Bałtyckie: 15 metrów). Bajkał zamarza od stycznia do maja - max grubość lodu wynosi 1,5 metra. W roku 1905 z powodu wojny rosyjsko - japońskiej ułożono na lodzie tory kolejowe, na których wagony były ciągnięte za pomocą koni.

Ciekawostką jest, że północny kraniec Bajkału leży na tym samym równoleżniku co Moskwa.

Do Bajkału wpływa (wpada) 336 rzek i potoczków , a wypływa tylko jedna - Angara (po buriacku wyrwa). Legenda mówi , że zazdrosny kochanek Bajkał uwięził piękną Angarę otaczając wody swojego królestwa górami , ponieważ Angara chciała uciec do swojego narzeczonego Jeniseja. Pewnego dnia , gdy Bajkał spał nastąpiło małe trzęsienie ziemi. Wszystkie potoki pomogły Angarze znaleźć wyrwę , przez którą zaczęła ona uciekać. Gdy Bajkał obudził się w wielkim gniewie rzucił w tą wyrwę ( przy wypływie Angary z Bajkału) wielką górą. Ale Angara była już za daleko.  Dzisiaj  jest w tym miejscu , widziany z Listwianki tylko lekko wystający z wody tzw. kamień szamana.

Możecie mi wierzyć lub nie ale cala moja wyprawa nad Bajkał przypomina trochę dobrą bajkę.

Wszystko zaczęło się w piękny czerwcowy dzień. Wracając z uczelni (najprawdopodobniej była to środa) kupiłem tradycyjnie "Wprost". Znalazłem tam artykuł o wyprawach trampingowych organizowanych przez jedno z warszawskich biur podróży. Artykuł ten bardzo mnie zaciekawił, bo nie miałem jeszcze planów na wakacje ,a do Europy Zachodniej nie bardzo chciało mi się jechać, bo tam absolutnie nie żadnego "klimatu" - oczywiście podczas imprez organizowanych przez biura podróży, bo prawdziwy tramp zabawi się wszędzie.

Na takie objazdowe imprezy po Europie będzie czas na emeryturze.

Jako że do połowy lipca pracowałem nie spieszyło mi się z podjęciem decyzji. Wreszcie gdy się zdecydowałem zaczęły się "schody". W artykule była podana tylko nazwa firmy. Niby wystarczy ,.... a jednak trzeba było wykonać przeszło piętnastu telefonów ,aby po sznureczku tam trafić. Teraz czekała na mnie "najlepsza" tego dnia wiadomość : miejsc na tramping nad Bajkał już nie ma, bo pracownica pojechała już do Moskwy kupić bilety. Jednak poproszone mnie o zostawienie numeru telefonu na wszelki wypadek. Działo się to w piątek, a wyjazd był planowany na wtorek następnego tygodnia. Także tylko najwięksi optymiści mogliby się łudzić, że ktoś zrezygnuje albo nastąpi jakiś inny (niekoniecznie ósmy) cud świata.

Nagle w sobotę wchodzę do domu ,a tu już wołają do telefonu. Myślę sobie że z pewnością chodzi o dzisiejszą imprezę , tu ..... przedstawia mi się Pani z firmy turystycznej - byłem pewny po to żeby pozbawić mnie już ostatecznie złudzeń i zaprosić mnie na wyprawę w przyszłym roku. Jakież było moje zdziwienie gdy nie podnosząc głosu zapytała czy mam dalej ochotę jechać nad Bajkał. Zamurowało mnie. Dopiero po chwili  wybełkotałem coś co zapewne przypominało ,tłumacząc to na polski, słowo TAK. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie(inaczej nie mogły bo wyjazd był za trzy dni).

17 lipiec

Pośpiechem z Gdańska dojeżdżam na "Centralny" w stolicy.

18 lipiec

Po przyjeździe rano muszę kupić jeszcze bilet do Grodna(Białoruś - a właściwie już  Rosja). W kasach międzynarodowych spotykam kolesia który podpowiada mi żeby kupić bilet tylko do Kuźnicy Białostockiej (stacja graniczna), a dalej u kanara . Na tej całej kombinacji można nieźle zaoszczędzić.

Zbiórkę mamy na "Zachodniej". Grupę nad Bajkał rozpoznaję bez trudu bo czyż można pomylić drapacza z Manhattanu (plecaki ludzi z naszej wyprawy) z domkiem na przedmieściach Warszawy (pozostali podróżni).Nasze plecaki tak się "prezentowały" bo któż inny miał w swoich plecaku takie drobiazgi jak: namioty, śpiwory, karimaty, ubrania, zapasowe buty, podręczną apteczkę, epi-gasy (z czterema zapasowymi butlami), i jeszcze taki mały drobiazg jak.... jedzenie na cały miesiąc (zupki, puszki, serki topione, ryż, pure, kasza gryczana, a nawet: musztarda, ketchup i owoce suszone).A wracając do naszej grupy  to stanowi ja piętnaście osób w różnym wieku (sami studenci lub ludzie po studiach).Większość to ludzie młodzi 22-28 lat.

Pakujemy się do pociągu do Grodna. W przedziale jadę z Bartkiem (po zoologii) ,Kamilem (socjologia) i Sylwią (chemia). Jak się później okazało wszyscy byli z mojej "ukochanej" Warszawy (żeby było jasne: do Warszawiaków nic nie mam ,ale miasto to wyraźnie mi się nie podoba). O "rozweselacze towarzystwa" zadbał tylko Bartek ,ale starczyło to na krótko. Na granicy polsko - białoruskiej celnicy rosyjscy ( tak ! tak! to nie

pomyłka) nie robią większych problemów. W Grodnie jesteśmy po 14-tej. Do odjazdu do Moskwy mamy jeszcze dziesięć godzin więc "rozbijamy" obóz na tutejszym BOKZALE. Dworzec jest bardzo monumentalny (jak zresztą wszystko w byłym ZSRR) ,a w głównej sali są piękne żyrandole, też oczywiście ogromnych rozmiarów i nie pamiętające ostatniego czyszczenia. Dzielimy się na grupy i zwiedzamy miasto.

Znajduje się tutaj piękna stara cerkiew. Zaskoczyło mnie że są w niej prawie same kobiety (ale przecież u nas w dni powszednie jest podobnie), które kłaniają się bardzo nisko (coś a'la Kałużyński) w rytm modłów. Mimo powszechnie panującej tutaj biedy z tyłu za starą cerkwią budują nową, a wychodząc z cerkwi zauważyliśmy jak pop zajechał nowym BMW.Z innych zabytków można wymienić dom Elizy Orzeszkowej, pomnik Lenina na centralnym placu miasta, zamki stary i nowy położone na wzgórzu z których rozpościera się wspaniały widok na Niemen.

Ciekawostką są samochody miejscowych mafiosów (których jest zresztą sporo) jeżdżą bez tablic rejestracyjnych .Bo też i po co ? Żeby konkurencja zanotowała numer?

