O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2009 – Nanda Devi East (7434 m), Himalaje Indyjskie

Na poważnie przygotowania do wyprawy rozpoczęły się dla mnie w lutym 2009, kiedy to wraz z Grześkiem Mrozem formalnie dołączyliśmy do wyprawy. Był z nami mały kłopot, ponieważ z powodu krótkiego urlopu, nie mogliśmy wziąć udziału w całej wyprawie, a tylko w trzech ostatnich tygodniach. Tym samym skazywaliśmy się na mniejsze szanse zdobycia szczytu, ale opcje były proste: nie jechać wcale lub jechać tylko na trzy ostatnie tygodnie. Przygotowania do wyprawy, w których prym wiedli Janek Lenczowski i Tomasz Walkiewicz, przebiegały sprawnie i nawet o dziwo w czasach kryzysu – udało sie wyprawie pozyskać kilku fajnych sponsorów.

8 maja

Baliśmy sie trochę z Grześkiem o nasz ciężar bagażu, ale bez problemu udało sie nam dostać do samolotu. Po błyskawicznej przesiadce w Istambule, wylądowaliśmy nad ranem w Delhi.

9 maja

Nie zastanawiając sie długo wynajęliśmy za 4500 rupii małego busika Suzuki Maruti, którym zamierzaliśmy dostać się do Almory. Jeszcze przed świtem udało się nam wydostać z Delhi na przedmieścia i uniknąć porannych korków. Nasz kierowca, pomimo co najmniej pięćdziesiątki na karku, okazał sie bardzo pewny na drodze – po prostu nie pękał w starciu z cięższymi wagowo kolegami na drodze, a warto powiedzieć, że na indyjskich drogach większy ma racje – to on ustala, która droga jest główna, a która podporządkowana. Początkowo droga prowadzi przez tereny nizinne, by za miejscowością Kathgodam (dokąd dojeżdża pociąg) nagle stanąć dęba. Ostre podjazdy mocno dawały sie we znaki naszemu Suzuki. Potrzebne były krótkie postoje na uzupełnienie wody w chłodnicy. Po 12 godzinach dotarliśmy do Amory – miejscowego centrum administracyjnego, cudownie położonego kurortu wypoczynkowego. Tam, dosłownie w 10 minut, wynajęliśmy za 3500 rupii jeepa, którym niezwłocznie ruszyliśmy w kierunku Munsiari. Szybko zrobiło się ciemno, ale może i tak lepiej, bo droga była pełna niebezpiecznych serpentyn. Nasze przerażenie wzmogło się jeszcze bardziej, gdy na jednym z postojów zobaczyliśmy opny naszego pojazdu – bieżnik był tutaj terminem historycznym. Zmęczenie 20 godzinna podróżą o 1 w nocy dotarliśmy do hotelu w Munsiari.

10 maja

 

Rano z recepcji odebraliśmy dokumenty zostawione nam przez chłopaków. Mieliśmy kopię pozwolenia na wejście do Parku Narodowego. Okazało się, że musimy załatwić pieczątki z dwóch miejsc. Na początek udaliśmy się do biura ITBP  (Indo- Tibetan Border Police), gdzie zamiast spodziewanych pieczątek porucznik tylko skinął głową, że wszystko ok. Coś nam nie grało, ale nie mieliśmy argumentów i podstaw aby im nie wierzyć. Następnie poszliśmy do biura wójta- Tasidala, ale w związku z tym, ze była niedziela biuro było zamknięte, a wójt podobno był w terenie i koordynował kampanię wyborczą. Kampanię było widać wszędzie – plakaty w logdach, samochody – megafony, marsze wyborcze, podobizny kandydatów na jednorazowych saszetkach proszku do prania.  Miałem wrażenie, że chyba nawet Amerykanie mogliby się czegoś w tej materii od Hindusów nauczyć.

W międzyczasie do naszego hotelu zawitał Perkasz, organizator porterów – miejscowy bonzo. Porter zabierał 25 kg i kosztował 3 tys. rupii – ale z tego musiał się wyżywić podczas marszu. Perkasz umówił się z nami przed biurem wójta w godzinach popołudniowych i obiecał pomóc w kwestii pieczątek. U Tasidala zbierała się cała wioskowa świta. Poprosiłem wójta, aby pomimo niedzieli wydał nam dzisiaj niezbędne dokumenty, abyśmy jutro rano mogli ruszyć w góry. Tasidal coś skinął do Perkasza, ten ukłonił się nisko, wyszedł i uspokoił nas, że wszystko ok. Okazało się, że musi podjechać po jakiegoś sekretarza, który przygotuje Tasidalowi dokumenty do podpisania. Ostatecznie Tasidal podpisał dokumenty i  wskazał na szefa ITBP, co prawdopodobnie znaczyło że on też musi podpisać. Po jego podpisie mieliśmy już co trzeba i mogliśmy szykować się do jutrzejszego wyjścia.  Na 6.30 rano umówiliśmy się z Perkaszem i jego porterami.

