O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2004 – Pik Pobiedy (7439 m), Tien Shan

 

15 sierpnia 2004 r. w czternastym dniu od rozpoczęcia akcji górskiej zespół w składzie Marcin Miotk (KW Warszawa) i Jacek Teler (Pamir) osiągnęli główny wierzchołek Piku Pobiedy (7439 m n.p.m.) uznawanego za jeden z najtrudniejszych siedmiotysięczników świata. Tego trzeciego polskiego wejścia dokonali w stylu alpejskim (szybki atak na górę bez zakładania poprzednio obozów) drogą prowadzącą przez Pobiedę Zachodnią (6918 m n.p.m.).

Pik Pobiedy w sezonie 2004, niezależnie od siebie atakowały cztery polskie grupy. Dwie z nich : "Bergson Tien-Shan Expedition" (Kinga Baranowska, Krzysztof Borkowski, Marcin Miotk) oraz "Pamir" (Paweł Roherych, Jarosław Żurawski, Jacek Teler) już na etapie obozu bazowego połączyły siły – jak widać z dobrym skutkiem. Warto podkreślić, że drugim sukcesem wyprawy było zdobycie Pobiedy Zachodniej z noclegiem na wierzchołku przez Pawła Roherycha i Jarosława Żurawskiego.

HISTORIA - NIE DO WIARY

 

 

Masyw Pobiedy zrobił na mnie duże wrażenie podczas wyprawy na Chan Tengri w 2002 roku: potężny mur skalny zamknięty dwoma basztami można było porównać do warownej, niezdobytej twierdzy. Natomiast pióropusz śniegu zwiewany z głównego wierzchołka kojarzył się Everestem. Po powrocie do domu przestudiowałem historię i topografię góry, która tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to będzie cel kolejnej wyprawy. Pik Pobiedy oferuje trudności porównywalne z Himalajami, a koszt wyprawy jest zdecydowanie niższy.

Pik Pobiedy – 7439 m n.p.m. – to najwyższy szczyt Tien-Shanu. Pasmo to – znane również pod nazwą „Niebiańskich Gór” – stanowi najbardziej na północ wysunięty wielki łańcuch górski Azji, ciągnący się przez około 2500 km na terytoriach Kazachstanu, Kirgizji i Chin. Przez długi czas, głównie ze względów politycznych, niechętnie wpuszczano do Tien-Shanu obcokrajowców. Dopiero zmiany ustrojowe na początku lat dziewięćdziesiątych spowodowały, że Góry Niebiańskie stały się terenem działań alpinistów z całego świata. Mimo to jest to pasmo ciągle jeszcze mało znane, o dużych możliwościach eksploracji.

Pik Pobiedy zauważono przy okazji zdobywania innego strzelistego siedmiotysięcznika – Chan Tengri- w latach 30-tych XX wieku, jednakże dopiero ponad 10 lat później, w 1943 r. zdołano go zmierzyć (7439 m n.p.m.) i nazwać. W epoce bitew o Stalingrad i Leningrad nie powinna dziwić nazwa - Pik Pobiedy (z rosyjskiego: Góra Zwycięstwa). Górę próbowano zdobywać już w latach 30-tych (np. wyprawa L. Gutmana z 1938 r.), lecz sukces odniosła dopiero w 1956 roku narodowa wyprawa rosyjska pod kierownictwem Witalija Abałakowa. Pobieda zasłynęła niesłychanymi trudnościami technicznymi (większość dróg osiąga ostatni stopień w skali rosyjskiej - zostały poprowadzone dopiero w latach 80/90).                                                                     Oprócz trudności technicznych Pobieda „oferuje” specyficzną pogodę, której odpowiednikiem w języku ludzi morza byłby warunki panujące wokół przylądka Horn. Leży ona, bowiem na styku ogromnych lodowców pasma Tien-Shan (m.in. drugi co do wielkości lodowiec górski – Inylczek Południowy) i jeszcze większych obszarów chińskiej pustyni Takla Makan. Tak specyficzne położenie sprawia, że na tym terenie powstają huraganowe wiatry - widoczne dzięki pióropuszowi śniegu zwiewanemu z grani szczytowej w nieliczne dni bezchmurnej pogody. Wszystko to składa się na legendę Piku Pobiedy funkcjonującą w środowisku wspinaczy wschodu: Nie ważne czy byłeś na Evereście - powiedz czy wszedłeś na Pik Pobiedy. Do dzisiaj góra straszy swoja statystyką: na ok. 200 zdobywców przypada ok. 100 ofiar i często zdarzają się sezony bez wejść szczytowych.       