19 lipiec

 

Podróż do Moskwy mija szybko chociaż trwa 21 godzin. Z dworca Białoruskiego przenosimy się na Jarosławski, skąd o 23.50 mamy pociąg do Irkucka. Z trudem znajdujemy kantor żeby wymienić dolary na ruble (1$=4500 rubli). Teraz czeka nas pierwszy szok. Wszystko jest tak potwornie drogie (oczywiście z wyjątkiem wódki). Zdawaliśmy sobie sprawę że czasy gdy za dwa dolary można było zwiedzić Moskwę taksówką bezpowrotnie minęły, ale żeby tak się z cenami wygłupiać to już lekka przesada. Za dwa piwa Żigulewskoje (2700) można kupić flaszkę Stolicznej, także butelki stanowiły główny ciężar zakupów na 91-godzinną podróż. Dużą popularnością cieszą się pierożki (tak już zostało do końca), które babuszki sprzedają po 1500 rubli. Mogą one być nadziewane kapustą, mięsem, ziemniakami oraz jajecznicą.

Na dworcowe poczekalnie wpuszczają tylko podróżnych z biletami, bo przed każdym dworcem są tłumy kloszardów różnych nacji. Porządku przy wejściach pilnują żołnierze także wszyscy starają się być grzeczni.

Nasze prowadniczki to Buriatki. Jedną z nich jest Katja, która jest studentką ekonomii i w czasie wakacji odbywa praktykę (czemu akurat w pociągu transyberyjskim to nie wiem - widocznie taki dostała przydział). Każdy wagon ma dwóch prowadników (płeć dowolna - składy mieszane dozwolone), którzy na zmianę pełnią 12-godzinne dyżury podczas których dbają o "wygodę i bezpieczeństwo " podróżnych.             Pociąg ruszaaaaaaa.........

20 - 23 lipiec       Podróż .

Moskwa - Jarosław - Kirow - Jekaterynburg - Omsk - Nowosybirsk - Krasnojarsk - Irkuck.

Dla większości z nas będzie to pierwsza podróż słynną magistralą transsyberyjską Moskwa - Władywostok, która jest najdłuższą linią kolejową na świecie. Zaczęto ją budować w roku 1891 , a  uroczyste otwarcie nastąpiło w roku 1916.Każdy kursujący tą trasą pociąg ma swój numer .Pociągi z pierwszymi numerami charakteryzują się wysokim standardem - mają też swoje nazwy np. pociąg o numerze 1 nazywa się „Rosja”(rassija).

Będziemy mijać granicę Europy z Azją - wyznacz ją dla nas słupek przy torach o numerze 1777.            Przedziały są czteroosobowe , z każdej strony po dwie kuszetki. W przedziale dalej jestem z Bartkiem, Kamilem i Sylwią.

Pierwszej nocy w naszym przedziale odbywa się mała imprezka zapoznawcza, której głównym bohaterem zostaje Stolicznaja. Mistrzem ceremonii zostaje Bartek (tak już zostanie do końca wyprawy).

Drugiej nocy nasz "starszyj" Jarek miał "dzień rażdzenia". Panie robią okolicznościowy torcik z herbatników. Sylwia z Pawłem kupują kapelusik. "Uroczystości" odbyły się w przedziale Bogny, Grażyny, Tomka i Darka.

Na każdej większej stacji "Babuszki" sprzedają nasze ulubione pierożki. Bartek i spółka zaopatrują się w swoje ulubione "napoje". Wielkim dobrodziejstwem podróży był wrzątek, który w każdej chwili był dostępny w samowarze w każdym przedziale. W krajobrazie widzianym z pociągu dominują brzozy , niskie krzaki i w ogóle sama zieleń.

Domki są przeważnie drewniane , obdrapane i rozsypujące się. Nareszcie dojeżdżamy do Irkucka. Jest poniedziałek, godzina 1.00 czasu miejscowego.

24 lipiec

Za wejście do poczekalni trzeba zapłacić tysiąc rubli " od łepka". Tam rozkładamy karimaty i szykujemy się do spania. Jednak płacz dzieci nie pozwala nam zasnąć.

Rano Jarek chciał załatwić bilety na Olchon (wyspa na pn Bajkału), ale dostał bilety na dopiero za dwa tygodnie.

Zaczynamy przechadzkę po dworcu. Idziemy sobie a tu nagle rozlega się dźwięk orkiestry grającej cos a'la marsz weselny ( raczej chyba pogrzebowy ), bo puszczanie tej muzyki przypomina mi zwyczaj hitlerowców , którzy cały dzień kazali chodzić więźniom w takt żenującej muzyki i tylko zbierali z ziemi tych którzy mieli dosyć - czytaj umarli. W ciągu całego poranka muzykę ta puszczali jeszcze parę razy. Nie zauważyłem jednak żadnej korelacji miedzy nią , a jakimś wydarzeniem (pełna godzina , VIP , odjazd pociągu).

Innym "udogodnieniem" dla ludności było ogłaszanie numeru peronu danego pociągu dopiero na kilka minut przed odjazdem pociągu. Było to bardzo uciążliwe dla wszystkich pasażerów bo tablica na której o tym informowano była zaraz w holu przy wejściu głównym. Z tego powodu panował tam nieustanny ścisk i tłok - ludzie wpatrzeni w magiczną tablicę jak gdyby czekali w blokach startowych na sygnał startera (wyświetlenie peronu), który pozwoli im stoczyć heroiczna walkę o jak najszybsze dotarcie na właściwy peron.

Rano mieliśmy niemałe problemy żeby kupić chleb. Dopiero w piątym z kolei sklepie był chleb wraz z niemałą kolejką. Później kłopotów z chlebem już nie było. Wymieniliśmy dolary w hotelu Angara , w pobliżu którego znajduje się piękna fontanna. Popołudniu jedziemy na dworzec autobusowy a stąd do Listwianki - portu położonego u wypływu Angary z Bajkału. Nagle  jest !!!!!!!Wreszcie po sześciu dniach podróży widzimy lśniącą taflę najgłębszego jeziora świata otoczona zewsząd pięknymi górami. Woda jest zimna , jednak Sylwia postanawia się kąpać. Rozbijamy się na małej polance  i wieczorem rozpalamy ognisko , a że jest bardzo zimno rozgrzewamy się ukraińską wódką  paprykową - Piercowką. Jest tak dobra że wchodzi bez zakuski.

25 lipiec

Śpimy długo, jemy ,kąpiemy się i na dwie grupy zwiedzamy Muzeum o Bajkale w Listwiance. Tutaj na każdym kroku można spotkać polskie akcenty : Pik Czerskiego (2600 m n.p.m.) , Góra Czerskiego , Kamień Czerskiego ( na wzgórzu za Muzeum ), na który wybraliśmy się po zwiedzeniu muzeum.

Następnym etapem była przeprawa kutrem do Bajkalska -0 mieściny po drugiej stronie jeziora , skąd o trzeciej nad ranem mamy pociąg do Sljudanki - miejsca startu na trzydniową wyprawę na Górę Czerskiego. W Bajkalsku znajdujemy osłoniętą od wiatru nyżę na wzgórzu , gdzie rozpalamy ognisko , aby przeczekać do odjazdu pociągu. Bartek i spółka wybieraj się po ryby i wódkę. Przynoszą kilka kilogramów  OMUŁÓW - najpopularniejszej ryby w jeziorze. Były bardzo smaczne.

Do ogniska przysiada się grupa z Sankt Petersburga. Wyglądali jak skazańcy zesłani na Syberię : szare trampki , szare ,wypłowiałe drelichy, wielkie wiejskie wiadra do gotowania ziemniaków i ryb nad ogniskiem, piłę do drzewa. Mimo tego byli z nich mili i przyjaźni ludzie. Jarek wypił z ich prowadzicielem dwie lufki wódki umacniające przyjaźń polsko - rosyjską. Do ogniska przysiadają się też miejscowi robotnicy, którzy byli już nieźle „ oczytani „. Okazało się że wielu z nich ( i nie tylko oni ) , miało rodziców Polaków.

