O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2006 – Pik Komunizmu (7495 m), Szczyt Korżeniewskiej (7105 m), Pamir

 

 

 

Wyprawę w Pamir Zachodni planowałem od dawna, ponieważ rejony byłego ZSRR są bardzo przyjazne dla polskich wspinaczy – tani dojazd, tanie pozwolenia, brak bariery językowej, korzystny lipcowo-sierpniowy sezon. Wszystko to sprawiało, że po wejściu w 2004 roku na Pik Pobiedy, chciałem zdobyć drugi słynny szczyt byłego ZSRR - Pik Komunizmu – szczyt legenda na zboczach, którego wychowały się pokolenia wspinaczy wschodu.

Pamir to trzecie pod względem wysokości góry świata. Jako obszar o najwyższej na świecie przeciętnej wysokości nad poziomem morza - często nazywany jest Dachem Świata. Cechą charakterystyczną Pamiru jest duże zlodowacenie gór – 10% Pamiru zajmują lodowce. Tutaj znajduje się jeden z najdłuższych lodowców na Ziemi – lodowiec Fedczenki o długości ponad 70 km. Pamir dzieli się na Wschodni (Chiński), z najwyższym szczytem Kongur Tagh (Kongur Shan) o wysokości 7649 m, oraz Pamir Zachodni (Radziecki, Centralny) – z dominującym Pikiem Komunizmu (7495 m).

HISTORIA REJONU

W 1871 Rosjanin A. Fedczenko eksplorował północną część Pamiru (Góry Ałajskie), co zaowocowało opracowaniem prowizorycznej mapy rejonu. Na początku XX wieku bardzo aktywnie w poznawanie Pamiru zaangażowali się Niemcy, Austriacy i Anglicy. W 1932 roku definitywnie ogłoszono, że najwyższym szczytem ZSRR jest Pik Stalina (7495 m). Rok później wielka wyprawa Akademii Nauk Związku Radzieckiego podjęła próbę wejścia na szczyt. Po przeszło dwóch miesiącach akcji górskiej, 3 września 1933 roku trzech alpinistów wyruszyło na szczyt z ostatniego obozu (6900 m). Na szczyt dotarł jedynie wyczerpany J.M. Abałakow, który podobno ostatnie 150 m przebył na czworaka. 22 sierpnia 1953 roku pierwszego wejścia na Pik Korżeniewskiej dokonała północną granią duża rosyjska grupa wspinaczy. W kolejnych latach Pamirem zainteresowali się zachodni wspinacze – w roku 1962  John Hunt poprowadził udaną wyprawę na południową ścianę Piku Komunizmu, a w roku 1981 Chris Bonnigton (kierownik), P. Boardman, J. Tasker, A. Rouse weszli na najwyższy szczyt Pamiru Kongur Tagh (Kongur Shan).

POLSKIE DROGI

W przeciwieństwie do rejonu Piku Pobiedy, w Pamirze Zachodnim Polacy byli bardzo aktywni od początku lat siedemdziesiątych. Duże polskie wyprawy miały miejsce latem 1972 roku. Polacy brali udział w popularnych w tamtym czasie kilkudziesięcioosobowych alpiniadach. Wyjazd zaowocował pierwszymi wejściami na Pik Komunizmu: 30 lipca, filarem Buriewiestnika, K. Głazek, S.Kuliński (kierownik), T. Piotrowski, W. Wróż; 17 sierpnia – A. Okopińska (nowy polski kobiecy rekord wysokości) z towarzyszami;  Pik Korżeniewskiej: 3 sierpnia – W. Brański, J. Olszewski, A. Sobolewski, , Sz. Wdowiak; 5 sierpnia – W. Kłaput, M. Malatyński, P. Młotecki (kierownik), A. Okopińska. Rok później Polacy odnoszą wielki sukces wytyczając nowy wariant na zachodniej szczytowej ścianie – na szczyt wchodzą M. Grochowski (kierownik), Z. Heinrich, R. Kowalewski, K. Rusiecki. W kolejnych latach Polacy również bardzo licznie odwiedzali ten rejon, traktując go często jako poligon doświadczalny przed wyprawami w Himalaje. Rozpad ZSRR, a następnie niestabilna sytuacja w Tadżykistanie spowodowały brak zainteresowania tym rejon. Dopiero od kilku lat rejon ten na nowo zyskuje popularność – w roku 2005 miała miejsce duża wyprawa KW Trójmiasto.

