O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2005 – Mount Everest (8848 m), Tybet

5 czerwca 2010 Marcin Miotk jako pierwszy Polak zdobył samotnie Mount Everest bez używania dodatkowego tlenu.

 

Chyba nie tylko mnie fascynuje to co NAJ. Kolarze marzą o udziale w Tour de France, dla żeglarza Przylądek Horn to miejsce, gdzie umiejętności szybko są weryfikowane. Chyba każdy, którego pasją są góry wysokie marzy o Evereście. Nie ma drugiej takiej góry, która wzbudza tyle emocji, zainteresowania.

 

POLSKIE ŚLADY

Polacy zapisali się w historii zdobywania Everestu. Pierwszym Polakiem na szczycie Everestu była Wanda Rutkiewicz, zdobyła go jako pierwsza Europejka i trzecia kobieta na świecie 16 października 1978 roku. Dla przypomnienia w ten sam dzień Karol Wojtyła został papieżem. Zimą 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, członkowie ekspedycji pod kierownictwem Andrzeja Zawady, dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt. Latem tego samego roku Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok weszli na szczyt nową drogą: południowym filarem ściany południowo zachodniej. W 1989 roku Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak weszli na szczyt trudnym Zachodnim Żebrem. Wyprawa ta jednak zakończyła się największą polską tragedią na Evereście – w zejściu w lawinie zginęło sześciu Polaków. Do wiosny 2005 roku tylko trzynastu Polaków stanęło na szczycie Mount Everestu. Wszystkie wejścia odbyły się przy użyciu dodatkowego tlenu.

GDZIE TA POGODA?

Do bazy pod Everestem od strony tybetańskiej udałem się wprost po zakończonej wyprawie na Annapurnę. Mimo, że nie udało się nam zdobyć szczytu, humor mi dopisywał. Byłem zdrowy, dobrze zaaklimatyzowany, a parę dni spędzonych w dolinach tylko korzystnie wpłynęło na moje samopoczucie. Byłem tylko pod presją czasu. W bazie wysuniętej (Advanced Base Camp – ABC) na wysokości 6400 m npm pojawiłem się dopiero 23 maja. W normalnym everestowskim roku byłoby za późno – ale to nie był normalny rok na stokach najwyższej góry świata. Huraganowe wiatry bardzo spowalniały postępy w zakładaniu kolejnych obozów i ubezpieczaniu najtrudniejszych odcinków drogi. Pierwsze wejście miało miejsce dopiero 21 maja i było to najpóźniejsze pierwsze wejście wiosenne od 45 lat! Jednak huraganowy wiatr i ujemne temperatury poniżej 40 stopni Celsjusza spowodowały, że ludzie się mocno poodmrażali, a Słoweński alpinista został na zawsze na stokach Everestu. Tegoroczne warunki były na tyle dokuczliwe, że większość wypraw, która miała w planach ambitniejsze plany wejścia na Everest innymi drogami (np. Kuluarem Nortona) zrezygnowała ze swoich planów i przerzuciła się na drogę normalną od strony tybetańskiej. Ja uczyniłem podobnie.

„Prognoza pogody” – ta fraza najczęściej padała w dyskusjach w bazie. Prognoz pogody było kilka – każda oczywiście najlepsza. Ich cecha wspólną była ich ogólność, zgodnie z hasłem: „ jutro będzie piękna pogoda, no chyba, że będzie huraganowy wiatr i zacznie padać”. Co gorsza różne prognozy pogody wcale się nie zgadzały. Jeśli już nawet pojawił się promyk nadziei na dobrą pogodę za kilka dni, to im bliżej było upragnionego dnia, tym gorsze prognozy nadchodziły. Tak już było ponad 50 dni! Baza pustoszała więc z dnia na dzień – niektórzy po prostu mieli już dosyć zimna, przenikliwego wiatru, jedzenia z puszki i beznadziejnej prognozy pogody. Pakowali rzeczy i uciekali w doliny. Zostali najbardziej wytrwali, mający wystarczające zapasy oraz ci, którym nie kończyła się ważność chińskiej wizy. Wszyscy czekali na nadejście monsunu, bo zawsze przed jego nadejściem na kilka dni poprawia się pogoda.

ODWRÓT

Wreszcie 25 maja pojawiła się nadzieja, że pierwszy dzień czerwca może być tym upragnionym dniem ataku szczytowego. Wszyscy zaczęli szybko przygotowywać się do wyjścia, bo jeśli nie teraz to kiedy? – przecież zaraz mamy czerwiec! Duże wyprawy komercyjne wręcz ustaliły dzienny harmonogram wejść, aby nie spowodować ogromnego zatoru przed Second Stepem (8600 m npm) – progiem skalnym, którego pokonanie otwiera drogę na szczyt. Rankiem 29 maja wyruszam do obozu pierwszego położonego na Przełęczy Północnej na wysokości 7000 m npm. Droga wiedzie początkowo moreną boczną lodowca – podziwiać można bardzo ciekawe formy lodowe – wyrzeźbione przez słońce i suchy tybetański wiatr. Następnie schodzę na duże lodowe plateau, którym podchodzę w kierunku podstawy Przełęczy Północnej. Odtąd droga pnie się stromo w górę pomiędzy szczelinami i złowieszczo przewieszonymi serakami. Serce bije coraz mocniej, odpoczynki robię coraz dłuższe – jeszcze tylko dwa lodowe spiętrzenia i za krawędzią wyłaniają się namioty obozu pierwszego. Szybko wskakuje do namiotu i zabieram się za gotowanie, gotowanie, gotowanie…..