Jesteśmy bardzo rozczarowani , ze nasz pociąg jedzie w nocy , bo nie mogliśmy podziwiać dziesiątek tuneli wykutych w skale. Ciekawostką jest że pociągiem tym niektórzy dojeżdżają  codziennie do pracy do Sljudanki , a pociąg dojeżdza tam w .... 5  godzin. Ruszamy...

26 lipiec

Sljudanka wita nas rano rzęsistym deszczem. Czekamy parę godzin w poczekalni aż przestanie padać , ale nadzieja matką głupich. Posilamy się w barze , gdzie największe powodzenie mają placki i kasza gryczana. A na dworze deszcz dalej wyczynia harce. Postanawiamy się udać do stacji rybackiej nad brzegiem Bajkału , gdzie chcemy sobie trochę pospać. Pakując się do maleńkiego samochodu dostawczego pobijamy chyba rekord świata w wykorzystaniu przestrzeni ładunkowej.

W tej rybackiej chacie śmierdzi jak........ ( tu przypomnij sobie najgorszy smród w życiu). Mimo to rozkładamy karimatki i szykujemy się do parogodzinnej drzemki. Nim jednak zdążyliśmy zasnąć włodarze domu rozpoczęli pielgrzymki do pokoju ze sprzętem , do którego droga prowadziła przez nasz przybytek szczelnie wypełniony karimatami. Prawdziwa bomba wybuchła jak ktoś nadepnął Bartkowi na jaśka - doszło do słownej sprzeczki i tak zakończył się nasz nie rozpoczęty sen. Wstaliśmy i postanowiliśmy iść do muzeum geologicznego, które jest własnością dwóch rodzin. Znowu ździerstwo ,- 2$ za wjazd. Muzeum Bardzo przyjemne , mnóstwo okazów , sklepik.

Powoli zdajemy sobie sprawę , że jest tak mokro , że z  wypadu w góry chyba nic na razie nie wyjdzie. Postanawiamy więc najpierw udać się wieczornym pociągiem do Ułan - Ude   - stolicy Buriacji. Jedziemy obścijimi wagonami( takie bez drzwi miedzy przedziałami), co pozwala bez trudu nawiązać nowe kontakty międzynarodowe. Reprezentantem Polski znów zostaje Bartek , który cała noc pije z Kitajcami (skośnoocy). Rano budzi się niepritomnyj i myli plecaki.

27 lipiec

W Ułan - Ude jesteśmy  rano. Najpierw jedziemy na dworzec autobusowy. Jadąc przez miasto przejeżdżamy obok jednej z głównych atrakcji miasta - wielkiej głowy Lenina na głównym placu miasta. Autobusem udajemy się na pd do Ivogieńska, gdzie znajduje się stary dacan ( świątynia buddyjska) z 1948 roku. Każdy lama ( odpowiednik polskiego księdza ) ma swój domek. Świątynia i domki były odgrodzone od wsi płotem. Wewnątrz wokół płotu była ścieżka modlitw , podczas obchodzenia której kręciło się zabawnymi „ruletkami”. W głównej świątyni w głównym miejscu oprócz wielkiego posążka Buddy znajdował się obraz obecnie żyjącego Dalej Lamy ( obecnie jest to Dalej Lama XIV )      - przywódcy duchowego buddystów .Czekając na uczniów , którzy uczą się tutaj

„zawodu” lamy i mają nas oprowadzić po dacanie , zaczynamy sami przechadzkę po rozległym terenie wyznawców Buddy. Dzięki pięknej pogodzie wszystko lśni się w słońcu. Spotykamy wycieczkę z Ameryki. Tworzą ją profesorowie z Uniwersytetu z Charlotte , którzy są w trakcie małej wycieczki dookoła świata. Wywiązuje się dyskusja o polskich przemianach i Wałęsie , którego oni bardzo cenią.

Po obejrzeniu wszystkich ciekawych miejsc postanawiamy że zostajemy tutaj na noc. Idziemy nad rzekę , aby „pakuszać”. Na kolacje kupujemy we wsi mleko - 3 tyś za litr.Po drodze zwiedzamy buddyjską jurtę ( mini świątynia buddyjska ),którą jest wielki gipsowy głaz i trochę „ruletek”. Wieczorem rozbijamy namiot za dacanem i idziemy spać.

28 lipiec

Rano wracamy do Ułan - Ude. W centrum robimy małą sesję zdjęciową przed głową Lenina. Następnie udajemy się do położonego na skraju miasta muzeum etnograficznego, gdzie znajduj się zagrody biednych i bogatych Buriatów, Kozaków.

Nareszcie widzimy prawdziwą  jurtę i Czasownik - rodzaj kaplicy modlitewnej , spotykanej także w Beskidach. Wracając do centrum przejeżdżamy obok nowego dacanu.

W centrum dzielimy się na grupy i udajemy się na bazar. a tam rozczarowanie. Zamiast spodziewanych orientalnych rzeczy i pamiątek , na bazarze dominuje typowa zachodnia i azjatycka odzież i obuwie. Napychamy się owocami i wracamy  autobusem na „żeleznodarożnyj wakzał”. Mimo że autobus kończył tam bieg kilka „pań” nie miało najmniejszej ochoty opuścić pojazdu - smacznie sobie spały na tylnych siedzeniach.

Dopiero energiczne krzyki kierowcy zmusiły je do wysiadki , która polegała na tym ze prosto z autobusu runęły one w pobliskie krzaki , gdzie widocznie postanowiły dokończyć drzemkę po trudach nocy.

Na dworcu czekamy na pociąg do Tanchoj, skąd chcemy udać się w góry Hamar Daban.

29 lipiec

O drugiej w nocy jesteśmy w Tanchoj. Miejscowi kolejarze pokazuj nam miejsce między torami , a Bajkałem gdzie możemy rozbić namioty. Czekając na peronie na  Jarka ,który wypytywał się dokładnie o miejsce noclegu cała nasza grupa została nagle oświetlona reflektorem o olbrzymiej mocy - abyśmy prawdopodobnie byli dobrze widoczni.

Nad brzegiem dołączyła się do nas trójka dobrze już „rozweselonych” rosyjskich podróżników , którzy koniecznie chcieli rozpalić „kastior”. My chcieliśmy iść spać , ale jak im tu grzecznie odmówić - ognisko rozbłysło. Większość poszła spać , a niektórzy

dotrzymywali Rosjanom towarzystwa aż do świtu , kiedy to obudziły mnie przeraźliwe wrzaski - to nasi „przyjaciele” budzili nas , abyśmy zobaczyli wschód słońca - ja ich olałem i spałem dalej. Spałem aż do dziesiątej , potem śniadanko, długa kąpieli .... zrobiła się druga po południu. Przed wymarszem cześć rzeczy zostawiamy u miejscowego nastawniczego tradycyjnie za paczkę papierosów.