11 maja

Rano odbyło się rytualne ważenie bagażu dla porterów, którymi okazali się młodzi chłopcy z pobliskich wiosek. Nie wyglądali na siłaczy, aczkolwiek do 25 kg Pudzianowski nie jest potrzebny. Jako, że brakowało nam trochę do 25 kg dokupiliśmy jeszcze kilka kg cukru, którego podobno brakowało w bazie. Wsiedliśmy w dwa samochodziki z Munisari (2200) zjechaliśmy 10 km na wysokość 1500m n.p.m., gdzie rozpoczęliśmy, zaplanowany na 3 dni, trekking do bazy. Pierwszego dnia planowaliśmy dojść do Bogudiar (2500) – jednak już w południe zaczął siąpić deszcz. W Liliam (1900) zameldowaliśmy się na posterunku ITBP, zrobiliśmy sobie przerwę na dalbat. Pomimo mżawki ruszyliśmy dalej. Niegroźna początkowo mżawka coraz bardziej zaczęła się zmieniać w ulewę. Zatrzymaliśmy się więc w lodgy pod wielkim przewieszeniem – dobre miejsce, bo suche. Co dalej? Deszcz leje, portersi przemoczeni. W podjęciu decyzji pomógł nam jeden z portersów, który błagalnym tonem pokazując na swoje mokre spodnie powiedział ‘stay here”. Zgodziliśmy sie, ale zastrzegliśmy że jutro i tak musimy dojść do Martoli i dlatego o 4.30 robimy pobudkę. Nie protestowali.

12 maja

Rano, zgodnie z planem ruszyliśmy dalej. Portersi wypoczęci, ostro ruszyli do przodu. Warto tutaj rano wstawać, bo popołudniu (od ok. nawet 12-tej) mamy dużą szanse na deszcz. Po drodze mijaliśmy mieszkańców okolicznych wiosek. W czynie społecznym budowali instalacje elektryczną, wnosząc wszystko na plecach. Po dwóch godzinach żwawego marszu dotarliśmy do Bogudiar (2550?), gdzie znowu odwiedziliśmy posterunek ITBP. Zaznaczyć trzeba, że wizyta w ITBP to czysta formalność i trwa kilka minut. Oficer ma specjalny zeszyt, gdzie wpisuje wszystkich podróżujących, którzy następnie muszą się podpisać. W drodze powrotnej odszukuje wpis wejściowy, tak aby liczba wejść i wyjść do doliny się zgadzała.  Na śniadanie dotarliśmy do Nahar Devi. Mimo wczesnej pory zamówiliśmy dalba, bo byliśmy juz porządnie głodni. Potem droga się wiła i trzeba było iść górną ścieżką. W Rilkot znowu odwiedziliśmy ITBP (na szczęście już ostatni) i ruszyliśmy do Milan, gdzie zameldowaliśmy się o 18-tej , po 13-tu godzinach bitego marszu.

13 maja

Pobudka tradycyjnie o 4.45 i wymarsz o 5.30. Już po kilku minutach marszu naszym oczom ukazała się sylwetka Nanda Devi East – majestatyczna, pięknie oświetlona, ale równocześnie groźna i lekko przerażająca. „I my mamy się tamtędy wspiąć?” – pomyślałem z niedowierzaniem. Ścieżka jest mało ewidentna, a czasami wręcz niewidoczna. Po ok. 3 km trzeba zejść w bocznej dolinie do dna potoku i przez mostek podejść z powrotem do doliny Lawan. Po drodze mijamy opuszczone zabudowania wioski Lawan. Staramy się trzymać dolnych wariantów ścieżki. Po 2-3 km. docieramy do dna potoku i pierwszych płatów śniegu. Trawersować parę żlebów z obsuwiskami i docieramy do dużej laki pod moreną czołową lodowca Lawan. Czoło lodowca obchodzimy z prawej strony, ale cały czas trzymając się po lewej stronie dużego potoku. Po godzinie docieramy do wielkiego rozlewiska – skąd w ciągu 30 minut docieramy do bazy, położonej na wysokości 4200m n.p.m. Cała droga zajmuje nam około 11-stu godzin.