        

PUSTYNIA TAKLA MAKAN – rozległa pustynia w zachodnich Chinach w centralnej części Kotliny Kaszgarskiej, granicząca z pustynią Gobi. Zajmuje powierzchnię równą obszarowi Włoch. Średnia wysokość to ok. 800-900 m n.p.m. Podobno nazwę "Takla Makan" tłumaczy się: "możesz wejść, ale nie możesz wyjść".

POLSKIE DROGI

 

Polacy podobnie jak większość „innostrańców” pojawili się pod Pobiedą dopiero w latach 90-tych. W roku 1994 roku górę atakowała wyprawa z Katowic. Pierwszego polskiego wejścia dokonała wyprawa poznańska po kierownictwem Jarosława Żurawskiego w 1995 roku. Na szczyt weszli Zbigniew Trzmiel oraz Andrzej Dutkiewicz. W następnych kilku latach Pobiedę atakowały mniejsze wyprawy. Jedna z nich zakończyła się sukcesem: w 2002 roku Marcin Kaczkan samotnie zdobył szczyt. W sezonie 2004 Pik Pobiedy niezależnie od siebie atakowały cztery polskie grupy. Dwie z nich: "Bergson Tien-Shan 2004 Expedition" (Kinga Baranowska, Krzysztof Borkowski, Marcin Miotk) oraz "Pamir" (Paweł Roherych, Jarosław Żurawski, Jacek Teler) już na etapie obozu bazowego połączyły siły w zmaganiach z Górą Zwycięstwa. Celem było dokonanie trzeciego polskiego wejścia, pierwszego w stylu alpejskim. Wybraliśmy drogę autorstwa Medzmarishvilego, prowadzącą przez Przełęcz Dziki i Pobiedę Zachodnią (6918 m n.p.m.), która została wytyczona w 1961 roku.

ORIENT EXPRESS

 

Główną naszą obawą był czas, a właściwie jego brak. Na całą wyprawę mieliśmy 21 dni. Biorąc pod uwagę, że dwa poprzednie polskie wejścia trwały 60 dni (Chan Tengri i Pobieda) oraz 40 dni, to czasu naprawdę mieliśmy niewiele. Pierwszym celem było jak najszybsze dotarcie na lodowiec Inylczek Południowy.

Jak zwykle większość zaopatrzenia wzięliśmy z Polski, aby nie tracić na miejscu czasu na kompletowanie jedzenia. Na lotnisko dotarliśmy trochę spóźnieni, ale już przebrani w skorupy, gore-tex’y i inne wdzianka „typowe” dla 30-stopniowego upału lipcowego poranka. Udaje się nam przekonać pracowników Aeroflotu, że 21 kilo naszego nadbagażu to naprawdę niewiele. J

Po wylądowaniu rano w stolicy Kirgizji – Bishkeku – okazało się, że nie doleciał nam jeden namiot. „ Z pewnością ukradli”– prosto i szczerze poinformował nas pracownik Aeroflotu. Na miejscu bardzo nam pomogła firma Tien Shan Travel, która perfekcyjnie zorganizowała nam transport. W biurze odebraliśmy potrzebne dokumenty, zakupiliśmy gaz, uzupełniliśmy zapasy żywności i jeszcze tego samego dnia wieczorem jadąc wzdłuż jeziora Issyk-Kul dotarliśmy w ciemnościach do Maida Adyr (2700 m n.p.m.) – wojskowej bazy helikopterowej u wylotu lodowca. Tam spotkaliśmy Jacka, Jarka i Pawła. Dwaj pierwsi już trzeci raz będą próbować zdobywać Pobiedę. Respekt i szacunek za wytrwałość i determinacje. „Czy ja też będę musiał przyjeżdżać tu jeszcze co najmniej dwa razy?” – myślę sobie…

JEZIORO ISSYK-KUL – (po kirgisku gorące jezioro) – jezioro słynie z tego, że nie zamarza przez cały rok - pomimo siarczystych mrozów w zimie. Wymiary jeziora tj. 170 km długości i 70 km szerokości czynią to jezioro drugim, co do wielkości jeziorem typu alpejskiego na świecie (po jeziorze Titicaca. Tafla wody wznosi się na poziomie 1606 m n.p.m., a głębokość sięga około 700 metrów. W czasach ZSRR jezioro było poligonem doświadczalnym dla radzieckiej marynarki – testowano tutaj nowe rodzaje torped.

