O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2005 – Annapurna (8091 m) – droga Boningtona

 

Annapurna z wysokością 8091 m npm jest dziesiątym najwyższym szczytem świata. Zdobyta została po raz pierwszy 3 czerwca 1950 roku przez Francuzów Maurice'a Herzoga i Louisa Lachenala. Pierwszego polskiego wejścia na Annapurnę dokonali 3 lutego 1987 roku Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka. Było to jednocześnie pierwsze zimowe wejście. Ten położony we wschodnim Nepalu masyw charakteryzuje się specyficzną pogodą; duże opady śniegu w wyższych partiach góry powodują, że akcja górska toczy się na tej górze powoli. Na szczyt prowadzą dwie główne drogi: od strony północnej (łatwiejsza, ale bardziej niebezpieczna ze względu na duże zagrożenie lawinowe) i od strony południowej (od strony Sanktuarium Annapurny – droga znacznie trudniejsza, ale poprzez swoją stromiznę bardziej bezpieczna – lawiny schodzą tam małe, głównie pyłowe. Nie ma na Annapurnę więc łatwej i bezpiecznej drogi. Wszystko to powoduje, że do tej pory na Annapurnie stanęło tylko 139 wspinaczy, w tym 8 z Polski.

Nasza wyprawa objęła sobie za cel południową ścianę pokonaną po raz pierwszy przez wielką wyprawę Chrisa Boningtona w 1970 roku.

SILNI, ZWARCI, GOTOWI

Od tamtej pory nikt nie odważył się zaatakować tej dostojnej, wysokiej na 4 kilometry ściany w tak śmiałym stylu, na jaki my się odważyliśmy. Tylko czterech wspinaczy - dwójka doświadczonych lisów (Piotr Pustelnik zwany Kierownikiem i Słowak Vlado Strba) oraz dwójka młodych wilków (Marcin Miotk i Piotr Morawski). Towarzyszyli nam dwaj Szerpowie wysokogórscy: Nawang i Rita - jednak ich działalność ograniczała się tylko do transportu lin oraz wyżywienia. Nie kreowali oni akcji górskiej. W bazie nad zdrowiem wszystkich czuwał lekarz Alek Waśniowski. W zeszłym roku na tej samej ścianie Kierownik dowodził 8-osobową ekipa wspinaczy i również dwójką Szerpow, która doszła do wysokości ok. 7200 m n.p.m. Pytanie „Czy my w czwórkę mamy prawo zajść wyżej?" wydawało się jak najbardziej uzasadnione. Dla mnie było oczywiste, że tak, bo przecież nie tylko w alpinizmie wiadomo, że nie zawsze w ilości tkwi największa siła.

Ważną rzeczą na początku wyprawy był podział naszej czwórki na dwa zespoły w taki sposób, by postępy w ścianie były jak największe i odbywały się w stosunkowo szybkim tempie. Kierownik wybrał wariant młodość + doświadczenie, czyli Ja z Vlado oraz Piotrek z Kierownikiem. Wcześniej miałem wrażenie że opcja decydującą będzie Dynamit razem, Siła spokoju razem. O tym które ustawienie byłoby lepsze można prowadzić długie dyskusje. To tak jak z ustawieniami w piłce nożnej. Każdy trener ma swoje. Póki się wygrywa - jest ono na pewno najlepsze. Podobnie u nas, taktykę weryfikowała i oceniała Pani ANNApurna



JEDYNKA - NASZA ZMORA...


W bazie głównej na wysokości 4200 m n.p.m. pojawiliśmy się 1 kwietnia i od razu zabraliśmy się do ostrej pracy. Po kilku dniach mieliśmy już bazę wysuniętą na wysokości 4950 m n.p.m. Wydawało się ze jedynkę założymy z przysłowiowego marszu. Praca w ścianie miała swój założony podział: jedna dwójka poręczuje, druga zabezpiecza transport lin. Po kilku dniach pewni swego wyszliśmy do góry celem założenia jedynki. Po drodze mieliśmy jeszcze zgarnąć depozyt dwóch namiotów zostawionych kilka dni temu przez zespól Kierownika. Niestety namioty skrzętnie przykryła lawina. Cały dzień kopania w lawinisku nie przyniósł rezultatu. Czas i siły uciekały. 14 kwietnia jednak wszystko wskazywało że jedynka musi stanąć…

