O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2010 - K2 (8610 m), Broad Peak - Karakorum

19 czerwca 2010 wyruszyłem na wyprawa w Karakorum. Jej celem był drugi szczyt świata K2  oraz w ramach aklimatyzacji sąsiad K2 - Broad Peak. Była to największa polska wyprawa na K2 od wielu lat.

Ciekawe linki:

K2 (Chogori) to drugi co do wysokości szczyt Ziemi o wysokości 8611 m n.p.m. i jednocześnie najwyższy szczyt pasma Karakorum. Znajduje się na granicy Chin i Pakistanu. Uważany za najtrudniejszy ośmiotysięcznik do zdobycia, gdyż duże trudności techniczne występują tam na każdej z dróg, a szczególnie trudno jest w okolicach kopuły szczytowej, czyli powyżej 8000 metrów.

2010.06.19_-1

Po raz pierwszy został zdobyty w 1954 roku przez Włochów. Natomiast pierwszym polskim wejściem na K2 było zdobycie wierzchołka przez Wandę Rutkiewicz w 1986 roku; było to również pierwsze na świecie kobiece wejście na ten szczyt. Do tej pory na górze stanęło tylko ośmiu Polaków. Innym znaczącym polskim wydarzeniem było wytyczenie nowej
drogi na szczyt ścianą południową przez Jerzego Kukuczkę i Tadeusza Piotrowskiego.

Ostatnie bezsporne wejścia na szczyt zostały odnotowane w 2008 roku. W tym samym roku miała miejsce największa tragedia na K2. Z piętnastu wspinaczy atakujących wierzchołek jedenastu zostało na zawsze na zboczach góry. Niestety góra ma także złą sławę wśród polskich wspinaczy. Kilka z polskich wejść zakończyło się tragicznie.

 

000_1_Schemat_drogi_K2_maly

Wyprawa zamierzała wspinać się na szczyt drogą Basków (również nazywaną drogą Cesana). Jest to droga mniej popularna. W monografii o K2 Jana Kiełkowskiego oznaczona została jako bardzo trudna ze względu na występujące na niej trudności techniczne. Jednocześnie uważana jest za bardziej bezpieczną, bo mniej narażoną na obiektywne zagrożenia, takie jak lawiny śnieżne i skalne.

Kartka_K2

Uczestnicy wyprawy:

 

  • BOGUSŁAW OGRODNIK - kierownik wyprawy. Zdobywca Korony Ziemi oraz dwóch ośmiotysięczników: Cho Oyu oraz Mt. Everest. Pomysłodawca Projektu9000, w trakcie którego ustanowił rekord świata w deniwelacji. W ramach jego realizacji zainicjował i kierował wyprawą Falvit Everest Expedition 2006, gdzie wszystkim jej uczestnikom udało się osiągnąć wierzchołek najwyższej góry świata.
  • KINGA BARANOWSKA - himalaistka młodego pokolenia. Zdobywczyni siedmiu ośmiotysięczników. Na trzech z nich stanęła jako pierwsza Polka - Dhaulagiri, Manaslu i Kanczendzondze. Członkini kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej, a także członkini zarządu Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Otrzymała liczne nagrody i wyróżnienia środowiskowe m.in. nagrodę Ministra Sportu za wspinaczkę na trzeci szczyt świata. Od kilku lat sukcesywnie realizuje swoje plany związane z Koroną Himalajów, której do tej pory nie osiągnęła żadna Polka. Z wykształcenia geograf i ekonomistka. Należy do Alpinus Expedition Team. 
  • ANNA CZERWIŃSKA - himalaistka. Zdobywczyni sześciu ośmiotysięczników oraz Korony Ziemi. Uczestniczyła w wyprawach wspinaczkowych m.in. z Wandą Rutkiewicz. Z zawodu jest doktorem nauk farmaceutycznych, lecz od wielu lat nie pracuje w swoim zawodzie - porzuciła go dla gór, które są jej największą pasją.
  • TAMARA STYŚ - himalaistka młodego pokolenia. Do niedawna Manager Marketingu ds. Mediów w firmie zarządzającej centrami handlowymi. Górami zafascynowana niezmiennie od kilkunastu lat. Szuka w nich romantyzmu pierwszych odkrywców oraz odpoczynku od zgiełku codzienności. Jest to też dla niej droga do poznawania własnych ograniczeń i czerpania satysfakcji z ich pokonywania. Zanim w 2006 roku stanęła na swoim pierwszym ośmiotysięczniku - Gasherbrumie II w Karakorum, jeździła w Alpy, Kaukaz, Pamir, góry Iranu i Maroka. Potem był Nepal, gdzie stanęła na szczycie Ama Dablam. W 2009 roku brała udział w szkoleniu we wspinaczce wysokogórskiej kobiet nepalskich w rejonie Annapurny. W ramach przygotowania do wyprawy na K2 przebiegła Maraton Warszawski.
  • PATRYCJA JONETZKO - lekarz wyprawy. Absolwentka Śląskiej Akademii Medycznej, trzykrotna laureatka stypendium Ministra Zdrowia i doktorant Uniwersytetu Medycznego w Insbruku (Austria). Ukończyła studia podoktoranckie z Medycyny Tropikalnej na Uniwersytecie Mahidol w Bangkoku, odbyła staże w Australii, Nowej Zelandii, Tajlandii, RPA, Kambodży, Ugandzie i Afganistanie. Zawsze marzyła o połączeniu pracy medyka z zamiłowaniem do podóży, patrzy na świat oczami Kapuścińskiego, z pełnym ciekawości zachwytem. Od dziecka zakochana w górach, jako nastolatka vice-mistrzyni Śląska w narciarstwie zjazdowym. Ukończyła studium Medycyny Wysokościowej i Górskiej. Wiedzę pogłębiła szerokim doświadczeniem klinicznym zdobytym w czasie pracy w Himalajach, gdzie prowadziła stację ratowniczą Machermo na wys. 4600 m. Lekarz woluntariusz w udanej Polskiej ekspedycji na Everest w 2006. Obecnie mieszka w Exeter (Wielka Brytania), gdzie po ukończeniu stażów na internie, chirurgii, pediatrii i medycynie wypadkowej, kontynuuje specjalizację z anestezjologii. Prowadzi szkolenia z medycyny wysokościowej w Austrii.
  • TOMASZ KOBIELSKI - himalaista młodego pokolenia. Zdobywca dwóch ośmiotysięczników: Cho Oyu oraz Mount Everestu, najmłodszy polski zdobywca "Korony Ziemi". Wspina się w górach od roku 1991, w tym czasie kilkadziesiąt razy wszedł na alpejskie czterotysieczniki, a także na Chan Tengri w Tien Szan, dwukrotnie na Aconcagua i sześciokrotnie na Kilimandżaro róznymi drogami. Od 19 lat członek KW Gliwice, od najmłodszych lat zawsze związany z górami. Autor pokazów i spotkań o tematyce górskiej, a także szkoleń motywacyjnych. Chętnie uczestniczy w akcjach i programach charytatywnych na rzecz poszkodowanych, bezdomnych i innych potrzebujących. Miłośnik wszelkiech sportów extremalnych, skoczek spadochronowy i nurek. Członek Bergson Team. Prowadzi własną firmę tour-operatorską, która organizuje wyprawy na wszystkie kontynenty Świata.
  • MARCIN MIOTK - himalaista, taternik. Członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej. Urodził się w 1973 roku w Wejherowie. W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb. W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle i Cho Oyu Brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East. W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m). Od 2008 roku jest prezesem największego polskiego klubu górskiego - Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Autor licznych prelekcji i pokazów o wspinaniu w górach najwyższych.
  • DARIUSZ ZAŁUSKI - himalaista, znany filmowiec. Zdobywca czterech ośmiotysięczników. Od młodości zafascynowany górami. Uczestniczył w trzech polskich wyprawach zimowych: Nanga Parbat, Makalu i K2 oraz dwóch polsko-włoskich na Shisha Pangma. Zamiłowanie do gór łączy z pasją filmową. Jest twórcą wielu filmów o tematyce górskiej nagrodzonych na licznych festiwalach. Film o Annie Czerwińskiej "Przypadki pani Ani" (2001) zdobył wyróżnienia na festiwalach filmów górskich w Vancouver, Moskwie, Trento, Sliven oraz został zakwalifikowany do Banff World Tour (2002), a film "Obrazki z wyprawy"(2002) otrzymał nagrodę na festiwalu w Sliven. Materiały z wypraw na Nanga Parbat i K2 zostały wykorzystane do filmów i relacji telewizyjnych. Film "Ciao Martina" (2004), którego głównym bohaterem jest włoski himalaista Simone Moro, otrzymał nagrodę "Camera Extreme" na festiwalu filmów górskich w Sliven. Uczestnik i filmowiec polskiej wyprawy na Mount Everest "Falvit Everest Expedition 2006".
  • YURA ERMACHEK - Rosjanin, przyjaciel i uczestnik polskich wypraw. Pięciokrotny zdobywca ośmiotysięczników, w tym dwukrotnie Mount Everestu (8850 mnpm), członek polskiej wyprawy "Falvit Everest Expedition 2006", laureat międzynarodowej nagrody "Złoty Czekan" za wytyczenie ekstremalnie trudnej drogi na piątej górze świata Makalu. Kilkukrotny zdobywca Piku Pabiedy uważanego za K2 wśród siedmiotysięczników. Mistrz sportu WNP.