GDZIE TEN ŚNIEG?

Nasza wyprawa składała się z członków KW Szczecin, KW Lubin, KW Warszawa, Gawra Gorzów i liczyła aż 16 osób. Większość ekipy miała już wysokogórskie doświadczenie, jednak nawet dla nich miały to być najwyższe dotychczas góry, gdzie zamierzali pobić swoje rekordy wysokości. Skład wyprawy był następujący: Marcin Miotk, Jerzy Kawiak, Dariusz Szut, Jakub Michalak, Paweł Zimnicki, Cezary Woś, Tomasz Pawski, Łukasz Stocki, Waldemar Żmurko, Sylwia Bukowicka, Jan Dudarowski, Paweł Sokołowski, Kamil Gabarski, Dominik Ziembicki, Krzysztof Bigda , Daniel Kreutzer.

Wyprawa nasza do stolicy Tadżykistanu – Duszanbe dotarła samolotem z Sankt Petersburga. Nie bez przeszkód do bazy na lodowcu Moskwina (4200 m) przylecieliśmy 30 lipca. Co oczywiste, grupa podzieliła się na mniejsze zespoły, aby akcja górska toczyła się „na zakładkę” (wykorzystywanie tych samych namiotów w wyższych obozach itp.). Ja działałem z doświadczonym alpinistą - Jurkiem Kawiakiem ze Szczecina - moim starym znajomym, partnerem z wyprawy na Shisha Pangmę z 1999 roku.

Wielkim zaskoczeniem był …… brak śniegu, a ściślej cienka pokrywa śnieżna na okolicznych szczytach. Dolne partie Piku Komunizmu były wręcz zupełnie skaliste – czego nie widzieliśmy na żadnych wcześniejszych zdjęciach. Trochę nam miny zrzedły. Marzenia o północnej grani Komunizmu, trzeba było szybko zarzucić i skupić się na tym, co w danych warunkach było możliwe.

Początkowo w grupie pojawiły się różne koncepcje na temat harmonogramu działalności górskiej. Część wyprawy chciała od razu wchodzić na Pik Komunizmu, bez wcześniejszej aklimatyzacji na Piku Korżeniewskiej. Jednak powtarzane kilkakrotnie argumenty o bezpieczeństwie przemówiły i cała grupa jako pierwszy cel wybrała niższy z dwóch siedmiotysięczników.

PIK KORŻENIEWSKIEJ

Nazwę szczytowi nadał rosyjski geograf N. Korżeniewski dla uczczenia swej żony Eugenii Korżeniewskiej.

Głównym celem na Korżeniewskiej miała być dobra aklimatyzacja, więc jako drogę wejściową wybraliśmy najpopularniejszą trasę – drogę na V. Tselina (rosyjskie trudności 5A) pokonaną po raz pierwszy w 1965 roku. Droga ta jest stosunkowo długa, narażona na spadające kamienie, ale względnie bezpieczna, jeśli chodzi o zagrożenie lawinowe.