Wreszcie wyruszamy w góry. Kierujemy się na zachód od Tanchoj zwykłą asfaltową drogą , mijając po drodze dużą latarnię morską , aby doliną rzeki Peremnaja „wpuścić się” w góry. W lesie spotykamy gromadkę ludzi koszących trawę. Jeden z nich okazuje się leśniczym. Dowiadujemy się , ze jesteśmy cztery kilometry przed „zapowiednikiem” (rezerwat przyrody), a tam bez „bamugi” ( pozwolenie ) wstęp wzbroniony. Jarek i Tomek cofają się do Tanchoj, ale nic nie załatwiają , bo facet wydający pozwolenia nie ma czasu , bo .....   podlewa ogródek. Musielibyśmy czekać aż do poniedziałku. Postanawiamy rozbić namioty, a rano pociągiem udać się do Sljudanki, aby stamtąd udać się na Górę Czerskiego ( 2090 m n.p.m. ) i spędzić cały tydzień w górach Hamar Daban. Wieczorkiem udajemy się jeszcze do granicy „zapowiednika” , mijamy piękną brzezinę. Szybko idziemy spać , bo o szóstej pobudka.

30 lipiec

Rano żołnierskim krokiem udajemy się na stację. Do drogi asfaltowej idziemy w miarę równo. Potem jednak lekko przyśpieszam i zostawiam peleton z tyłu aby w Tanchoj jeszcze się wykąpać. Woda jak zwykle zimna  - mimo to po kąpieli czuję się jak wyśmienicie.

Tym razem Sljudanka wita nas piękną , słoneczną pogodą .Kierujemy się w stronę znajomego Muzeum Geologicznego , gdzie zostawiamy część rzeczy. Teraz do pokonania mamy 25 km podejścia. Nie to jednak nas martwi. Boimy się ,aby i tym razem jakaś siła wyższa nie przerwała naszej górskiej wędrówki. Idziemy wzdłuż potoku , który mamy mijać podobno aż 13 razy. Raz przejście jest łatwe (po kamieniach), innym razem trzeba przejść po chwiejnej kładce , bez żadnych poręczy kilka metrów nad szumiącym potokiem. Kąpiel z plecakiem nie jest przyjemnością , o czym przekonuje się Kamil, który na jednej z kładek stracił równowagę. Wieczorem rozbijamy się na polance w lesie.

31 lipiec

Rano ruszamy dalej. Po drodze spotykamy kolesia, który rok temu prowadził tramping nad Bajkał, a teraz sam zwiedza bajkalskie tajgi i góry. Wreszcie docieramy do „meteostancji”, gdzie planowany jest nasz biwak. Miejscowy meteorolog szybko uczy się kapitalizmu , bo próbuje sprzedać nam 2 litrową colę za...  5 $ .Kupujemy tylko jogurty.
Trochę się posilamy i już bez plecaków wyruszamy na Gorę Czerskiego. Teraz , bez ciężaru na plecach , idzie się lekko i przyjemnie. Przełęcz pod szczytem okazuje się trudna technicznie , ale wszyscy dają sobie radę. Na górze dzielimy się na dwie grupy: Ja, Jarek i Łukasz schodzimy do położonego niżej jeziora Serce, reszta wraca do bazy.

Schodzimy lekkim trawersem , bo zbocze jest kamieniste i strome. Jezioro w słońcu prezentuje się przepięknie - brak porostów powoduje , że woda jest niesłychanie czysta. Idziemy do „podstawy serca” , gdzie podejrzewamy , że jest wodospad.

Nie myliliśmy się, jednak to co zobaczyliśmy było niesamowite - wodospad miał prawie

100 metrów. Wracając Jarek decyduje się na kąpiel w lodowatej wodzie jeziora - i to w dodatku „na waleta” w celu zrobienia szokującego zdjęcia. Wracając drugą stroną jeziorka natrafiamy na resztki śniegu. Dochodzi do regularnej bitwy gdzie każdy walczy z każdym. Stromym zboczem wchodzimy na przełęcz , a stamtąd do bazy już blisko.

Jednak największa atrakcja dzisiejszego dnia miała być dopiero przed nami. Co to?

Stara rosyjska „bania”(rodzaj prymitywnej sauny ).Była nią mała drewniana chatka z dwoma izdebkami. Jedna pełniła rolę poczekalni ,a w drugiej odbywała się „właściwa ceremonia”. Ja z Łukaszem wchodzimy jako ostatni. Człowieku !! Jest rewelacyjnie. 10 sekund po wejściu jesteśmy cali mokrzy - od potu oczywiście. Temperatura oscyluje wokół 60 stopni C. Na zmianę polewamy się zimą wodą. Po 45 minutach wychodzimy jak nowo narodzeni. Przy ognisku wszyscy są banią zachwyceni. Chcą jeszcze.

Zapada decyzja , że jutro idziemy na małą przechadzkę do wodospadów.

1 sierpień

Nowy miesią wita nas piękną pogodą. Po śniadaniu wyruszamy .Gabriel zostaje pilnować namiotów. Schodzimy bardzo stromym zboczem za meteostancją w dół do rzeki , na której powinny znajdować się wodospady. Idziemy prawdziwą rosyjską tajgą - karłowate drzewa, spróchniałe pnie, dużo mchu i wilgoci. Po dojściu do rzeki schodzimy korytem w dół, a polega to w głównej mierze na przeskakiwaniu z kamienia na kamień.

Trzeba uważać , bo w każdej chwili można „zażyć” niespodziewanej kąpieli. Po ok. godzinie marszu dochodzimy do miejsca , gdzie do naszej rzeki wpada z lewej strony rwący dopływ. Ten właśnie dopływ ma zamiar zaatakować „grupa silniejszych”, Bogna , Paweł i Ula wracają do bazy.”Dziecko” okazuje się o wiele lepsze od swojej „matki”.

Tu dopiero każdy może się wyszaleć. Nareszcie s prawdziwe wodospady. Koniec przyjemności. Teraz musimy wspiąć się na zbocze po prawej stronie. Zbocze to jest gęsto zalesione krzaczastymi limbami i kłującymi rododendronami. Przedzieranie się przez to niewysokie zbocze zajęło nam aż 2,5 godziny. Na górze przyszła pora na podliczenie strat: okaleczone ręce, nogi ;porwane spodnie. Myśleliśmy że najgorsze za nami - myliliśmy się wielce.

Teraz grzbietami wędrowaliśmy do jeziora Czarcie. Ludzie zmęczeni , długa droga przed nami a tu zaczyna się robić ciemno. Jednak powoli posuwaliśmy się do przodu. Najgorsze było zejście ze szczytu , u stóp którego leżało jezioro Czarcie.  tafli jeziora  byłem pierwszy .Nazwa w pełni oddawała położenie jeziora , które było zewsząd otoczone kilkunastometrowym pasem bagien. Nie można nawet było nabrać wody. Poczekałem na Kamila i razem rozpracowaliśmy ostanie resztki żarcia: chrupkie pieczywo z paprykarzem.