RELACJA Z WYPRAWY :

06.20 - Islamabad, Wybory

Dzisiaj z rana dotarliśmy do stolicy Pakistanu - Islamabadu. Niestety nasze bagaże nie doleciały z nami, bo utknęły w Londynie. Podobno mają dolecieć wieczorem. Upał jest potworny - w cieniu około 40 stopni. Po krótkiej drzemce udaliśmy się do Polskiej Ambasady, gdzie głosowaliśmy w wyborach prezydenckich. Frekwencja w Ambasadzie w godzinach popołudniowych sięgnęła ponad 85 procent - głosowało 26 osób z uprawnionych/zgłoszonych 29-ciu. Mamy nadzieję, że w Polsce frekwencja była podobna:-). Następnie ambasador ugościł nas uroczystym obiadem z pracownikami Ambasady. Potem odbyła się w Ambasadzie konferencja prasowa, na którą przybyli przedstawiciele najważniejszych pakistańskich mediów. Słowo wstępne wygłosił Polski Ambasador. Następnie Bogusław Ogrodnik przypomniał ważną, polską rolę w historii eksploracji K2 oraz przedstawił uczestników i ramowy plan przebiegu wyprawy.

Niestety nasz jutrzejszy lot do miejscowości Skardu został odwołany (podobnie jak 90 procent lotów w ostatnim miesiącu), wiec jutro rano ruszamy busem - czeka nas ponad 30 godzin podróży słynnym traktem Karakorum Highway, która zajmie nam co najmniej 2 dni.

06.22 - Skardu

Rano pełni nadziei spakowaliśmy znowu nasze wszystkie graty do busa i pojechaliśmy na lotnisko. Każdy z nas miał ponad 50 kg bagażu, jednak bez problemu nas odprawiono i to jeszcze w klasie biznes - po prostu blond włosy naszych dwóch koleżanek działają lepiej niż duży napiwek.

Połączenia lotnicze do Skardu są bardzo nieregularne, ponieważ  miejscowość ta leży na pograniczu wysokich gór i często po prostu jest duże zachmurzenie na tym lotnisku. A tu jak nie ma widoczności, to się nie lata - proste nie? Często się zdarza, że samolot zwyczajnie zawraca z powrotem do Islamabadu z powodu słabej widoczności. Z tych też powodów przelot ten jest ruletką. Można czekać kilka dni na połączenie lub zdecydować się na niewiarygodnie męczącą, ponad 30-godzinną podróż busem.

Przelot do Skardu to atrakcja sama w sobie. Podczas dobrej widoczności przelatuje się bardzo blisko jednego z najpiękniejszych ośmiotysięczników świata - Nanga Parbat, który słynny jest z tego, że znajduje się tam największa ściana górska świata - ściana Rupal - ponad 4,5 km wysokości od podstawy góry do szczytu. My widoki mieliśmy niesamowite, a Pakistańczycy byli bardzo uprzejmi i umożliwili nam łatwy dostęp do okien.
Szczyt po prostu był na przysłowiowe wyciągnięcie ręki. Żartowaliśmy, że trzeba się mocno wpatrywać, to może zobaczymy tam kogoś z polskiej wyprawy, która obecnie działa na Nanga Parbat i przygotowuje się do ataku szczytowego.

Udało się nam szczęśliwie wylądować i po zebraniu wszystkich bagaży przejechaliśmy do miejscowego hotelu, gdzie już wcześniej drogą lądową dotarło kilkaset kg naszego carga. Poznaliśmy również sirdara - czyli szefa naszych tragarzy. Całe popołudnie minęło nam na przepakowywaniu sprzętu i ostatnich zakupach. Jutro jedziemy jeepami do Askole, skąd pojutrze zaczynamy około 6-dniową karawanę z tragarzami do bazy pod Broad Peak/K2.