Noc minęła spokojnie i następnego dnia razem z dwoma zaprzyjaźnionymi wcześniej Austriakami ruszyliśmy w kierunku obozu II położonego na wysokości 7900 m npm. Ten z pozoru łatwy odcinek drogi, narażony jest na huraganowe podmuchy wiatru, które przewalają się przez Przełęcz Północną. Zdarzały się już niejednokrotnie śmiertelne przypadki zdmuchnięcia alpinistów do podstawy przełęczy. Nam również wiatr pokazał swoje umiejętności. Porozumiewamy się na migi, bo trudno przekrzyczeć tą wichurę. Idziemy bardzo wolno, albo się nam tylko tak wydaje, bo doganiamy coraz to nowe grupki alpinistów. Nocleg w dwójce przebiega w wesołej atmosferze, gotujemy na zmianę zupki i herbatę. Niepokoi nas tylko coraz silniejszy wiatr – gdzie ta poprawa pogody? Rankiem, pomimo nieustającego wycia wichury, postanawiamy wyjść w kierunku obozu III (8350 m npm).  Wiatr wręcz uniemożliwia stawianie kolejnych kroków. Co ja tu robię? – myślę sobie. Z góry schodzą jacyś ludzie – rozpoznajemy znajomego przewodnika z Nowej Zelandii. Próbował dzisiaj z klientami zaatakować szczyt. Szybko jednak zawrócili z powodu huraganowego wiatru. Dziwi się, że my w takiej wichurze wchodzimy bez tlenu. Robimy z Austriakami krótką naradę. Co robić dalej? Austriacy koniecznie chcą napierać w kierunku trojki – tam maja tlen. Ja postanawiam schodzić do obozu II – to nie jest pogoda na wejście bez tlenu – ryzyko odmrożeń jest zbyt duże.

WYSOKO, WYŻEJ…

Na moje szczęście pogoda zaczęła się poprawiać – nadchodził monsun – wzrosła temperatura oraz zmalała siła wiatru. W bazie wysuniętej odpocząłem dwa dni i 3 czerwca rankiem tym razem już zupełnie samotnie ruszyłem do góry – bezpośrednio z bazy do obozu II. Na drodze spotykam tylko 2 Szerpów schodzących z ładunkiem na dół. To już zupełna końcówka sezonu. Dochodzę do obozu, otwieram namiot, a tam….. jakby huragan przeszedł przez namiot – nie ma śpiwora, spodni, kurtki z windstopera, gogli, czapki, rękawic i co najgorsza latarki. Nie mam wątpliwości – mój namiot został okradziony. To już druga kradzież w moim namiocie – wcześniej straciłem nową kurtkę z gore-texu w obozie I. Jednak tym razem straty są bardziej bolesne, bo zdarzyły się podczas ataku szczytowego. Co dalej? Co robić? Sąsiednie namioty wyglądają na puste. Zaglądam do nich. Są śpiwory. Pożyczam śpiwór na noc. Rano oczywiście oddaję. Zaczynam szybko gotować, póki jest jasno. Brak latarki jest znacznym utrudnieniem.

Rankiem mam psychicznego kaca po utracie sprzętu. Staram się myśleć pozytywnie i w takim nastroju wyruszam do obozu III. Wiatr jest znacznie mniejszy niż kilka dni temu. Idzie mi się bardzo dobrze. Droga prowadzi w większości terenem skalnym. Poruszanie się w takim terenie w rakach jest bardzo uciążliwe – jednak nie ma sensu ich zdejmować, ponieważ co jakiś czas napotykam krótkie odcinki lodowe. Z góry schodzi sporo ludzi, prawie wszyscy w maskach tlenowych. Próbuje wyprosić u kogoś latarkę – niestety bezskutecznie, każdy argumentuje, że może mu się jeszcze przydać. Do trójki docieram ok. 17stej. Znajduję namiot pozostawiony mi przez moich Austriackich kolegów. Jest tam śpiwór, karimata. Najbardziej dokuczliwy jest brak latarki, moje skradzione ubranie też by się przydało, bo mam na sobie tylko lekki kombinezon puchowy. Większość ludzi  wychodzi na szczyt ok. dwunastej w nocy, aby w okolicach ósmej rano zameldować się na szczycie i szybko zejść do trójki lub najlepiej do dwójki. Ja ze względu na brak oświetlenia postanawiam wyjść ok. 5 rano. Dodatkowo będzie już słońce, co przy moim skromnym ubraniu powinno pomóc.