Najbardziej zmęczona była chyba Grażyna - trzeba przyznać , że była to dla kobiety wyczerpująca „wycieczka”. Jarek , aby dodać jej otuchy zaczął gotować w menażce herbatę z pokrzyw. Herbata była wyśmienita , mimo to uważałem ,że tak długi postój w sytuacji gdy zaraz zacznie się ściemniać nie był najlepszym pomysłem. Ale Jarek wiedział lepiej - Grażyna nabrała sił do pokonania ostatniego odcinka. Ruszyliśmy dalej około 22 , mimo to widoczność była jeszcze całkiem dobra..Ścieżka nasza wiła się wzdłuż strumyka. Po 23 weszliśmy na szczyt, u podnóża którego była nasza baza. Dopiero ok. 23.30 Jarek wyjął „czołówkę” , bo weszliśmy w gęsty las. Schodziliśmy bardzo powoli , aby uniknąć nieprzyjemnych potknięć. O północy nareszcie doszliśmy do bazy. Co za dzień ! Wszyscy już prawie spali. Poszedłem spać jako ostatni , bo tak długo pichciłem sobie zasłużoną kolację.

2 sierpień

Spaliśmy bardzo długo, ale to chyba zrozumiałe. Dzisiaj miał być dzień totalnej „łaby”.

Dla chętnych było w planie wejście na mały szczycik  po prawej stronie meteostancji.

Dzisiejsza „wyprawa” to prawdziwy spacerek - są wydeptane ścieżki, po prostu komfortowo. Przez górę tą prowadziła na drugą stronę droga dla pojazdów i linia energetyczna , która kiedyś dostarczała prąd do meteostancji, ale wiatr uznał to za bezczelny wybryk i ..... z linii pozostały tylko strzępy. Na rozległym szczycie przedzieramy się już bez ścieżki na ta stronę zbocza , która kończy się olbrzymim urwiskiem. Widać stąd bardzo długi wodospad na innym zboczu. Postanawiam wracać sam bo komary i muszki dokuczają niemiłosiernie. Mijam jakiś dziwny karmnik dla ptaków , deszczomierz , drogę i myślę ,że jestem już prawie w domu , atu .. las robi się coraz gęściejszy . Serce bije mi coraz mocniej , chociaż powinienem być spokojny , bo widzę wzgórze po przeciwnej stronie meteostancji. Schodzę coraz niżej i natrafiam na duże skupisko kamieni porośniętych mchem co może sugerować , że jestem już u podnóża góry. Nic jednak z tych rzeczy - za kamieniami ciągną się dalej gęstwiny.

Nagle jest !!! Dochodzę do ścieżki , dalej pod górę podchodzę do bazy. Mimo  że było to bardzo krótkie wyjście zdążyłem nieźle najeść się strachu.

3 sierpień

Po dniu odpoczynku byliśmy gotowi ,aby znowu „zdobyć” jakiś większy szczyt. Wybór padł na Górę Czekanowskiego. Najpierw musieliśmy podejść na górę poprzedzającą gorę Czerskiego, która była zwornikiem , a stamtąd w prawo grzbietami na cel naszej wyprawy. Idąc szczytami możemy podziwiać piękne doliny , które według niektórych przewodników należą do najbardziej wciętych na świecie. Trochę nieprzyjemna w podchodzeniu okazuje się roślina zwana CHROBOTKIEM. Jest ona bardzo przyjemna w dotyku i przyjemnie szeleści pod nogami, ale ma tą wadę , że idąc po niej noga zapada się ładnych parę centymetrów , co przy podchodzeniu jest znacznym utrudnieniem.Za to schodzi się po nim jak po perskim dywanie. Po raz drugi spotykamy resztki śniegu , co jest pretekstem do niezłej zabawy.

Kamil poczuł się źle , więc zostajemy trochę w tyle , jemy drugie śniadanie. Kamil postanawia wracać , ja muszę gonić resztę towarzystwa. Nie idę jednak grzbietami lecz lekko trawersuję zbocze, wydaje mi się ,że tak będzie szybciej. Dochodząc do następnej przełęczy nie wiem jednak jak nisko ona schodzi. Okazało się że bardzo nisko i musiałem nieźle się namęczyć , aby znowu wdrapać się na właściwą grań. Ale gdzie jest reszta ekipy ? Nigdzie na horyzoncie ich nie widać , a widoczność mam znakomitą. Postanawiam zaczekać. Czekam, czekam , a ich jak nie ma tak nie ma.

Nagle bardzo daleko widzę Darka. Ale dlaczego u licha idzie on sam? Gdzie reszta? Okazało ,że reszta ucięła sobie krótką drzemkę, więc sami wchodzimy na szczyt.

Tam czekamy na śpiochów. Muszki dokuczają nam niesamowicie. Lgną do oczu , uszu ,gdzie tylko można. Po zrobieniu tradycyjnego zdjęcia strażackiego schodzimy w dół.

Ciężką sprawą okazuje się zejście do Czarciego jeziorka. Wszyscy popełniają ten sam błąd i zamiast iść granią i schodzić dopiero przy jeziorku, schodzą od razu na pozór łatwiejszym i łagodniejszym zejściem.  A tam czeka na wszystkich. . . .  bagno.  Pomagają nam kępy trawy , które okazują się oazą suchości w tych mokradłach. Skacząc z kępy na kępę udaje się nam wybrnąć z tych ukrytych bagien i dojść do polanki przy Czarcim jeziorku gdzie dwa dni temu gotowaliśmy herbatkę. Zaczęło kropić , ale na nasze szczęście nie padało dalej. Teraz już znajomą drogą mieliśmy wrócić do bazy, z tą tylko różnicą , że dziś mieliśmy tę drogę pokonywać za dnia , a nie w ciemnościach. Gdy doszliśmy do strumyka przed ostatnim podejściem Jarek zszedł trochę niżej żeby poszukać jakiejś ścieżki omijającej to wzgórze. Drogi takiej nie znalazł ale znalazł piękny wodospad. Po „strażackim” ruszyliśmy dalej . Tempo było jednak bardzo wolne, a ja byłem bardzo głodny. Na szczycie przed bazą gdy wszyscy po raz n-ty zachwycali się n-tym krajobrazem mój żołądek zaproponował abym schodził sam , bo tak szybciej dotrę do bazy , gdzie czekała upragniona kolacja.   Zgodziłem się i za 20 minut byłem już na dole.

4 sierpień

Dzisiaj schodzimy do Sljudanki. Kamil wyrusza pół godziny przed nami bo boli go noga.  Schodząc mijamy wiele grup obładowanych wielkimi plecakami ze sprzętem do raftingu (spływ pontonem w dół rzeki). Mimo ,ze idziemy bardzo szybko nie możemy dogonić Kamila , więc postanawiam przyspieszyć , żeby go „dopaść” , bo ma nasze jedzenie. Omijam niektóre przejścia przez rzekę idąc słabo wydeptanymi ścieżkami wzdłuż brzegu. W pewnym momencie natrafiłem na stare koryto, które porośnięte było małymi brzózkami. Było ono tak długie że zacząłem podejrzewać, że zabłądziłem. Ale intuicja mnie jednak nie zawiodła - natrafiłem na ścieżkę. Po paru minutach wreszcie zobaczyłem Kamili, który przyrządzał właśnie sobie papu nad rzeczką. Chcieliśmy czekać na resztę, ale po godzinie zeszliśmy dalej sami. Po odebraniu naszych rzeczy w muzeum ruszyliśmy całą grupą nad brzeg Bajkału aby znaleźć miejsce na nocleg. Rozbiliśmy się w parku, bo nic innego nie było.

5 sierpień

Rano odbyło się demokratyczne głosowanie nad dwoma wariantami dalszej podróży :

1.  zostajemy w Sljudance i jutro rano jedziemy do Irkucka

2.  jedziemy pociągiem do Bajkalska ( tym samym którym jechaliśmy parę dni temu )

Zwyciężyła koncepcja druga i powoli zaczęliśmy się pakować , bo o drugiej był odjazd.