06.21 - Islamabad, Insha'Allah

Nasz zagubiony bagaż dotarł szczęśliwie do hotelu. Rano Kinga musiała pojechać na lotnisko po swoje cargo z Nepalu, które utknęło u celników – trzeba było po prostu “pomóc” sprawie. My czekaliśmy w blokach startowych na recepcji na Kingę, abyśmy wszyscy razem jako wyprawa wyruszyli z Islamabadu. Zapakowaliśmy już w międzyczasie nasze wszystkie rzeczy na busa. Czekamy, czekamy, i nic. W końcu zadzwonił Asghar – który załatwia nam tutaj wszystkie formalności na miejscu i powiedział, że jest szansa na jutrzejszy lot do Skardu . No i mięliśmy dylemat, czy jednak jechać busem 2 dni, czy czekać na lot. A co będzie, jak jutrzejszy lot odwołają z powodu pogody? W końcu zdecydowaliśmy się czekać na jutrzejszy lot, tym bardziej, że temperatura dzisiaj w Islamabadzie to 45 stopni Celsjusza (oczywiście w cieniu). W końcu jak mówią Pakistańczycy na każdym kroku - Insha'Allah - czyli i tak wszystko zależy od Allaha.

Do naszej wyprawy dołączył już Tommy Heinrich – argentyński wspinacz i fotograf, który publikował zdjęcia górskie w wielu magazynach m.in. ostatnio na okładce National Geographic. Tak więc ostatecznie nasza wyprawa liczy 10 osób (9 wspinaczy i lekarka). Poznaliśmy też już naszego pakistańskiego oficera łącznikowego, który będzie nam towarzyszył podczas całej wyprawy. Rolą oficera łącznikowego (są to żołnierze armii pakistańskiej) jest opieka nad wyprawą, dialog z miejscową ludnością, dbanie o bezpieczeństwo uczestników oraz pilnowanie, aby wyprawa przestrzegała zasad wyznaczonych przez Ministerstwo Turystyki Pakistanu, które wydaje pozwolenia na atakowanie K2.

06.23 - Askole

2010.06.23_Mapa_trekingu

Po 6 godzinach jazdy jeepem po serpentynach, w upale i kurzu dotarliśmy do Askole (3000m npm). Po drodze musieliśmy się zmierzyć z zerwanym mostem. Czeka nas pierwsza noc pod namiotami. I tak już do sierpnia. Nie narzekajcie więc na wasze "hotelowe" wakacje :-)

06.25 - Paiyu

Wędrując wzdłuż brzegu rzeki Braldu dotarliśmy do Paiyu (3600 m npm). Jest to ostatni kemping przed lodowcem Baltoro. Rozciąga się stąd widok na czoło lodowca , a przy dobrej pogodzie po raz pierwszy można zobaczyć trójkąt K2. My nie mieliśmy dzisiaj szczęścia do pogody, popaduje i wieje. Tragarze spisują się dobrze. Wszyscy jesteśmy zdrowi. Kucharz przygotował nam dzisiaj mega pikantną zupę.

06.24 - Jhola

Dotarliśmy do Jhola (3300 m npm). Pobudkę mieliśmy o 5 rano. Następnie ceremonia ważenia bagaży. Mamy 3,5 tony bagażu i 150 tragarzy. Szliśmy 7 godzin. Pogoda bardzo dobra, bo nie było słońca. Obozowisko mamy nad górską rzeką.

06.26 - Paiju

Wczoraj dotarliśmy do Paiyu. Dzisiaj mamy tu tradycyjny odpoczynek dla tragarzy. Mogliśmy próbować przekonywać tragarzy żeby iść dalej, ale mamy ciężkie ładunki i baliśmy się, że tragarze mogą później na lodowcu strajkować, co by odbiło się tylko czkawką. W ciągu dnia dużo odpoczywaliśmy, robiliśmy pranie i kąpaliśmy się. Musieliśmy podziękować 30 tragarzom, bo byli za słabi i nie mieliśmy innego wyjścia niż wymienić ich na innych przed jutrzejszym wejściem na lodowiec. Tak zadecydował nasz sirdar. Wieczorem tragarze odbywali rytualne tańce, bawili się i tańczyli. Dałem się nawet wciągnąć do tańca na chwile :)

06.27 - Urdukas

Dzisiaj przed nami najdłuższy odcinek do Urdukas. Po godzinie marszu weszliśmy na lodowiec Baltoro, którym będziemy maszerować przez następne dni. Marsz po lodowcu był bardzo męczący - raz do góry, raz na dół. Mimo że wydawało się, że idziemy więcej pod góre, na wysokościomierzu wysokości prawie nie przybywało. Po drodze podziwialiśmy piękne szczyty masywu Trango, z Trango Tower na czele. Byliśmy pełni podziwu dla tragarzy, którzy z dużymi ładunkami mijali nas jak Porsche Dużego Fiata. Wiadomo - aklimatyzacja robi swoje. Po 6 godz. marszu mieliśmy przerwę na lunch. Po 9 godz. dotarliśmy do Urdukas - przepięknego miejsca noclegowego - ostatniego miejsca z zielenią, z pięknym widokiem na grupę Trango oraz ośmiotysięcznik Broad Peak.

06.28 – Gore 2

Dzisiaj przejście było mniej męczące i zajęło nam 6 godzin. Dotarliśmy do miejsca zwanego Gore 2, 4400 npm położonego blisko pakistańskiej bazy wojskowej. Okolice K2 to teren bardzo zmilitaryzowany, bo to granica z Chinami i tereny walki o Kaszmir. Śmigłowce latają co pół godziny, mijamy posterunki wojskowe na lodowcu. Po drodze podziwiamy piękne szczyty Mashebrum i Gashebrum. IV. Mamy pierwszą ofiarę choroby wysokościowej - pomocnik oficera łącznikowego prawie stracił przytomność. Została użyta nasza komora hiperbaryczna znana inaczej jako worek Gamowa. Patrycja nasz wyprawowy lekarz zaaplikowała również zastrzyki z Dexometazonu. Dzięki temu nasz asystent poczuł się lepiej, jednak następnego dnia rano został odesłany na dół. Jutro zamierzamy dotrzeć bezpośrednio do bazy pod K2 położonej na wysokości 5100. Podobno dużo śniegu po drodze. Zobaczymy.