Szczęście nam dopisywało. Następnego dnia rano w pięknej pogodzie polecieliśmy helikopterem do bazy na lodowcu (4000 m n.p.m.). Podczas lotu towarzyszyły nam wspaniale widoki – widać było doskonale budowę lodowca, moreny czołowe i boczne, a wokoło ośnieżone szczyty Tien Shanu. Początkowo widzieliśmy tylko rzekę lodowcową, która płynie wśród zielonych łąk i pasących się koni. Po kilku minutach krajobraz zmienił się w iście księżycowy – pofałdowane nanosi rzeczne piachu ozdobione oczkami wodnymi. Następnie wlecieliśmy w świat lodu i śniegu – z okienka helikoptera widzieliśmy głównie szczeliny i jęzory lodowcowe. Po 30 minutach efektownie wylądowaliśmy w bazie. Tak więc, 1 sierpnia, po zaledwie 40 godzinach od wylotu z Polski rozbiliśmy namioty u podnóża lodowca Zwiedoczka, który broni dostępu do muru Pobiedy. W bazie jednak wzrok wszystkich był jednak skierowany na Chan Tengri (6995 m n.p.m.) - przepiękną górę, symetryczną piramidę, wzór doskonałości w kolorze lśniącego marmuru. Podobno najlepszy widok na Chana jest ze stoków Pobiedy…

KIRGIZJA – zamieszkały przez 5 milionów ludzi kraj (w większości Kirgizów) zajmuje powierzchnie trochę większą od Austrii i Węgier. Jest to kraj typowo górzysty – średnia wysokość kraju wynosi 2750 m n.p.m., czyli wyżej niż Rysy! W czasach ZSRR - Kirgizja była zupełnie odizolowana od reszty świata, jako że tutaj mieściły się laboratoria badawcze Armii Radzieckiej, tutaj testowano nowe rodzaje broni. Kirgistan był pierwszą republiką z Azji Centralnej, która odzyskała niepodległość w 1991 roku. Obecnie kraj ten z 20% bezrobociem boryka się z poważnymi problemami gospodarczymi.

BISHKEK (dawniej FRUNZE) – Zamieszkała przez 800 tyś. mieszkańców stolica Kirgizji położona jest na północy kraju tuż przy granicy z Kazachstanem. Położone na wysokości zaledwie 800 m n.p.m. miasto otoczone jest ośnieżonymi przez cały rok górami o wysokości ponad 4000 m n.p.m.

SERAK – DLA CIEBIE WSZYSTKO

 

 

Już następnego dnia po przylocie wyszliśmy w kierunku obozu pierwszego (4400 m n.p.m.) celem zostawienia depozytu. Droga prowadziła przez tzw. Bazę Kazachską, a następnie wzdłuż moreny bocznej lodowca Zwiedoczka. Dojście do jedynki to najbardziej nielubiana przez większość wspinaczy cześć drogi na Pobiedę. Sztuką jest wybranie najbardziej optymalnej drogi, gdyż przejście przez lodowiec – to istny labirynt pułapek i dróg bez wyjścia. Trzeba pokonać 7 km przez postrzępiony lodowiec, droga rzadko jest wytyczona, jako że ilość wspinaczy atakująca Pobiedę jest niewielka (to samo dotyczy odcinków pomiędzy następnymi obozami), co bardzo kontrastuje z tłumami odwiedzającymi pobliskie Chan Tengri. „Pracujący” lodowiec powoduje, że droga za każdym razem jest inna – nawet oznaczenie drogi GPS-em niewiele pomaga – zawalenie kilku mostków śnieżnych wymusza wytyczanie nowego szlaku. Zdarzało się – oczywiście popołudniami - że musieliśmy zdejmować buty i na boso przechodzić roztopione potoki. Woda była arktycznie lodowata. Inną niedogodnością było bardzo duże nasłonecznienie, które było równie dokuczliwe i niebezpieczne jak ryzyko odmrożeń w wyższych partiach góry.