Już następnego dnia po przybyciu do bazy wynieśliśmy depozyt w kierunku obozu pierwszego na 5100 m (nie korzystaliśmy z obozu na 5300 m). Brak odpowiedniej aklimatyzacji spowodował, że nie dotarliśmy do jedynki, tylko złożyliśmy depozyt na ok. 4900 m. Zdrowie dopisywało, więc 2 sierpnia „na ciężko” wyruszyliśmy z Jurkiem w kierunku szczytu. Na 4900 m doładowaliśmy nasz depozyt i z worami wielkimi jak mała lodówka dotarliśmy do jedynki. Droga do jedynki jest bardzo urozmaicona. Na początku należy przekroczyć labirynt lodowca Moskvina, potem droga ostro wznosi się skalistym zboczem. Niestety po tym podejściu musimy obniżyć się ok. 200 metrów, aby kolejnym skalistym podejściem wspiąć się w kierunku południowej ściany Piku Korżeniewskiej. Przed podejściem do jedynki droga wiedzie straszną kruszyzną – ciężko zrobić krok, aby nie strącić jakiegoś kamienia. Kaski w tym miejscu są mile widziane, jednak większość ludzi ich nie miała!

Już następnego dnia wychodzimy z Jurkiem do obozu drugiego na 5800 m. Powyżej jedynki droga dalej wiedzie nieprzyjemnym piarżyskiem. Na krótko wchodzimy na lodowiec, aby ominąć teren najbardziej zagrożony na spadające kamienie. Po godzinie docieramy do miejsca obozu na 5300 m – położonego na morenie bocznej lodowca, tuż poniżej granicy śniegu. Zakładamy raki i ogrzani pierwszymi promieniami słońca wchodzimy na lodowiec. Jest jeszcze wcześnie, śnieg jest dobrze zmrożony, szczeliny są dobrze widoczne, więc nikt się nie wiąże liną. Dochodzimy w pobliże bariery seraków. Kończy się dreptanie w śniegu, a zaczyna prawdziwa wspinaczka. Czekany idą w ruch, serce wali jak Dzwon Zygmunta – od razu wychodzi na jaw, że to dopiero początki aklimatyzacji. Dochodzimy do dwójki „pod wiszącą skałą”. Kilka namiotów jest tu rozbitych. Czesi właśnie szukają aparatu, który wpadł im do pobliskiej szczeliny brzegowej. Jesteśmy zdziwieni jak tu mało miejsca. Wyznaczamy miejsce na naszą platformę i zaczynamy czekanami kruszyć grubą warstwę lodu. Po prawie dwóch godzinach platforma jest gotowa, a my zadowoleni z założenia dwójki zaczynamy zjeżdżać na dół.

Po dniu restu zaczynamy atak szczytowy – 5 sierpnia podchodzimy na nocleg na 5800 m. Tym razem wychodzimy około 6 rano, aby po 3 godzinach jeszcze w cieniu dotrzeć do dwójki. Warto wyjść wcześnie, bo słońce na lodowcu pali niemiłosiernie, wysysa siły z każdego, dodatkowo zmrożony śnieg ułatwia wspinaczkę i czyni ją bezpieczniejszą. Już chcemy zabrać się za gotowanie, ale skąd wziąć śnieg? Dawno nie padało, śnieg jest potwornie brudny, jego pokrywa jest dość cienka. Po krótkim rozpoznaniu postanawiamy skupić się na soplach lodu w pobliskiej szczelinie. Średnio nam się w tym obozie podobało, więc kolejnego dnia postanawiamy wyjść do góry, celem założenia obozu trzeciego na 6400 m.

Droga do trójki to najtrudniejszy technicznie odcinek drogi. Należy wyjść bardzo wcześnie, aby przejść trawers w cieniu i uniknąć spadających kamieni. Pogoda jest dobra, ale ciemne chmury na horyzoncie nie wróżą nic dobrego. Początkowo trawersujemy południową ścianę. Droga pokryta jest lodem – musieliśmy kilka długich odcinków pokonywać na przednich zębach raków, twarzą do ściany. Dochodzimy do małej platformy na 6100 m. Jest tu miejsce na najwyżej 3 namioty. Powyżej bez problemu pokonujemy crux’a (najtrudniejsze miejsce na drodze) w postaci 10 metrowej technicznej ścianki skalnej. W normalnych warunkach nikt by na to miejsce nie zwrócił uwagi, ale z 20 kg plecakiem na 6100 m nieco zmienia się perspektywa. Po kolejnych 300 metrach wspinaczki śnieżnym żebrem dochodzimy do obozu na 6400 m.