Wyruszyliśmy w górę pełni optymizmu. Wiedzieliśmy, że czeka nas dużo pracy - założone wcześniej poręczówki są przykryte półmetrową warstwą śniegu, spod którego trzeba będzie je wyrywać. Do tego oczywiście dochodziło torowanie. Dosyć szybko dotarliśmy do miejsca, do którego wcześniej Kierownik i Piotr założyli wcześniej poręczówki. Teraz zaczęliśmy poręczować w kierunki miejsca Obozu 1. Na czat lekki trawers przez żleb, a potem prosto do góry drugim żlebem. I tak tez się stało. Piotr pomknął do góry najbardziej logicznym żlebem. W międzyczasie jak to najczęściej po południu bywało zepsuła się pogoda-przyszla mgła i opad śniegu. Mogliśmy się komunikować tylko za pomocą radiotelefonów. Z dołu doszli Kierownik i Vlado i stwierdzili, że droga do 'jedynki' biegnie innym, bocznym kuluarem. Piotr wiec szybko zszedł z góry pierwszego kuluaru i zaczęliśmy poręczować w kierunku drugiego. Śnieg padał coraz mocniej, zrobiło się bardzo zimno. Kuluar miał ok 250 metrów wysokości. Po trzech godzinach dotarliśmy na jego szczyt i okazało się, że .... to nie ten kuluar, bo nie ma tutaj miejsca na postawienie namiotu - tak to wyglądało bynajmniej we mgle. Kierownik stwierdził, że teraz na pewno właściwym kuluarem będzie ten pierwszy, ten który zaczęliśmy poręczować na początku. Szybko wiec zeszliśmy na dół do miejsca złączenia dwóch kuluarów i jako pierwszy ruszyłem w górę z liną poręczową. W międzyczasie śniegu napadało 15-20 cm i zrobiło się duże zagrożenie lawinowe, ponieważ kuluar był stromy. Gdy byłem ok 50 metrów od wierzchołka kuluaru była juz 6.40, czyli za 20 minut zaczynał się zmrok. Mimo wszystko nalegałem, aby przeć do góry, bo może za granią kuluaru znajdziemy platformę na namiot. Zrobiło się ciemno, wyciągnęliśmy latarki było jeszcze zimniej. Cale ciało trzęsło się w drgawkach od zimna. Stromizna kuluaru nie pozwalała nawet na dobre ubranie się. W końcu po ciemku dotarliśmy do szczytu kuluaru - kierownik na lekko poszedł na zwiady i okazało się, że nie widać platformy na namiot - jednak jak było naprawdę ciężko powiedzieć - latarka po ciemku i podczas opadu śniegu nie pozwala na dokładną ocenę terenu. Co teraz robić? Jest ciemno, zimno pada śnieg, jest 20.30. Mamy dwie opcje - wykopać małą platformę na grani kuluaru w szczelinie lodowca lub schodzić na dół do naszej platformy z zeszłej nocy. Jako bezpieczniejsza, acz bardziej meczącą była druga opcja, którą szybko wybraliśmy. Byliśmy potwornie zmarznięci, krańcowo wyczerpani całodzienną akcją, wiec musieliśmy bardzo uważać podczas schodzenia. Dotarliśmy do bezpiecznego miejsca ok 22giej, resztką sił rozbiliśmy namiot i zagotowaliśmy herbatę. A potem każdy usnął kamiennym snem.

Jedynkę w ostateczności założyli dzień później Szerpowie na wysokości 6050 m npm. Myliłby się jednak ten, który by myślał ze jedynka została opanowana - 20 kwietnia podczas pierwszego wyjścia na nocleg do jedynki spotkała nas również „przygoda". Wyczerpani po pokonaniu 1100 metrów przewyższenia dowiadujemy się od Szerpow, że w jedynce nie ma dla nas niestety pożywienia - zostawili oni depozyt niżej, gdyż tak podobno zostało to uzgodnione. Na szczęście dzięki moim „szturmowym zapasom” (rodzynkom, suchej „osobistej" kiełbasie i płynowi izotonicznemu) udaje się nam w trójkę wytrzymać jeden dzien. Ale ślad w organizmie zapewne został.