 

06.30 - Baza pod K2

Wczoraj nie udało się nam dotrzeć do bazy i zatrzymaliśmy się w Concordii. W godzinach popołudniowych dotarliśmy ostatecznie do K2 BC. Zakończyło to nasz 7 dniowy trekking.
Dziś też ciągle pada, ale wg prognoz jutro ma się rozpogodzić. Jeśli wszystko się sprawdzi, to jutro wychodzimy w stronę obozu 1-wszego. Oczywiście tutaj pod K2 karty rozdaje pogoda i to ona za nas zadecyduje.

07.02 - Baza

Dziś części zespołu w składzie: Tamara Styś, Marcin Miotk, Jura Jermaszek, Tomasz Kobielski plus porterzy wysokościowi, udało się pierwszy raz wyjść z bazy w kierunku obozu 1-wszego. Założyliśmy 1000 m lin poręczowych, które mają nam zapewnić bezpieczeństwo podczas kolejnych wyjść w górę. Wróciliśmy do bazy po 8 godzinach akcji w górze. Reszta uczestników wyprawy w tym czasie zajmowała się  organizowaniem bazy: postawiono prysznic, namiot magazynowy, przeniesiono mesę. Jutro cały zespół planuje kontynuacje zakładania lin do obozu 1-wszego na wysokości 5900 m npm. Jeśli dopisze pogoda spędzimy tam pierwszą noc w celu aklimatyzacji. Wszyscy czujemy się dobrze, pozdrawiamy rodziny i przyjaciół.

07.03 - Obóz I

W sobotę w stronę obozu 1 wyruszył zespół: Kinga Baranowska, Tamara Styś, Bogusław Ogrodnik, Marcin Miotk, Dariusz Załuski oraz zespół porterów wysokościowych. Pierwsi do miejsca wczorajszego depozytu dotarli Darek z Tamarą, którzy zaczęli poręczowanie w kierunku obozu pierwszego. W międzyczasie Kinga, Boguś i ja uzupełniliśmy swoje plecaki rzeczami z depozytu z dnia poprzedniego. Po zaporęczowaniu 200 metrów skończyły się liny. Próbowałem małymi kawałkami lin uzupełniać stare poręczówki. Darek po rekonesansie do wysokości 6050 m stwierdził, że wyżej zdecydowanie nie ma miejsca na postawienie namiotu. W pogarszającej się pogodzie zeszliśmy niżej i znaleźliśmy bardzo wąską półkę skalną, na której rozbiliśmy namiot obozu 1. Wysokościomierz wskazywał 5900m. Na nocleg i przygotowanie platformy zdecydowaliśmy się w trójkę: Kinga, Tommy i ja. Przygotowanie platformy pod namiot zajęło nam 3 godziny i generalnie przypominało zaparkowanie Tira (namiotu 3 osobowego) w małym garażu. Zakończyło się to tym, że część namiotu była lekko wywieszona w powietrzu.

07.05 - Baza

Dzień zaczął się wspaniale - czyli poznaliśmy wyniki wyborów prezydenckich. Demokracja jest najważniejsza. Z rana doszli do nas z bazy pod Broad Peakiem Fabrizio Zangrilli i Chris Szymiec - liderzy grupy FTA, którzy działają na Broad Peaku, a potem zamierzają przenieść się na naszą drogę Basków na K2. Bardzo weseli ludzie, którzy spędzają większość roku na wyprawach. Dla Fabrizio to już 4 próba wejścia na K2, następnie poszliśmy do mesy Gerlinde Kaltenbrunner (też 4 próba na K2), dla której K2 to ostatni niezdobyty ośmiotysięcznik. W mesie byli też jej mąż Ralf Dujmovits oraz Alberto Inurrategi - zdobywcy Korony Himalajów - reasumując w ciekawym spotkaniu pełnym żartów i docinek siedziało razem "kilkadziesiąt ośmiotysięczników". Potem jeszcze dołączył do naszej grupy Szwed Fredrik, który zamierza zjechać na nartach ze szczytu K2 (nikt tego jeszcze nie dokonał) oraz jego partner wspinaczkowy Tre, który jako dziennikarz, wolny strzelec opisuje próbę wyczynu Szweda. Rozmawialiśmy o wszystkim - pogodzie, K2, aklimatyzacji, pomocy charytatywnej dla mieszkańców wiosek pakistańskich i nepalskich. Dało się wyczuć nadzwyczajny luz Gerlinde i jej męża Ralfa – widać, że cieszą się życiem, mają agencję górską i nie zamierzają tutaj szarżować - tylko się uczyć.

07.06 - BC

Dzisiaj z rana miała wyjść do góry grupa: Tamara, Darek, Tomek, Boguś, Jura oraz porterzy wysokościowi. Celem ich wyjścia miał być nocleg w C1 (5900m npm) i następnego dnia zaporęczowanie i założenie C2 na wysokości 6350 m npm. Jednak w nocy mieliśmy mały opad śniegu i z rana wyglądało nieciekawie, więc grupa nie wyszła. Pogoda się jednak już po 10-tej poprawiła. Dzień minął, więc na kąpaniu, praniu, słuchaniu muzyki. Jutro może wyjdziemy na aklimatyzację do obozu 2 na Broad Peak.

07.07 - BC

Generalnie grupa Tamara, Darek, Tomek, Boguś, Jura oraz porterzy wysokościowi wyszła do góry. Początkowo ich plan zakładał założenie od razu pierwszego dnia obozu drugiego, co by pozwoliło większej ilości wspinaczy wyjść do góry. Plan był jednak ryzykowny, bo w przypadku wyjścia większej liczby osób niż 5 (ilość miejsc noclegowych w obozie 1) i nie założenia obozu 2 część wspinaczy musiałaby z powrotem zejść do bazy. Ponieważ Kinga, Tommy i ja spaliśmy już w jedynce, postanowiliśmy pomóc naszym kolegom w aklimatyzacji nie wychodząc z nimi i przygotować inny plan wykorzystania nadchodzącego kilkudniowego okna pogodowego. Ostatecznie zespół doszedł do jedynki i pociągnął liny poręczowe w kierunku obozu 2, którego jednak nie udało się założyć. Całe szczęście, że nie wyszliśmy do góry, bo inaczej ktoś musiałby się wrócić do bazy.

07.08 - Broad Peak obóz 2

Dlaczego Broad Peak?

Nasza wyprawa posiada pozwolenie na atakowanie dwóch szczytów w Karakorum: K2 i Broad Peak. Oba szczyty leżą obok siebie w odległości 1 godz. drogi po lodowcu, co umożliwia akcję górską z naszej bazy pod K2.