W „obścich” wagonach strasznie śmierdziało, więc chcieliśmy otworzyć okna , ale jak we wszystkich pociągach w Rosji okna zamknięte są „ na zimu”. Ruszyliśmy.

Pogoda była piękna, więc na okolicznych plażach wylegiwało się dużo amatorów słońca i wody.

Odcinek kolejowy Sljudanka - Bajkalsk( Port Bajkał) był kiedyś częścią magistrali transsyberyjskiej. Wiedzie on cały czas między brzegiem Bajkału z jednej strony, a wysokimi górami z drugiej. Liczy on  94 km długości, 54 czynne i 8 nieczynnych tuneli wykutych w skale. Przestał on być częścią magistrali z powodu niebezpieczeństwa, jakim są obrywające się bloki skalne gór. Podobno kilka parowozów z tego powodu leży w Bajkale. Pociąg nasz oprócz tego że woził pasażerów pełnił także funkcję sklepu dla mijanych wiosek, dla których tory były jedynym (oprócz wody- ale nie każdy ma łódkę) połączeniem ze światem. Jest to chyba jedyny pociąg na świecie który zatrzymuje się na        żądanie. Gdy jakaś grupa ludzi biwakowała nad brzegiem to po prostu zatrzymywała pociąg tak jak zatrzymuje się samochód na stopa.  Pociąg stawał, ludzie robili zakupy w „sklepie” i pociąg jechał dalej dopóki ktoś znowu nie zamachał.

Gdzieś w połowie trasy usiadłem sobie na schodach wejściowych wagonu, bo pociąg nie mógł jechać szybciej niż 30 km/h (klimatem przypominało mi to moją zeszłoroczną podróż w Bieszczadach wąskotorówką na trasie Wetlina - Cisna ).

Mijane przez nas niezliczone zatoczki były fantastyczne - zielonkawa woda, limby przypominające palmy sprawiały wrażenie, że jesteśmy na rafie koralowej.

Mijane tunele miały różną długość- nawet 800 metrów. Jarek i Paweł początkowo robili zdjęcia z wagonu-sklepu (w przerwach popijając wódkę z obsługą), ale później za paczkę papierosów przenieśli się na lokomotywę.

W Port Bajkał szybko udaliśmy się na przystań, a tam . . .  znajomy kuter i znajoma obsługa, która od razu poznała Jarka i zaprosiła go na kielicha do kabiny. Na Kutrze poznaliśmy dwóch Ukraińców.

W Listwiance sprawdziliśmy, że nasz autobus odchodzi o 7. 15 rano. Teraz musieliśmy tylko znaleźć miejsce na nocleg. Po drodze Jarek i Paweł zaczepili kierowcę stojącego autobusu i okazało się, że jest to autobus, który będzie jechał właśnie o 7. 15. No to znowu mała imprezka. My nie czekając na nich poszliśmy na plażę pod jakimś budującym się hotelami tam rozbiliśmy się. Za pół godziny wrócili wielce chwiejnym krokiem  nasi imprezowicze- Jarek i Paweł z trzeciego już dzisiaj poczęstunku. Jednak ich „wysiłek” nie poszedł na marne - mieliśmy zapakować się do autobusu zanim ten podstawi się na przystanek.

6 sierpień

Pobudka była bardzo wcześnie, abyśmy zdążyli załadować się do autobusu, zanim ten podstawi się na przystanek. Gdy autobus( z nami w środku ) podstawił się na przystanek kierowca korzystając z chwili przerwy zafundował sobie małą kąpiel w Bajkale - musiał chyba trochę otrzeźwieć po całonocnej imprezce.

Gdy byliśmy mniej więcej w połowie drogi między Listwianką a Irkuckiem autobus nasz zatrzymuje wołga. Kontrola biletów. ”Procedura” wyglądała trochę inaczej niż w Polsce : dwie kobiety wpadły do środka i spisały kto gdzie jedzie, potem kierowca został „zaproszony” do Wołgi na małe przesłuchanie. Coś musiał przeskrobać, bo trwało to prawie pół godziny. Jednak jedziemy dalej.

W Irkucku z dworca kierujemy się do „polskiego kościoła” - tak w mieście nazywają jedyny w mieście kościół rzymsko - katolicki.  Położony on jest w centrum, w pobliżu byłego „ domu partii”. Okazało się, że o 10. 00 jest msza po rosyjsku.  Chętni mogli iść - poszedłem więc z chęcią. Każdy zastał na swoim miejscu z książeczką z tekstami pieśni religijnych - oczywiście po rosyjsku. Ksiądz z ministrantami wchodzą od tyłu, przemierzając cały kościół główną nawą .  Wszystkie części mszy odprawiane były z wielką pobożnością.  Jest tutaj bardzo wielu nowych członków Kościoła, bo czytają tekst mszy z kartki. Podobno niektórzy „zmienili” wiarę z powodów finansowych.  W kościołach prawosławnych Popowie zbierają określoną składkę, a tutaj ofiara jest dobrowolna.

Po mszy spotykamy starszą kobietę, która okazuje się Polką, która wyszła za mąż za Litwina. Zaprosiła nas do siebie na mały poczęstunek.  Mimo oporów zgodziliśmy się. Podjechaliśmy do niej ósemką ( ul. Bajkalska 196/60 ). Kobieta przygotowała nam niezłą wyżerkę : chlebek z konfiturami, serem, herbata z samowaru, a na deser krówki. .  Kobieta jeszcze dobrze mówiła po polsku, toteż nieźle się z nią „gawariło”. Zaproponowała nam, abyśmy u niej przenocowali - zgodziliśmy się. Teraz jednak chcieliśmy trochę zwiedzić miasto. Najciekawsze było Muzeum Historyczne(?), które znajdowało się bardzo blisko bulwaru wzdłuż Angary. Bardzo podobały mi się radzieckie plakaty propagandy wojennej. Jednak największą atrakcją było miejsce, gdzie można było sobie zrobi zdjęcie jako dama lub niedźwiedź w specjalnie do tego przygotowanej scenerii - cena : 2 tyś.  rubli.  W międzyczasie miła pani puszczała nam fragmenty starych, przedwojennych płyt z zabytkowego patefonu.

Idąc ulicami Irkucka podziwialiśmy starą irkucką zabudowę, która przybrała nawet nazwę - styl irkucki.  Z powodów urbanistycznych ( asfalt, chodniki ) okna tych niskich domków były na poziomie chodnika. Potem zwiedziliśmy najstarszą cerkiew (biały kolor), położoną tradycyjnie na wzgórzu. Następnym etapem było Muzeum Etnograficzne(?), które znajdowało się w baszcie w centrum miasta ( przy głównym placu).   Największą atrakcją była możliwość wejścia na szczyt baszty, gdzie była dzwonnica .  Rozpościerał się stąd wspaniały widok na stolicę wschodniej Syberii i jej okolice.

Potem wróciliśmy do kościoła po nasze toboły i całą kamandą ruszyliśmy do babci. Tam największą uciechą było oglądanie „Pół żartem, pół serio” z Marlyn Monroe w wersji rosyjskojęzycznej. Zabawa była świetna. W międzyczasie wszyscy po kolei brali solidną kąpiel.