WALKA O NAMIOT

Trzecia noc w dwójce zapowiadała się bardzo dobrze. Wreszcie powinienem dobrze spać - głowa już nie bolała, samopoczucie bardzo dobre. W śpiworze posłuchałem sobie jeszcze muzyki na dobranoc. Nagle namiotem targnął wiatr - z początku nieśmiałe, a potem coraz gwałtowniej i gwałtowniej. Było to o tyle dziwne, że do tej pory prawie wcale nie było wiatrów - owszem gdzieś wysoko na grani było widać pióropusz zwiewanego śniegu, ale to wszystko. Początkowo wichura ta nie za bardzo mnie zmartwiła, ponieważ już nie jedną w górach przeżyłem - zawsze się na strachu kończyło. Było tylko małe „ale” tym razem: byłem sam w namiocie co znacznie zmniejszało jego obciążenie, po drugie namiot mój nie był dobrze przymocowany bo miał być wymieniony, po trzecie jego stabilność zmniejszał brak jednej tyczki mocującej.

Wycie wiatru wykluczało sen, ale akurat teraz sen nie był moim największym zmartwieniem - balem się czy mój namiot wytrzyma tą wichurę. Wiatr szarpał namiotem coraz bardziej - w pewnym momencie zaczął już podnosić cześć namiotu, która była wolna. To przeważyło szale - zdecydowałem się wyjść z ciepłego śpiwora na zewnątrz i umocować namiot. Pierwsze otworzenie zamka namiotu było przykrą niespodzianką - podmuch śniegu wtargnął do namiotu zostawiając biały puch na wszystkim. Drugie podejście było już skuteczniejsze - byłem w środku himalajskiej zawieruchy. Chwyciłem za łopatę i zacząłem obsypywać namiot śniegiem, aby zwiększyć jego przywiązanie z podłożem. Chwyciłem też trzy stumetrowe zwoje lin poręczowych i umocowałem nimi wejście do namiotu - newralgiczne miejsce, bo właśnie od wejścia wiał wiatr  i próbował wtargnąć do środka namiotu. Ze zmarzniętymi rękoma wpełzałem z powrotem do namiotu - a tam wszystko mokre było od śniegu. Wiatr ani myślał przestawać - teraz już tylko czułem się bezpieczniej, czułem się równorzędnym przeciwnikiem dla wichury. Wsłuchując się w dmuchy wiatru doczekałem rana, kiedy to wichura odeszła bez pożegnania.



VLADO -  ZDROWIE PILNIE POTRZEBNE...


Vlado niestety nie dociera z nami do jedynki. Zawraca do bazy wysuniętej, a potem schodzi do bazy. Problemy z żołądkiem powodują ze nie ma sił do dalszej wspinaczki. To jest niestety początek końca mojego zespołu na tej wyprawie. Działam sam - można powiedzieć na doczepkę do Kierownika i Piotrka. Faktem jest, że w ścianie pracuje tylko jedna trzyosobowa grupa - jeśli schodzi ona do bazy w ścianie nic się nie dzieje, za wyjątkiem tego, że drogę zasypuje śnieg, no i za każdym następnym wyjściem po paru dniach, drogę trzeba torować od nowa. Następne wyjście potwierdza chorobę Vlada, który podczas całej wyprawy spędził tylko 3 dni powyżej bazy wysuniętej. Szkoda, bo starał się, chciał, jednak zdrowie nie pozwoliło.

OBÓZ DRUGI – SERAK, MOJ PRZYJACIELU...


Początek maja to walka o założenie obozu drugiego. Piotr poręczuje z pasją kolejne metry drogi w kierunku obozu drugiego. 5 maja wychodzimy razem z Kierownikiem i Piotrem, obładowani jak wielbłądy, ze sprzętem potrzebnym do założenia dwójki. Po południu w pięknej pogodzie wychodzimy na wielkie śnieżne pole. W jego górnych partiach przejmuję torowanie w głębokim po pas śniegu, podchodzę pod wielki śnieżny serak i zrzucam ciężki plecak z namiotem. Oznajmiam z dumą przez radiotelefon: baza, baza - mamy dwójkę. Altimetr wskazuje 6900 m n.p.m. Po chwili dochodzi Piotr, a potem Kierownik. Następnego dnia poreczujemy jeszcze wyżej, aż do wysokości 7100 m n.p.m. i w dobrych nastrojach schodzimy do bazy na odpoczynek.