Wybrana przez nas droga Basków na K2 charakteryzuje się bardzo małą ilością platform pod namioty aż do ramienia K2, czyli obozu 4 na wysokości około 8 tys. metrów. Powoduje to, że w akcji górskiej w przypadku dobrego okna pogodowego nie mogą wziąć udziału wszyscy, bo po prostu nie ma miejsca. Z drugiej strony każdy chce wykorzystać dobrą pogodę do "robienia" klimatyzacji.

Odrębnym aspektem jest używanie tlenu - Tommy, Kinga i ja świadomie nie posiadamy tlenu do akcji górskiej na K2. Założenie atakowania K2 bez użycia tlenu z natury powoduje, że schemat aklimatyzacji powinien być inny i musi obejmować co najmniej jeden wypad na wysokość około 8 tys. metrów przed atakiem szczytowym.

Powyższe założenie spowodowało, że musieliśmy z Tommym rozpocząć akcję górską na Broad Peaku, aby nie stracić okna pogodowego.

Po szybkim śniadaniu wyszliśmy o 4 rano w kierunku bazy pod Broad Peak, gdzie zaczyna się wspinaczka. Mieliśmy ciężkie plecaki, ponieważ wszystko nieśliśmy sami - namiot, śpiwory, kurtki puchowe, jedzenie, gaz, sprzęt wspinaczkowy. Pogoda zapowiadała się wspaniała. Takie wczesne wychodzenie ma kilka zalet - śnieg jest twardy, więc nie zapadamy się po kolana. Szczeliny są jeszcze zmrożone, a co najważniejsze - nie dokucza wszędobylskie słońce, które momentalnie wysysa siły i powoduje, że z Passata stajemy się w jednej chwili Polo - jeśli chodzi o moc na górze.

Po dojściu do bazy pod Broad Peakiem kierujemy się na lodowiec, który jeszcze dobrze zmrożony nie przysparza dużych problemów. Zaczynamy mozolnie się piąć do góry - po trzech godzinach docieramy do obozu 1. Jesteśmy jeszcze cały czas w cieniu! Dopiero podczas odpoczynku dopada nas słońce. Robi się przyjemniej, ciepło, chociaż doskonale zdajemy sobie z Tommym sprawę, że w drodze do obozu 2 będziemy jeszcze to słońce przeklinać. Podczas krótkiego odpoczynku odczytujemy z telefonu satelitarnego SMS-a o wyniku meczu półfinałowego Hiszpania - Niemcy. Radości nie ma końca - sorry  German friends :-). W obozie jest kilku Hiszpanów - robi się wielki rozgardiasz – wiadomo, Hiszpanie dyskutują o futbolu.

Po krótkim odpoczynku ruszamy w kierunku obozu 2 na wysokości 6300 - słońce przypieka niemiłosiernie. Nasze plecaki z każdym metrem wydają się być cięższe. Mimo, że mamy wrażenie, iż posuwamy się powoli, wyprzedzamy innych - może wcale nie jest z nami tak źle - próbujemy się pocieszać. Bardzo ciekawe jest, że wyprzedzając lub będąc mijanym zawsze próbuje się kogoś zagadnąć: skąd jesteś, jak masz na imię, które to Twoje wyjście itp.? Ty i Twój rozmówca ledwo żyjecie, co drugie słowo musisz robić przerwę na oddech, ale "rozmowa" toczy się dalej. Dla mnie sukcesem z tej rozmowy jest zawsze zapamiętanie narodowości rozmówcy, już nie daje rady zapamiętać imienia. Jak zapamiętam narodowość zawsze za kilka dni mogę zacząć rozmowę : "how are you my Spanish friend" :-)

W końcu po 6 godzinach od wejścia w ścianę docieramy do obozu 2. Z wielkim trudem znajdujemy platformę na nasz malutki, lekko ponad kilogramowy namiocik. Jego waga niestety jest odwrotnie proporcjonalna do komfortu spania. Gotujemy nieskończone ilości płynów, makaronów. Powoli robi się ciemno. Łączymy się jeszcze z bazą i chciałoby się powiedzieć zapadamy w błogi sen po ciężkim dniu, ale niestety to nieprawda. Nowa wysokość i ciasny namiot powodują, że walczymy o każde kilka minut snu.

07.09

Na szczęście nie nastawiliśmy żadnego budzika rano. Leniwie wstajemy około 9 rano, a precyzyjniej to palące słońce czyni przebywanie w namiocie mało komfortowym zajęciem. Ustalamy z Tommym, że ja wychodzę do góry na rekonesans, a on w międzyczasie pakuje nasz namiot i robi depozyt, który będziemy chcieli tutaj zostawić może na następne wyjście. Zaczynam się zbierać do wyjścia w kierunku obozu 3 - zamierzam tylko wyjść do wysokości 6600-6700, aby trochę "zmotywować" mój organizm do lepszej adaptacji na dużej wysokości, żeby podczas następnego wyjścia do góry na nocleg na wysokości około 7000m był on mniej bolesny.

Szło mi się dobrze, pogoda była piękna - droga w kierunku obozu 3 była lekko wylodzona, ale nic strasznego. Zrobiłem sobie mały odpoczynek, zjadłem słodkie batony i zacząłem powoli schodzić. Gdy dotarłem do obozu 2, Tommy właśnie kończył pakowanie i po chwili zaczęliśmy schodzić na dół w kierunku bazy pod K2, gdzie dotarliśmy wraz z ostatnimi promieniami słońca.

07.10 - Baza

Dzisiaj do bazy wróciła piątka, która założyła obóz 2, tak więc wszyscy jesteśmy w bazie i odpoczywamy przed kolejną akcją górską.

07.11 - BC

Dzisiaj kolejny dzień regeneracji sił w bazie. Dalszą działalność górską będzie determinować pogoda, a w szczególności prognozy pogody.

Zamierzamy wyjść do góry i założyć obóz 3 na wysokości 7050 m - kiedy to nastąpi? Inshalah, jak najszybciej.

Wieczorna kolacja kręciła się wokół dzisiejszego finału World Cup. Zrobiliśmy typowanie wyników. Wygraną będzie kąpiel w małym dziecięcym basenie z ciepłą woda, który mamy ze sobą.  Było dużo dyskusji o modelu holenderskim - małej Brazylii w Europie - jeśli chodzi o export piłkarzy.