 

KIERUNEK SZCZYT

Nocleg na wysokości 8350 m n.p.m. do przyjemnych nie należy – mimo to czuję się rano przyzwoicie. Pomimo braki latarki, wstaje jeszcze w ciemnościach. Zapalam gaz, wrzucam do menażki trochę lodu i zaczynam gotować. Teraz kolej na ubranie. Jedne skarpetki – odpoczynek, odpoczynek, zbieranie sił – drugie skarpetki. Podobnie z butami, rakami. „Jak ja dam radę tam wejść jeśli po założeniu buta sapię jak lokomotywa??” – myślę sobie. Wreszcie przed 5 rano robi się jasno. Wychodzę z namiotu. W obozie grobowa cisza – wszyscy wyszli do góry około północy. Idę sam, wokół mnie nie ma nikogo. Czuje się cudownie – tylko ja i Everest. Żadnych ułatwień – tlenu, Szerpów, innych zespołów. Każdy krok wymaga mobilizacji. Kusi mnie aby po każdym kroku zrobić odpoczynek. Odpędzam od siebie te myśli. Powoli zaczynam przechodzić na system dziesiętny: 1 krok ,2 krok,3….10. Gdy to nie pomaga celem jest jakiś kamień, skała – oby tylko wyżej i szybciej.  Dochodzę do „Second Stepu” – nie ma tu nikogo. Skalny próg robi wrażenie – wpinam się w wiszące liny poręczowe. Są ich dziesiątki – nie ma czasu na analizę, która nowa, a która sprzed dziesięciu lat. Ruszam – teraz już po każdym kroku odpoczywam – nie mogę inaczej – serce bije jak dzwon, brakuje oddechu. Dochodzę do chińskiej, aluminiowej drabiny w górnej partii Second Stepu – nowa drabina jest jednak znacznym ułatwieniem. Wyobrażam sobie Mallorego i Irvina walczących na Second Stepie – widząc stromą, gładką ściankę – jakoś ciężko mi uwierzyć żeby byli ja w stanie pokonać. Wreszcie wychodzę powyżej Second Stepu. Mija szósta godzina od wyjścia z obozu III. Spotykam pierwszych ludzi schodzących tego dnia ze szczytu – niektórzy odradzają mi dalsza wspinaczkę wiatr jest zbyt silny, no i jest już późno. Decyduję się iść wyżej – pogoda jest stabilna, wiatr może ucichnie. Szczyt jest na wyciagnięcie ręki – „to może najwyżej godzina” – dodaję sobie otuchy. Gdy podchodzę w okolice szczytu wiatr jest coraz słabszy. Pogoda dopisuje. Jeszcze ostatnie, nieubezpieczone pole śnieżne i widzę kolorowe chorągiewki – to musi być szczyt!! Ostatnie metry dłużą się mi strasznie. Jeszcze krok, jeszcze jeden i staje na wysokości swojego marzenia – 8850!! Jestem zupełnie sam na szczycie świata. Chce mi się krzyczeć, ale nie mam sił. Rozpoznaje znajome sylwetki szczytów: Makalu, Cho Oyu, Lhotse. Zabieram spod szczytu pamiątkowy kamień i zaczynam powoli schodzić. Do obozu III docieram już prawie w ciemnościach.

ZACHOWAĆ SWÓJ STYL

Każdy ma inny styl. Mój styl polegał na tym, aby wejść jak najbardziej sportowo – bez tlenu, bez pomocy Szerpów i samotnie (w stopniu, w jakim to na Evereście możliwe). W mediach najbardziej oczywiście przebił się fakt, że było to pierwsze polskie wejście bez tlenu. Bez tlenu oczywiście było bardzo ciężko – bardziej chyba psychicznie niż fizycznie. Największą jednak trudnością okazał się fakt, że wchodziłem sam. Sam z bazy na szczyt i sam z powrotem. Sam w namiocie, sam w drodze. Był to koniec sezonu (zostałem ostatnim zdobywca Everestu w sezonie wiosennym 2005), więc na Evereście było niewiele ludzi i udało mi się większość drogi na szczyt odbyć samotnie. Wymagało to niesłychanie silnej woli, szczególnie podczas noclegów w namiocie – nie było kogoś, kto pomoże ugotować herbatę, kogoś, kto zmobilizuje, z kim można podzielić się gotowaniem posiłku, kto pomoże w razie zdrowotnej niedyspozycji. Wszystko sam. Wejście się udało i jestem bardzo szczęśliwy, że moje marzenie stało się faktem. Mam swój Everest, a Polacy mają pierwsze wejście na Everest bez dodatkowego tlenu.

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.