7 sierpnia jesteśmy gotowi na atak szczytowy. Całą noc ostro wieje, trochę pada, więc z niedowierzaniem witamy rano piękną pogodę – jednogłośnie stwierdzamy, że to jest zdecydowanie „summit day”. Nasz brak wiary w pogodę powoduje, że jako ostatni z obozu wychodzimy na szczyt. Droga na szczyt biegnie lewą grzędą Piku Korżeniewskiej. Ekspozycja drogi robi wrażenie – z każdej strony kilkaset metrów powietrza. Brak jakichkolwiek poręczówek powoduje, że musimy być niezwykle czujni. Po drodze przekraczamy tylko kilka, niegroźnych szczelin. Droga nie biegnie prosto do góry, tylko raz wznosi się, a raz obniża np. kilkadziesiąt metrów, co powoduje, że nominalne 700 metrów na szczyt z ostatniego obozu może być trochę mylące. Drogę od samych godzin porannych oświetla słońce, co z jednej strony zmniejsza ryzyko odmrożeń, ale jednocześnie śnieg szybko robi się miękki, co znacznie utrudnia wspinaczkę.

Idzie mi się wyjątkowo dobrze, 100 metrów przed szczytem mijam lekko zdziwionych przewodników rosyjskich, i po 4 godzinach od wyjścia jako pierwszy tego dnia melduję się na szczycie. Widoki są fantastyczne, pogoda znakomita, tylko nadciągające chmury zwiastują, że jak co dzień popołudniu będzie lekkie załamanie i opad. Jurek również dochodzi w dobrej formie, robimy kilka fotek i zaczynamy schodzić, niestety już w lekkiej mgiełce. Śnieg ma już konsystencje cukru, raki na niewiele się zdają. Szczęśliwie jednak docieramy do naszego namiotu. Czujemy się szczęśliwi jak po zdobyciu Everestu. Błyskawicznie przeprowadzona akcja górska, rozpoznanie drogi dla innych zespołów, założone dwa górne obozy z namiotów, których będzie korzystać większość pozostałych członków wyprawy, dobra aklimatyzacja przed Kommunizmem. Można z czystym sumieniem schodzić na piwo do bazy. Reasumując, Pik Korżeniewskiej to wymagający szczyt – duża ekspozycja, kilka technicznych miejsc, zagrożenie spadających kamieni, mała liczba miejsc ubezpieczonych (w stosunku choćby do Chan Tengri w Tien Shanie).

PIK KOMUNIZMU

Podczas odpoczynku w bazie pilnie śledziliśmy postępy akcji górskiej na sąsiednim Piku Komunizmu. Nikt jeszcze w tym sezonie nie wszedł na szczyt. Parę zespołów wyszło już do góry, ale doszli tylko do wysokości ok. 5900 m. W związku z anomalnymi warunkami śniegowymi w tym roku, wszyscy skupili się na najczęściej uczęszczanej drodze Borodkina (rosyjskie trudności 5A) pokonanej po raz pierwszy w 1968 roku. Według naszych informacji, ze względu na trudne warunki nikt nie odważył się w tym sezonie atakować Komunizmu inną drogą.

Mamy już z Jurkiem dość czekania i  13 sierpnia postanawiamy wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć atak szczytowy – ma to być szybkie trzydniowe wejście „na lekko” (4200->5800->6800->7495). Pierwszego dnia jeszcze po ciemku przekraczamy lodowiec Waltera.