07.14 - Wyjście do obozu 2

Dzisiaj, mimo niezbyt przychylnej pogodny, cześć naszej grupy tj. Tamara, Jura, Darek i ja wyszła do C2 - chcieliśmy po prostu "wyprzedzić" okno pogodowe i być tam, gdzie trzeba - czyli w okolicach C3, kiedy pogoda będzie najlepsza. Szło się nam dobrze, ale powyżej obozu 1 dokuczały małe lawinki typu pyłowego. Musieliśmy się bardzo koncentrować, ponieważ rozmiękły już śnieg powodował, że bardzo łatwo można się było poślizgnąć. W dobrej formie dotarliśmy wszyscy do obozu drugiego.

07.12 - BC

Dzień zaczął się opadem śniegu. Miejmy nadzieję, że pogoda poprawi się w ciągu najbliższych dni. Dzień mija na czytaniu książek i słuchaniu muzyki. Ja zagłębiam sie w lekturze książki " Three cups of tea" - fascynującej opowieści o pomocy humanitarnej dla mieszkańców pakistańskich wiosek. Co do typów finału to ku zdumieniu męskiej części ekspedycji, wynik 1:0 typowały tylko Patrycja i Kinga. Na pocieszenie powiem, że byłem blisko z moim 0:0 (karne się nie liczyły). Tak naprawdę nie miałem faworyta i każdy wynik przyjąłbym z radością - jednak patrząc na sprawiedliwość dziejową na przestrzeni ostatnich 20 lat – Hiszpania (Barcelona) zasłużyła na ten tytuł. Innym benefitem zwycięstwa Hiszpanii jest to, że teraz przed każdym turniejem faworyci będą chcieli grać z Polską :-)

07.15 - Założenie obozu 3

Po wczorajszym wietrznym dniu nie byliśmy pewni prognozy na dzień dzisiejszy. Rano, po wychyleniu głowy z namiotu, szybko zdecydowaliśmy się z Jurą na wyjście. Wiedzieliśmy, że nie będzie to łatwe wyjście, bo plecaki mieliśmy wypełnione po brzegi jedzeniem, namiotem, śpiworami - po prostu nie mogliśmy liczyć na porterów wysokościowych.

Jurę wyprawiłem pierwszego i dopiero później zacząłem gotować sobie śniadanie. Wiedziałem, że Jura jest jak czołg - może nie za szybki, ale wyjątkowo wytrzymały i niezniszczalny. Wyszedłem dwie godziny po Jurze i miałem nadzieję, że w tym samym czasie obaj się spotkamy w okolicach C3 - to szczególnie ważne, aby nie czekać na siebie, bo wtedy się marznie. Na szczęście udało mi się Jurę dogonić przed C3. Wyszedłem nawet ponad nasze miejsce, ale ze względu na późną porę zaczęliśmy "rzeźbić" platformę na obecnym miejscu. Po chwili doszli Darek i Tamara i wspólnie po dwóch godzinach przygotowaliśmy platformę. Jako że wiało mocno, mieliśmy niemałą satysfakcje, że możemy schować się do przytulnego namiociku, gdzie od gotowania zrobiło się bardzo przyjemnie.

 

 

07.16 - Obóz 3

Po pierwszej nocy na tej wysokości czułem się wyjątkowo dobrze. Nie znaczy to, że spałem znakomicie - ja w ogóle słabo sypiam, ale za to nie bolała mnie głowa, trochę tylko dokuczał kaszel. Razem z Darkiem i Jurą wyszliśmy nawet trochę do góry, aby zobaczyć platformy na kolejne namioty, ponieważ pod naszą skałą nie było już miejsca. Pogoda była fantastyczna - prawie bez wiatru. Widać, że w tym roku jest bardzo mało śniegu, co dobrze prognozuje warunki wokół butelki, ale z drugiej strony ciężko się idzie po skalnych płytach miedzy obozami - szczególnie w rakach. Po zejściu do namiotów powitaliśmy Kingę, która jako pierwsza doszła do C3 z grupy, która spała w C2. Po dojściu reszty rozbito dwa namioty powyżej naszego namiotu, w miejscu "prawdziwego" C3.

07.17 - Zejście do bazy

Pobudka w obozie 3 nie należała do przyjemności. Zimna noc (tak , tak my też mamy tutaj swoje 35 stopni jak w Polsce) zakończyła się gwałtownym opadem szronu na nasze twarze i śpiwory - wystarczyło tylko trochę porannego słońca. Leniwie zabraliśmy się za gotowanie kaszek i różnych płynów na śniadanie. W południe uznałem, że dwie noce na 7000m wystarczą dla mojej aklimatyzacji i postanowiłem zejść na dół do bazy, aby rozkoszować się dobrym jedzeniem.

07.18 - Smutny dzień

Dzisiaj do bazy powróciła reszta wspinaczy z obozu trzeciego. Tym bardziej wszyscy się cieszymy, że na sąsiedniej drodze na K2 - żebrze Abruzzich doszło do śmiertelnego zdarzenia - w obozie 2 w namiocie znaleziono ciało bułgarskiego wspinacza. Strasznie dziwna i niespodziewana śmierć - prawdopodobnie zasnął/zasłabł w namiocie z powodu jednej z wielu chorób wysokogórskich i się nie obudził. Strasznie to nas przybiło i jeszcze bardziej uświadomiło, że nie tylko lawiny i upadki z wysokości stanowią tutaj niebezpieczeństwo. Często z opisu wyprawy czy zdjęć może wydawać się, że jesteśmy na jakiś wakacjach w Alpach. W rzeczywistości jest 10 razy trudniej i niebezpieczniej, niż się wydaje. Po prostu po co dramatyzować relacje i denerwować bliskich, którzy i tak bez tego zdają poważny egzamin tolerancji dla swoich partnerów życiowych.

07.19 - Planowany atak szczytowy

 

Po analizie prognozy pogody zdecydowałem się, że wezmę udział w ataku szczytowym, którego kulminacja będzie miała miejsce 24/25/26 lipca. W bazie trwają dyskusje, ludzie ważą za i przeciw takiej decyzji. Teraz nadszedł czas regeneracji w bazie, uzupełniania płynów. Myślcie pozytywnie i trzymajcie kciuki!

07.20 - Planowany atak szczytowy cd.

Najnowsza prognoza pogody zapowiada przesunięcie okna pogodowego na ok. 27 lipca. W związku z tym termin planowanego ataku szczytowego również ulega przesunięciu.

07.22 - BC

Dzisiaj w bazie ciągle pada. Miejscami jest pół metra śniegu. Dobra szkoła cierpliwości.

07.25 - Atak szczytowy

Dzisiaj wyszedłem z bazy i dotarłem do C2 na 6350m npm. Jutro planuję dojść do C4 na 8000m npm, aby połączyć się z grupą Kinga Baranowska, Tamara Stys, Darek Zaluski, Fredrik Ericsson, Trey Cook, Gerlinde Kaltenbrunner, Ralf Dujmovits i Fabrizio Zangrilli, która śpi dziś w C3. 27 sierpnia jedyny dzień okna pogodowego i planowany atak szczytowy.