OBÓZ TRZECI – GDZIE JEST PLATFORMA!


Doskonale zdajemy sobie sprawę, że to będzie nasze ostatnie wyjście do góry, dlatego dobrze się do niego przygotowujemy. W dobrych nastrojach docieramy do dwójki: mamy dwa zespoły: Vlado zastąpił Szerpa Rita, który wydaje się bardzo mocny. Wspólnie ustalamy plan ataku szczytowego - wiemy, że będzie to jedna szansa, że na drugą nie starczy nam po prostu sił. Atak szczytowy ma być dwudniowy - pierwszego dnia jedna dwójka poręczuje, druga transportuje dodatkowe liny i namiot szturmowy, który po postawieniu powyżej bariery skalnej będzie baza wypadowa do ataku na szczyt w dniu drugim. Nadchodzi 15 maja - najważniejszy dzień wyprawy.
Pierwsza dwójka niestety wychodzi półtorej godziny po ustalonym wcześniej terminie. Ja wychodzę z Rita z namiotem, jedzeniem, linami godzinę po kolegach. Szybko jednak doganiamy pierwszy zespół, teren jest trudny, poręczowanie idzie wolno. Na każdej poręczy czekamy z Rita długi czas. Mogę powiedzieć - więcej czekamy niż idziemy do góry. Trzęsę się tak z zimna, że nie wiem już co mam ze sobą zrobić. Mija dwunasta godzina od wyjścia z dwójki - jest noc, wysokość ok. 7400 m n.p.m., dokucza potworne zimno, platformy nigdzie nie widać. Kierownik podejmuje rozsądną decyzje o odwrocie. Docieram przed pierwszą w nocy do namiotu, nie mam nawet sił nic ugotować, w śpiworze cały się trzęsę. Zdaje sobie sprawę, ze atak szczytowy się nie udał i na drugi nie mam już sil.



BRAKUJE JUŻ Z SIŁ...


Następnego dnia budzę się lekko otępiały, informuje lekarza o moim słabym samopoczuciu - mówię, że jestem wymarznięty i bez sił. Przez namiot dowiaduję się od Kierownika i Piotra, że rozważają oni jutro jeszcze raz wyjść do góry - nie podzielam ich entuzjazmu, co do skuteczności takiego wyjścia - jestem po prostu bez sił. Zdaje sobie sprawę, ze jestem zmęczony, a przecież oprócz wejścia na szczyt - trzeba z niego jeszcze zejść, a na to na pewno nie miałbym już sił. 4 kilometry zjazdów po poręczach wymagają sil i trzeźwości, których może po jeszcze jednym wyjściu w górę zabraknąć. 17 maja rankiem ostatecznie informuję Kierownika, że chcę schodzić na dół. Rita również nie czuje się najlepiej i ma ochotę schodzić. Piotr przekonuje go jednak, aby został w namiocie jako zabezpieczenie ich wyjścia do góry. W takim razie, bardzo osłabiony, musze schodzić 3 kilometry w pionie sam, by drugi zespół mógł wyjść do góry i mieć kogoś do pomocy w dwójce w razie problemów. Nie protestuje. Po 15 godzinach samotnych zjazdów, wychodzenia ze szczelin, upadków na lodowcu melduje się bazie. Na lodowcu towarzyszy i pomaga mi doktor, któremu chciałbym bardzo za to podziękować. W bazie odzyskuje siły i następnego dnia czeka mnie zejście jeszcze niżej, w kierunku cywilizacji, a ściślej - w kierunku bazy pod Everestem.



BYŁO WARTO


Dla mnie o niepowodzeniu nie może być mowy. Była to wielka duchem wyprawa, która do ostatnich chwil parła do góry. Ludzie, z którymi dane było mi się wspinać to również wielki atut tej wyprawy - nie było sprzeczek, kłótni, była wspólna walka i determinacja w walce o szczyt. W tak małym zespole było to szczególnie ważne, ze wszyscy sobie pomagali, wszyscy cieszyli się każdym pokonanym metrem ściany, wszyscy rwali się do pracy w ścianie. A że nie wyszło? To nie wstyd. To wielka poważna himalajska ściana. Pani ANNApurna po prostu oceniła nas dostatecznie. Musimy się jeszcze podciągnąć... tak z 700 metrów wyżej.

k2-banner

pantera