Pierwsze promienie słońca oświetlają seraki zwisające z Wielkiego Pamirskiego Plateau. Musimy, więc szybko dostać się na wielkie żebro Borodkina, wyprowadzające na plateau. Zasada jest prosta: im szybciej, tym lepiej. Mimo ciężkich plecaków, wręcz biegniemy pod barierą seraków! Zasapani docieramy do skalnego odcinka żebra. Nagle wielki huk!! Wielki obryw z plateau dosłownie zmiótł całą naszą drogę wejściową, dosłownie 10 minut po naszym przejściu. Uff!! Zdejmujemy raki i wchodzimy na skalny odcinek – duża ekspozycja i kruchy teren powodują, że trzeba szczególnie uważać na nasze plecaki, aby gdzieś nimi głupio nie zahaczyć. Szybko pniemy się do góry, docieramy w okolice obozu na 5300 m. Robimy sobie dłuższy odpoczynek, odpalamy nawet kuchenkę, aby coś przekąsić na ciepło, po czym ruszamy dalej w kierunku obozu na 5800 m. Teren robi się bardzo zdradliwy – lodowe odcinki przykryte są cienką warstwą śniegu. Droga wije się między serakami i mniejszymi szczelinami – cały czas ostro w górę. Idziemy, idziemy, a obozu nie widać. Po 10 godzinach wspinaczki, zmęczeni pokonaniem półtorakilometrowego przewyższenia, kopiemy platformę w dość stromym miejscu na 5700 m. Szybko wskakujemy w ciepłe śpiwory, aby jak najlepiej zregenerować się przed jutrzejszym podejściem na 6800 m.

Kolejnego dnia pozwalamy sobie na odrobinę luksusu i budzik budzi nas dopiero o 5.30. Podczas zwijania zmarzniętego jeszcze namiotu pęka nam jeden z dwóch stelaży. Seria przekleństw odbija się echem po okolicy. Ostatecznie stwierdzamy, że stratami będziemy martwić się później. Ruszamy. Po 30 minutach dochodzimy do szczytu żebra Borodkina. Przed nami roztacza się piękna panorama Wielkiego Pamirskiego Plateau. Stajemy i patrzymy, jakbyśmy zobaczyli Yeti. Plateau jest ogroooooomne! Długie na 3 km i szerokie na kilometr plateau pomieściłoby ponad czterysta pełno wymiarowych boisk piłkarskich! Sporo, co?

Wytężając wzrok dostrzegamy na plateau kilka czarnych kropek – to z pewnością namioty. Kierujemy się w ich stronę. Teraz musimy zejść ok. 200 metrów ze szczytu żebra Borodkina na plateau. Każdy z nas już wyobraża sobie jak będziemy musieli tu podchodzić wyczerpani po ataku szczytowym. Teraz już wiem, dlaczego standardowo wejście i zejście na Kommunizmie zajmuje aż 6 dni! Wiatr się wzmaga, widoczność spada. Cały dzisiejszy dzień idziemy zupełnie sami – co jest dość powszechne na Kommunizmie – kilkukilometrowa droga, nieliczne zespoły powodują, ciężko kogoś spotkać. Przemierzamy Wielkie Palmirskie Plateau, czujemy się jak na Antarktydzie, a nie w górach. Brakuje nam tylko sanek i nart! Dochodzimy do podnóża Piku Duszanbe, altimetr wskazuje 6000 m. Teraz czeka nas 800 metrowe podejście na przełęcz między Pikiem Duszanbe, a Pikiem Komunizmu, gdzie znajduje się nasz ostatni obóz. Wysoko w górze widzimy kilka postaci, które mozolnie zdobywają wysokość. Po trzech godzinach doganiamy ich w prowizorycznym obozie na 6600 m, gdzie właśnie gotowali sobie herbatkę. Można się tutaj śmiało rozbić, jeśli komuś zabraknie sił, aby dostać się na 6800 m, ale miejsce wygląda na dość narażone na silne wiatry. Razem z napotkanymi Rosjanami ruszamy razem na przełęcz. Zaczyna lekko padać, robi się klasyczna „dupówa”. Słaniając się na nogach, docieramy wreszcie do obozu. Zmęczenie zmęczeniem, a my musimy jeszcze naprawić nasz namiot. Kawałek bambusa i niezawodna srebrna taśma trochę łagodzą skutki uszkodzenia. Pomimo tego, nasz namiot wyglądał bardziej jak indiański wigwam niż porządny alpinistyczne cudo, które ma sprostać huraganowym wiatrom. W obozie było już kilka namiotów zespołów, które kilka dni przed nami wyszły z bazy. Jutro wszyscy razem będziemy próbować zdobyć szczyt.