07.27 Relacja z ataku szczytowego

Do 23 lipca włącznie mieliśmy kilkudniowe załamanie pogody i spory opad śniegu. Z drugiej strony pojawiła się informacja, że 27 lipca i może 29 lipca będą dobrymi dniami do atakowania szczytu ze względu na słaby wiatr i ogólnie przyzwoitą pogodę. Aby móc wykorzystać pierwsze, lepsze okno pogodowe trzeba było jutro wyjść do góry. U wszystkich pojawił się dylemat, czy bezpieczne jest wychodzenie dzień po kilkudniowym opadzie i czy okno pogodowe jest na tyle długie, że uda się przeprowadzić bezpiecznie cały atak szczytowy. Każdy w swojej głowie ważył za i przeciw. Ja ostatecznie nie zdecydowałem się wyjść następnego dnia do góry, bo obawa przed potencjalnymi lawinami była zbyt duża. Liczyłem, że może okno pogodowe 29 lipca będzie moim sprzymierzeńcem.

24 lipca ostatecznie w górę wychodzą na drogę Cesena 4 zespoły: Gerlinde z Ralfem, Kinga z Fabrizio, Tamara z Darkiem i Fredrick z Treyem. Reszta została w bazie. Dzień okazał się bardzo wietrzny, ale wszystkie 4 zespoły dotarły do C2. W tym samym czasie na drodze na zebrze Abruzzich atak szczytowy załamał się kompletnie. Kilku wyprawom lawina zabrała namioty i wyprawy np. włoska i koreańska zdecydowały się nie tylko na powrót do bazy, ale również zakończenie akcji górskiej.

25 lipca reszta naszej ekipy wyszła do góry z zamiarem atakowania szczytu 29 lipca. Dla mnie było jasne, że ze względu na kończący się urlop będzie to moje ostatnie wyjście do góry, o czym poinformowałem resztę naszej wyprawy. Gdy dochodziłem w strasznej wichurze i wszędobylskich pyłówkach do C2, podczas łączności okazało się, że okna 29 lipca nie będzie, natomiast istnieje dalej szansa na okno 27 lipca. Po tej informacji reszta naszego składu wycofała się do bazy, widząc brak sensowności parcia do góry. W C2 nocowałem więc tylko ja i Tomek, który stwierdził, że jutro schodzi do bazy na odpoczynek. A ja siedziałem w namiocie gotowałem i główkowałem co tu dalej robić. Jestem jeden dzień za grupą atakującą, która doszła dzisiaj również w potwornym wietrze do C3. Wymyśliłem szaleńczy plan dogonienia następnego dnia grupy atakującej poprzez szybkie ranne wyjście do C3, potem dwugodzinny rest i wyjście w kierunku ramienia. Plan ambitny, ale na inny podczas ostatniego wyjścia nie było miejsca.

26 lipca budzę się o 4:30 rano, aby po szybkim śniadaniu wyjść około 6-tej w kierunku obozu 3-ego. Dalej wieje niemiłosiernie, nie widać oznak, aby jutro miał być summit day. Zawiane ślady i poręczówki nie pomagają mi w szybkim parciu do góry. Około 11-tej docieram do C3. Nasz namiot jest kompletnie zasypany śniegiem, z trudem udaje mi się dostać do środka.

Grupa atakująca około 9-10 wyszła w kierunku ramienia K2 znowu w huraganowym wietrze. A ja siedzę w namiocie i znowu przeprowadzam skomplikowany (jak na 7000m) proces myślowy. Gonić ich czy schodzić na dół? Czuję się bardzo dobrze, zmęczony jestem, ale nie tak znowu bardzo. Ale czy tak naprawdę czuję się tak, aby wyjść na ramię, jutro wejść na szczyt i jeszcze zachować bezpieczną ilość energii na zejście. Na pewno nie. To by było szaleństwo. Dodatkowo  niestabilna pogoda i tak naprawdę brak partnera powodują, że decyduję się z bólem serca na zejście na dół do C2. Szkoda. Liczyłem na więcej na K2. W międzyczasie wieczorem grupa atakująca późnym wieczorem bardzo zmęczona wiatrem, miejscami śniegiem po pachy, dociera około 100 metrów od ramienia K2, gdzie rozbija obóz 4. Ogromne wyczerpanie i niestabilna pogoda powodują, że decydują się jutro wracać do bazy. Tak załamuje się brawurowy pierwszy atak szczytowy na K2 2010. 27 lipca o 5-tej rano zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami wyruszyłem z C2 i zszedłem szczęśliwie do bazy, gdzie po krótkim odpoczynku zabrałem się do pakowania moich rzeczy. 28 lipca razem z 2 porterami zacząłem kilkudniowy trekking do cywilizacji. Potem jeszcze dwudniowa podróż Karakorum Highway. Samolot mam zarezerwowany na 7 sierpnia.

Smutno mi się rozstawać z członkami mojej wyprawy. Stworzyliśmy zgrany i zróżnicowany zespól, gdzie każdy czuł się potrzebny. Trzymam teraz kciuki, że nadejdzie w końcu dobre, kilkudniowe okno pogodowe, które pozwoli na zdobycie szczytu!

Do zobaczenia w Polsce!

Przeprawa przez zalany Pakistan

Zejście z bazy do Askole a potem dotarcie do cywilizacji miały się okazać banalnym zajęciem. Jednak największa od 1929r powódź w Pakistanie sparaliżowała głównie północną część kraju. Dotarcie do stolicy Pakistanu przerodziło się w prawdziwą epopeje z przygodami i zagrożeniami porównywalnymi ze wspinaniem na K2.

07.27 Urdukas

Po 11 godzinach żwawego zejścia z bazy pod K2 docieramy dużą grupą do Urdukas. Schodzi kilka dużych wypraw spod K2, Broad Peak. Ja schodzę z wyprawą z Rosji i Kazachstanu, jak się później okazało spotkaliśmy się już w 2006 roku w Pamirze. Pod koniec dnia zaczęło padać niemiłosiernie, więc cali przemoczenie dotarliśmy do Urdukas.