W bazie poznajemy Naszego oficera łącznikowego – Ganji’ego. W zdumienie wprawia mnie informacja, że nasz oficer się wspina normalnie z nami, był już z kolegami na przełęczy Longstaffa. Do tej pory znałem jedynie oficerów łącznikowych, którzy siedzieli w bazie i nie mieli specjalnej ochoty na akcje górską.

14 maja

Pierwsza noc minęła, można powiedzieć, znakomicie, co automatycznie przyspieszyło moją i Gela decyzję o wspólnym wyjściu z chłopakami do ABC (4850). Po śniadaniu zrobiliśmy z Gelem przepak naszych rzeczy, aby efektywnie spakować się na pierwsze wyjście. Droga prowadzi rumoszem skalnym, a potem śniegiem. Szło mi się o dziwo dobrze, aklimatyzacja podczas treningu zrobiła swoje. Szliśmy 3.5 godz., podchodziłem razem z Rafałem, Gelem, Zenia, Ganjim, Tomkiem. Tego samego dnia Janek, Paweł, Daniel, Jarek podeszli z ABC na Longstaffa. Narcyz cały dzień spędził w ABC. W bazie pozostał tylko kucharz. Już w zapadających ciemnościach rozstawiliśmy z Gelem nasz szturmowy namiot Black Diamond. Nie obyło się bez przygód – jeden z pałąków zaczął się zsuwać po zboczu – nie zastanawiając się wykonałem skok na szczupaka i uratowałem nasz namiot.

15 maja

Rano Zenia i Ganji podeszli na Longstaffa, wynieśli namiot na 6500m oraz dodatkowe poręcze. Jarek z Danielem rozpoczęli poręczowanie pierwszej turni. Rafał z Tomkiem podeszli w stronę Longstaffa, aby nakręcić trochę materiału z podejścia na przełęcz. Następnie zeszli do bazy. Janek z Pawłem zeszli do ABC, aby po krótkim odpoczynku zejść z Gelem (którego nie przestawała boleć głowa) do bazy. W rezultacie zostałem sam w ABC – smutno, ale co zrobić – trzeba budować aklimatyzację.

16 maja

O 4.30 rano wyruszyłem w kierunku Longstaffa, aby zostawić depozyt przy „skałce” na 5400 m. W międzyczasie Jarek z Danielem zaporęczowali w kierunku śnieżnej Kopy – jutro chcą dokończyć i spadać na dół na zasłużony rest. Żenia wyniósł dzisiaj sporo liny powyżej Longstaffa. Gelo miał dzisiaj podejść do ABC, ale kilka lawinek porządnie go wystraszyło i zawrócił do bazy.

17 maja  - Sam podszedłem na Longstaffa. Jarek z Danielem zaporęczowali do Śnieżnej Kopy. Wieczorem do ABC z bazy podeszli Gelo, Janek i Zizi.

18 maja   - Janek z Danielem zeszli do bazy. Gelo, Janek i Zizi podeszli na Longstaffa. Ja odpoczywałem na przełęczy.

19 maja  - Zizi zbiegł do skałki po mój depozyt, a ja, Gelo i Janek poszliśmy do góry.

 

20 maja - Gelo nie czuł się najlepiej, postanowiliśmy zejść do ABC, skąd Gelo zszedł dalej do bazy, a ja zostałem w ABC, aby wypocząć przed kolejnym wyjściem w górę. 

 

21 maja – Wieczorem do ABC podeszli Jarek i Daniel.

 

22 maja  - Poręczowanie w kierunku planowanego obozu na 6500m. Nocleg na grani na około 6200m  

23 maja – Poręczujemy dalej, ja wracam na przełęcz, chłopaki docierają na 6500m

 

 

24 maja - zabieram swoje rzeczy, depozyt Ziziego, śmieci i schodzę do bazy. Do ABC podchodzi Gelo i Narcyz, aby zabrać część rzeczy i częściowo zlikwidować ABC. Jarek z Danielem schodzą  po mój i Janka depozyt zostawiony na końcu lin poręczowych.

25 maja – Jarek i Daniel poręczują wielki uskok, dochodzą do 6900m. Jest nadzieja.

26 maja - Atak szczytowy nie doszedł do skutku, pogoda zła, Jarek źle się poczuł, Janek podchodzi do Daniela – ale ostatecznie wszyscy schodzą w kierunku bazy.

26,27 maja – trek do Munsiari. Spotkanie Perkasza w Martoli i zamówienie tragarzy.

 

28 maja – przejazd do Alory

29 maja – Alora

30 maja – Alora, przejazd do Delhi

31 maja – wylot do Polski

k2-banner

pantera