7 lipiec

Znowu wcześnie wstajemy - trzeba przecież zająć dobre miejsca w „Barguzinie”.

A co to jest ten Barguzin ? Generalnie jest to nazwa jednego z wiatrów wiejących na

Bajkale. Jest też Barguziński Zapowiednik.  A nasz Barguzin to nazwa statku, który jest skrzyżowaniem wodolotu,poduszkowca i kataramanu.  Mamy nim się udać na Olchon - największą bajkalską wyspę.

Najpierw trzeba było dojechać autobusem na dworzec morski.  A to wbrew pozorom nie taka prosta sprawa. Bo należy wiedzieć, Zew Irkucku nie ma minutowych rozkładów jazy komunikacji miejskiej. Ludzie wiedzą z doświadczenia który autobus o której godzinie kursuje z jaką częstotliwością.  Gorzej z przyjezdnymi - ale kto by się tam o nich martwił. Nasz autobus „został oceniony” przez starszą panią na jakieś pół godziny.

Szybko jednak zastrzegła, że kierowca może jeść obiad.  Coooooo? Obiad o tej godzinie!!

Okazuje się, że obiad to pojęcie dla kierowcy umowne . Je po prostu gdy jest głodny.

według kobieciny najgorsza jest sytuacja gdy w godzinach szczytu kilku kierowców tej samej lini poczuje się głodnych.  A zdarza się to często. No cóż -rosyjska ciekawostka z dziedziny motoryzacji. Nasz autobus przyjechał o dziwo „punktualnie”. A tu następna ciekawostka - kobiety sprzedające bilety podróżnym. Mają one swoje służbowe miejsca z przodu i z tyłu autobusu. Krążą między nimi i jak przekupki sprzedają podróżnym bilety, pełniąc przy okazji rolę kontrolera . Bardzo skuteczna metoda - na przejazd na gapę nie ma żadnych szans podobno jeszcze niedawno nie było w ZSRR kontroli biletów, bo społeczeństwo było tak wytresowane, Ze jak ktoś wsiadał i nie kasował biletu to był opluwany i wysadzany z autobusu, bo dla wrogów rewolucji nie ma tu miejsca.

Na dworcu morskim idąc w ślady kolegów z kolei nie informowano podróżnych do której przystani podpłynie Barguzin. Ludzie biegali zdezorientowani między przystaniami chcąc zająć jak najlepsze miejsce do „walki” o wejście na statek.

Nagle ktoś musiał dostać dobry cynk, a reszta na zasadzie owczego pędu pobiegła za nim. Barguzin zaczął podpływać w naszym kierunku.  A tu znowu pytanie - z której strony podpłynie z lewej, czy z prawej. Było to o tyle ważne, że w takim tłoku jaki tu panował zła decyzja mogła mieć poważne konsekwencje - miejsce stojące na 6- godzinną podróż. .  My na szczęście obstawiliśmy „ dobrego konia” .  Przy wejściu na statek obowiązywało „prawo dżungli” - kto silniejszy i sprytniejszy ten lepszy.  Ja z Jarkiem stanowczo, acz dyskretnie parliśmy do przodu. Udało się - jesteśmy na pokładzie. Zajęliśmy najlepsze miejsca przy oknie. Barguzin jak na rosyjski środek lokomocji przystało zabrał dwa razy więcej pasażerów niż miał miejsc.  Bez tłoku Rosjanie czują się chyba nieswojo.

Statek ruszył prawie bezszelestnie i bardzo szybko z prędkością 60 km/h połykał następne kilometry wody Angary.  W Listwiance Barguzin miał postój.  Teraz gdy wypłynęliśmy na wzburzone wody Bajkału nasz wodny pojazd nie poruszał się już tak bezszelestnie. Bryzgi wody docierają na dziób, gdzie mogą wyjść pasażerowie.  Ja także decyduję się wyjść na zewnątrz Najpierw muszę pożyczyć polar, bo wieje tam niesamowicie.  Co za jazda !!

Płyniemy cały czas w mniej więcej kilometrowej odległości od brzegu - więc perspektywa na otaczające Bajkał góry jest wymarzona.

Do MRC (emeresu), rybackiej wioski buriackiej na lądzie, przypływamy po 7 godzinach podróży, podczas której pokonaliśmy ok. 300 km. Wysiadamy. Paweł tak zajęty był robieniem zdjęć, że nie zauważył, że wysiadamy. Musiał biedak wyskakiwać przez burtę. Jesteśmy w Buriacji ( Irkuck nie należy do niej ), dlatego też jest tu bardzo dużo ludzi o rysach mongolskich (skośnookich) .  Udajemy do położonej za miastem przystani promowej ( kilka zbitych desek ), skąd o 18 odpływa prom na wyspę.  Jest to jedyna powszechna możliwość dostania się na wyspę, bo mostów tutaj nie ma - dlatego też za przejazd promem nie jest pobierana żadna opłata. Jako, że mamy trochę czasu gotujemy sobie obiadzik na świeżym powietrzu.  W międzyczasie pod przystań podjeżdża coraz więcej samochodów : terenowe Toyoty, Mitshubishi, parę gruzawików i Żyguli (Łada) . Jarek szuka chętnych, którzy podwieźli by nas do Chużiru  1,5 -tysięcznej stolicy wyspy. Jest to ok. 40 km od przystani. Ja z Kamilem jedziemy Żyguli z dwoma gościami wracającymi z zakupów w Irkucku, Bogna z Grażyną terenową Toyotą, a reszta wyładowanym beczkami gruzawikiem.

Po buriacku Olchon znaczy suchy, a to z powodów wiatrów, Które powodują, że roczne opady wynoszą tylko 240 mm.  Południowa część wyspy jest piaszczysta i pagórkowata, północna bardziej lesista.

Po dotarciu promem na drugi brzeg ruszamy. Mimo, że droga jest piaszczysta i kamienista ( na całym Olchonie nie ma kawałka asfaltu ) facet sunie 90-tką pozostawiają za nami jedynie tumany kurzu.  Gdy na drodze pojawi się większa nierówność, testujemy z Kamilem wytrzymałość dachu na odkształcenia .  Kierowca co chwilę poprawia sobie zsuwającą się gumę z pedału gazu.  Wygląda to dość zabawnie.  Nagle. . . .  samochód staje.  Gość nic nie zdziwiony taką sytuacją wyciąga z bagażnika kanister, wężyk Kierowca w jednej ręce trzymając papierosa ( !!??) drugą bierze wężyk do buzi, zaciąga się i . . .  benzyna płynie do baku. Jedziemy dalej. W Chużiże facet wysadza nas na „głównej ulicy”.  Gdy czekamy na ludzi z gruzawika podchodzi do nas jakiś facet i pyta się czy nie jesteśmy z Polski. My zdziwieni przytaknęliśmy.  To on zaprowadził nas do zagrody, gdzie urzędował Bartek z Sylwią .  O Zbyszku nic nie wspominał.  Kamil został z gościem, a ja poszedłem szukać resztę. Spotkałem tylko ludzi z gruzawika, dziewczyn z Toyoty nie było.  Gdy dochodziliśmy do zagrody zobaczyliśmy znajomą postać - wojskowe spodnie i kamizelka, oczy jakby trochę większe, włosy trochę dłuższe, skóra nieco ciemniejsza.  Był to Bartek, który lekko niepritomnyj, chwiejnym krokiem zbliżał się do nas coś tam wykrzykując. Jarek bardzo się zdenerwował, gdy dowiedział się, że Bartek i Sylwia pokłócili się ze Zbyszkiem, którego miejsca pobytu nikt dokładnie nie znał.  Jarek z Darkiem poszli więc go szukać. My postanowiliśmy wybrać się nad Bajkał. Wychodząc zobaczyliśmy zbliżającą się Sylwię, Która jakoś nie mogła utrzymać linii prostej i to nie z powodu licznych dziur w drodze.  Paweł zabrał Sylwię z nami na plażę, aby trochę oprzytomniała.  W międzyczasie na niebie pojawiła się piękna tęcza .  Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze nigdzie w okolicy nie padał deszcz.  Na plaże poszedł z nami też Denis - „przyjaciel” Sylwii. Był to student z Irkucka, który spędzał wakacje w domu. Świetnie grał na gitarze śpiewając różne rokowo-alternatywne piosenki rosyjskie.