07.28 Paiyu

Do Paiyu docieramy jeszcze przed południem. Odpoczywamy, posilamy się w pięknym słońcu i ruszamy. Po drodze zatrzymuje nas jednak mały potok, który w międzyczasie zamienił się w rwącą rzekę o czarnej, brudnej, lodowcowej wodzie. To skutki wczorajszej ulewy. Co gorsza rzeka przybiera, jej stan jest coraz większy, a nurt gwałtowniejszy. Mały mostek ledwo się trzyma. Mi udało się przejść, ale po pół godzinie rzeka porywa most i część ludzi zostaje po drugiej stronie, gdzie rozbijają obóz i chcą czekać do rana na obniżenie stanu rzeki.

07.29  Do Skardu

Już o 5 rano wyruszyliśmy do Askole gdzie dotarliśmy znów w ulewnym deszcze po 6,5 godzinach. Tam na szczęście czekały już na nas jeepy, które rano dotarły ze Skardu. Mój kierowca co chwila się zatrzymywał i poprawiał podmytą miejscami nawierzchnie drogi. W pewnym momencie dotarliśmy do wielkiej wyrwy w drodze. Po prostu woda zerwała część drogi. Staliśmy, patrzeliśmy i nie mogliśmy uwierzyć. Po chwilowym oszołomieniu wzięliśmy plecaki, przekroczyliśmy rwący potok i ruszyliśmy dalej na piechotę w kierunku Skardu w poszukiwaniu jakiegoś środka lokomocji. W miarę jak szliśmy napotykaliśmy na kilka kolejnych wyrw w drodze. Nie zapowiadało to nic dobrego. Po 2 godz. dotarliśmy do małej przydrożnej knajpki, w której miejscowa ludność przekazała nam garść nowych informacji. Podobno 3 km za knajpką jest ostatnia, ale za to duża wyrwa, za którą są jeepy, które mogą nas zawieść do Skardu. Mimo zapadających ciemności szybko się zebraliśmy, włączyliśmy czołówki i pognaliśmy w drogę. Gdy dotarliśmy do miejsca, gdzie droga została przerwana, drugi raz tego dnia stanęliśmy jak wryci. W miejscu gdzie kiedyś była droga, teraz po prostu płynęła 6 metrowa rwąca rzeka, której przekroczenie wydawało się niemożliwe. Po namyśle razem z grupą miejscowych postanowiliśmy stworzyć coś w rodzaju mostu ludzkich rąk, co miało zapobiec aby ktoś został porwany przez bystry nurt. Po kolei przeprawialiśmy się przez rzekę. Wszystko było bardzo dramatyczne: ciemność, latarki, krzyki, szum rzeki. Na szczęście wszystkim udało się dostać na drugi brzeg. Przemoczeni ale szczęśliwi zapakowaliśmy się na jeepy i dotarliśmy po północy do Skardu

07.30

Rano obudziłem się z przekonaniem, że pierwsza od ponad miesiąca noc w prawdziwym łóżku zapowiada lepsze czasy i że uda mi się w te ostatnie dni urlopu trochę odpocząć. Z marzeń tych szybko wyleczyli mnie napotkani dwaj Polacy z wyprawy na GII  - Marcin Pius i Adam Ciuka. Obaj weszli na GII, trochę podziwiali okolice Skardu. Poinformowali mnie, że w Pakistanie mamy teraz największą od 1929 r powódź, zginęło ponad tysiąc osób, droga Karakorum Highway do Islamabadu została miejscami po prostu zmyta do rzek (mówimy o kilometrach nieistniejącej już drogi), zerwanych jest kilkaset mostów, w tym jeden wielki na Indusie przed Islamabadem. Aby tego było mało, od kilku dni jest słaba pogoda i nie latają samoloty, a jak już zaczną latać to kolejka jest tak wielka, że nie wiadomo kiedy będą jakieś miejsca. Usiadłem z wrażenia. Przecież dotarcie do cywilizacji miało być takie piękne. Starałem się na chwile o tych złych newsach zapomnieć, aby chociaż trochę odpocząć od ciągłego myślenia o czekających wyzwaniach.

07.31

Po południu spotkaliśmy Krakusów wracających spod Changi Tower, których guide podobno zna lądowy skrót do Islamabadu. Nasz agent Ali obdzwonił kilkanaście osób i po kilku godzinach oczekiwania okazało się, że faktycznie jest szansa na objazd jakąś szutrową drogą z Chilas w kierunku przełęczy Bachusar. Jednogłośnie zdecydowaliśmy się, że podejmujemy ryzyko i jedziemy. Wiedzieliśmy, że i tak droga jest zerwana w kilku miejscach i będziemy musieli ją jakoś przekroczyć. Jednak czekanie w nieskończoność na samolot było ryzykowne tym bardziej że nadciągała druga fala opadów.

Wyjechaliśmy o 18-tej i po 7,5 godzinach nocnej jazdy byliśmy w Chilas - stolicy Kochistanu słynącej z bardzo ortodoksyjnych żydów. Po 4 godzinnym noclegu zmieniliśmy jeepa i ruszyliśmy w prawdziwą terra incognita - droga, której nie ma na zwykłej mapie. Początkowo droga biegła przez częściowo zaludnione tereny. Oglądaliśmy zniszczenia, jakie wywołała powódź. Wszyscy mieszkańcy wiosek zbierali teraz drzewo, które fala powodziowo niosła ze sobą. Nasza droga była w wielu miejscach mocno uszkodzona, jednak udawało się nam przejechać. Po 2 godzinach dojechaliśmy do miejsca gdzie droga była zupełnie wymyta - przeszliśmy na piechotę oberwany odcinek i po raz drugi zmieniliśmy samochody po drugiej stronie wyrwy. Po 2 kilometrach znowu to samo. Czwartym jeepem zdołaliśmy jednak przejechać 8 godzin w kierunku przełęczy o wysokości 4,5 km, na której zalegał śnieg. Droga była na szczęście lekko odśnieżona. Drogą tą zjechaliśmy w dół i wjechaliśmy na drogę prowadzącą z przełęczy Bachusar.  Wreszcie dojechaliśmy do kolejnej potężnej wyrwy w drodze i po raz kolejny zmieniliśmy jeepa. Potem jeszcze cztery razy zmienialiśmy samochód i przekraczaliśmy rzeki w prowizorycznych koszach na linach, które mieszkańcy okolicznych wiosek przerzucili nad rwącymi rzekami. W końcu dotarliśmy do miejscowości Naran skąd już na szczęście bezpośrednio po 6 godz. dotarliśmy do Islamabadu. Tak skończył się 30 godzinny maraton, który przypominał eliminacje rajdów adventure trophy .

Czekamy teraz w Islamabadzie na nasze loty. Oby tylko teraz nie zastrajkowali piloci :-).

k2-banner

pantera