15 sierpnia wyruszamy na atak szczytowy. W nocy na szczęście nie wiało zbyt mocno, więc nasz namiot przetrwał bez szwanku (takiego szczęścia nie miał kilka dni później jeden z zespołów, któremu podczas ataku szczytowego zwiało namiot w doliny). Wychodzimy dość późno, bo dopiero ok. 7 rano - droga wejściowa długo jest w cieniu, więc nie chcemy ryzykować potencjalnych odmrożeń – czekamy na więcej słońca. Razem z nami wchodzi grupa Rosjan. Droga na szczyt jest zupełnie dziewicza i nieprzetorowana, bo to pierwszy w tym sezonie grupowy atak szczytowy (wcześniej kilka dni przed nami na szczyt weszły tylko 2-3 osoby). Dodatkowo na całej drodze ataku szczytowego nie było ani metra poręczówki. Droga jest zbyt długa, aby ją ubezpieczyć. Początkowo musimy zejść ok. 150 metrów do podstawy północnej ściany, skąd zaczynamy eksponowany trawers w kierunku śnieżnego odcinka. Jest bardzo zimno (w sumie nie powinno to dziwić, bo to prawie 7500 m), więc nie robimy dłuższych postojów. Ja jednak muszę zatrzymać się na chwilę i rozmasować zmarznięte stopy. Około godziny dziewiątej pierwsze promienie słońca ogrzewają nasze przemarznięte ciała. Od razu wszystkim poprawia się humor. Powoli wysokość daje się we znaki, tempo wspinaczki lekko spada, ale na szczęście do szczytu już niedaleko. Dochodzimy do grani - czujemy, że szczyt musi być już naprawdę blisko. Wieje tutaj jak na przysłowiowym Uralu, a nie ma gdzie się schować. Po chwilowym odpoczynku ruszamy eksponowanym odcinkiem na szczyt. Ostatnie 100 metrów to niezapomniane wrażenia – ostrzem grani z widokami na obie strony Komunizmu razem z Jurkiem dochodzimy do szczytu. Nie mamy wątpliwości, że jesteśmy na najwyższym szczycie w okolicy – piękna pogoda pozwala podziwiać widoki nie gorsze niż w Himalajach! Szybko zaczynamy schodzić, bo tradycyjnie nadchodzą popołudniowe chmury. Śnieg już rozmiękł trochę i nie trzyma tak dobrze. W dolnej części ściany robi się wyjątkowo nieprzyjemnie – lód, skała i roztopiony śnieg na stromym zejściu to niebezpieczna mieszanka. Ostatecznie około 15-stej docieramy do naszego namiotu. Kolejnego dnia schodzimy do bazy. Spotykamy kilku naszych kolegów podchodzących na szczyt; przekazujemy im nasze wskazówki i spostrzeżenia, zostawiamy zapasy gazu, kurtkę puchową. Wieczorem 16 sierpnia sam dochodzę do bazy (Jurek nocuje na 5300 i schodzi dzień później) kończąc czterodniową akcje górską. Następnego dnia z pierwszą grupą odlatuję helikopterem z bazy.

Podsumowując, wyprawa odniosła duży sukces – pomimo bardzo licznej grupy nie było dramatycznych sytuacji, wiele osób ustanowiło swoje rekordy wysokości (oby tak dalej!), a mi i Jurkowi pozostała satysfakcja, że mogliśmy innych wspierać w ich pierwszych wysokogórskich doświadczeniach.

Wszystkim warto polecić Pamir Zachodni: himalajskie wysokości, w miarę stabilna pogoda, morze szczytów oraz wschodnia gościnność – to tylko najważniejsze argumenty, które przemawiają za tym wyborem.

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.