Namiot Zbyszka  został „odnaleziony” ok. 2 km za wioską przy plaży. Mimo późnej pory dziewczyny, leśnicy (Darek i Tomek) oraz Gabryś  postanowili dołączyć do niego i również rozbili się przy plaży.  Reszta spała w domku.

8 sierpień

Dzisiaj dzień wypoczynku . Idziemy na plażę zrobić małe pranie i poopalać się.  Pogoda jest cudowna.  Idziemy do tej samej zatoczki przy górze Szamance, gdzie byliśmy wczoraj. Po południu idę z młodymi ( Łukasz i Ula ) na szczyt Szamanki i do jaskini w tej skale. W jaskini tej są specjalne miejsca na pieniążki i inne suweniry zostawiane Bogom w ofierze.  Po obiedzie idziemy do Muzeum Buriackiego, którego największą atrakcją jest jego kustoszka, która bardzo ciekawie i zrozumiale opowiada o Bajkake i Buriacji . Wieczorem poszliśmy odwiedzić ekipę na plaży.  Spotkaliśmy tam trzech Warszawiaków, którzy za żarcie i spanie pomagali jakiemuś gospodarzowi.

Późno w nocy wróciliśmy do domku.

9 sierpień

Jarek od rana załatwia gruzawika, który zabrałby nas na Chaboj - północny przylądek wyspy .  Nie każdy chce tam jechać, bo jest tam bardzo trudna, piaszczysta, przecinająca wydmy droga.  Z tego powodu tylko 4WD dają sobie tam radę. Czekamy na pierwszego umówionego gruzawika, ale nie przyjechał.  Z drugim to samo. Dziwi nas to, bo ludzie tu na zamożnych nie wyglądają, a jak jest okazja to nawet zarobić nie chcą.  Zrezygnowani po paru próbach złapania następnego gruzawika wracamy do domu.  Za zakrętu wyłania się jakiś mały gruzawik. Odruchowo zatrzymujemy go, wcale nie wierząc w powodzenie tego czynu. Ale do trzech razy sztuka!! Kierowca rzuca cenę : 200 tyś rubli.  Jesteśmy zaskoczeni - jest to bardzo tanio .  No to w drogę - przed nami 40 km wyboistych bezdroży. Trzęsło nieźle, ale wszyscy byli szczęśliwi, ze udało się w końcu pojechać.

Zatrzymujemy się na pierwszym miejscu „bryzgania”, znajdującym się z zasady na pagórku, rozpoznawane po stercie butelek po wódce w pobliżu.  To stary buriacki zwyczaj, część ich wierzeń religijnych. Miejsce bryzgania to najczęściej jeden lub trzy paliki owinięte różnymi szmatkami, za które wkłada się w ofierze drobne pieniążki lub inne suweniry. Aby prawidłowo pobryzgać trzeba wylać trochę wódki z kieliszka  (preferowane są szklanki ) na palik dla bogów i zmarłych, a resztę wypić do dna.  Jeśli ktoś nie pije to może tylko zamoczyć usta, a wtedy zwyczaj zostanie podtrzymany.  Musieliśmy dwa razy opuszczać gruzawika, aby podjechał pod ogromne piaskowe wzgórza.  Przejeżdżaliśmy przez tereny prawie zupełnie nie zamieszkane, wielkie pastwiska dla owiec. Na przylądku Chaboj było bardzo pięknie - strome, postrzępione zbocza schodziły prosto do wody.  Podobno niektórzy widzieli łeb foki - jedynej słodkowodnej foki na świecie.

W drodze powrotnej gruzawik nawalił - pękła linka gazu.  Na szczęście gumka z majtek Grażyny doraźnie rozwiązała ten problem.  O zmroku byliśmy w naszej zagrodzie.

10 sierpień

Pobudka o . . . . .  5. 00, bo już o 7. 00 mamy autobus do Irkucka. Czeka nas 300 kilometrowa podróż. Ale autobus nie przyjechał.  Nikogo, oprócz nas, ta sytuacja specjalnie nie zdziwiła i wszyscy rozeszli się bez słowa narzekań do domów.  Ponieważ deszcz zaczął siąpić schowaliśmy się pod stragany przy sklepie. Tymczasem Jarek i Bartek szukali gruzawika, który zawiózłby nas do MRC-u skąd o drugiej mieliśmy inny autobus do Irkucka. Musieliśmy przecież zdążyć na pociąg do Moskwy. W końcu znaleźli jakiegoś Buriata, który zgodził się za 150 tysiączków zawieźć nas do przystani swoim Łazem.

Ale jak tu wejdzie 14 osób z plecakami do gazika.  udało się upakować 10 plus wszystkie plecaki. Musieliśmy jeszcze zatankować paliwo w miejscowej stacji lub raczej w drewnianym baraku, który pełnił tą zaszczytną funkcję. Po drodze, z powodu deszczu, bryzgaliśmy w środku. Nagle za górki wyłonił się autobus. Miał „tylko” parę godzin spóźnienia. Najważniejsze dla nas było jednak to, że będzie dzisiaj jeszcze wracał do Irkucka.  Zaczekaliśmy na niego przy promie. Stamtąd podczas silnej ulewy ruszyliśmy wreszcie do Irkucka. Autobus przeciekał w kilku miejscach, toteż musieliśmy się zabezpieczać  z każdej strony foliowymi workami .  Kilka razy zatrzymywaliśmy się, aby ludzie mogli kupić coś do jedzenia. Pod górę nasz wysłużony autobus ledwo jechał.  Dwa razy mieliśmy małą awarię, ale kierowca przyzwyczajony do takich niespodzianek postukał, popukał, dokręcił, docisnął i ruszaliśmy dalej. Do Irkucka dobrnęliśmy po 9 godzinach jazdy - mieliśmy serdecznie dosyć. Do spania ułożyliśmy się w znajomej poczekalni na dworcu kolejowym.

11 sierpień

Pociąg mamy po 13 -tej, więc oddajemy bagaże do przechowalni i robimy ostatnie zakupy na miejscowym bazarze, gdzie wszystko jest znacznie tańsze.  Największą popularnością cieszy się wódka piercówka ( paprykowa ). Pociąg nasz jest „pasażyrskij”.  Jest on trochę wolniejszy od „ ekspresowego „, którym jechaliśmy do Irkucka.

No to do domu . . . . . .

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.