W tym samym czasie górę atakowała 10-osobowa wyprawa niemiecka wspierana przez kirgiskich przewodników. Efektem ich 30-dniowych zmagań było jedno wejście na Pobiedę Zachodnią. Nie napawało to nas optymizmem, lecz robiliśmy konsekwentnie „swoje”. Teoretycznie szczyt próbowało zdobywać jeszcze kilka innych mniejszych grup, tylko, że w praktyce większość czasu spędzali oni w bazie…

Założenie jedynki poszło nam sprawnie i szykowaliśmy się do przejścia seraka, który zagradzał drogę do obozu drugiego (5000 m n.p.m.). Nasza taktyka zakładała dwukrotny transport wyposażenia do dwójki, mającej służyć nam za bazę wysuniętą. Nie zamierzaliśmy już do końca wyprawy schodzić niżej. 5 sierpnia jeszcze po ciemku podeszliśmy pod serak. Należało go pokonywać bardzo wcześnie, bo słonce oświetlało go już o godzinie 6 rano, co skutkowało spadającymi bryłami lodu, soplami, kamieniami. Serak miał w najtrudniejszym miejscu około 30 metrów pionu, czasami lekko przewieszonego. Pokonanie go na lekko nie stanowiłoby żadnego problemu – jednak ciężkie plecaki spowodowały, że tego dnia tylko ja z Jackiem pokonałem serak. Dla reszty już nie starczyło czasu – mimo, że była dopiero 8 rano, należało się jak najszybciej wycofać z zagrożonego terenu. Skutek był taki, że dotarliśmy do dwójki nie mając palnika, który został w plecakach naszych partnerów. O ironio gazu mieliśmy 8 kartuszy J. Szybko wyjęliśmy czarny plastikowy worek i przystąpiliśmy do topienia śniegu. W ciągu kilku godzin udało się nam zebrać dwa litrowe termosy. Picia wody z zagłębień karimaty nie zapomnę do końca życia. Całe szczęście, że był słoneczny dzień….

Nazajutrz znowu w nocy zeszliśmy serakiem do jedynki w celu transportu pozostałych rzeczy. Reszta ekipy nie zdecydowała się iść z nami; zamierzali pokonać serak dopiero kolejnego dnia. Nic dziwnego. Według mnie serak był jednym z najtrudniejszych części całej drogi.

Ostatecznie 7 sierpnia byliśmy w komplecie w obozie drugim, poza Kinga, która musiała już wracać do kraju. Bardzo nam pomogła wynosząc wspólne rzeczy. Dzięki!

 

JAKA TO MELODIA? - LAWINA SONG

 

 

Wieczorem schodzący z obozu trzeciego Kirgizi poinformowali nas o lawinie pod Chan Tengri, w której podobno zginęło 10 osób. Byliśmy przerażeni, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę, że wszystkie polskie grupy pod Chanem (Szczecin, Lubin, Bielsko) były właśnie wtedy w okolicach nieszczęsnej lawiny tj. powyżej obozu pierwszego. „Tylko nie oni, to niemożliwe” – takie myśli krążyły w głowie. Łączenie z bazą mieliśmy dopiero wieczorem - mogliśmy więc tylko czekać. To były najdłuższe 4 godziny w życiu. Okazało się, że mieli więcej szczęścia od swoich kolegów z Czech i Rosji. Wszyscy byli cali i zdrowi.

Przełęcz Dziki (5000 m n.p.m.) to wielkie śnieżne plato, z którego bardzo dobrze widać całą północną ścianę masywu Pobiedy. Jej duża stromizna powoduje, że każdego dnia ściana tą suną olbrzymie lawiny. Mimo, że nasze namioty były rozbite w bezpiecznym miejscu, każdy odgłos lawiny powodował, że wyskakiwaliśmy z namiotu w celu lokalizacji źródła tak przerażającego dźwięku.

 

JAMA – NA DOBRE I NA ZŁE

9 sierpnia o trzeciej w nocy wyruszyliśmy do obozu trzeciego (5700 m n.p.m.). Mieliśmy nadzieję, że będzie tam dla nas miejsce w jamie śnieżnej, którą rozbudowała wyprawa niemiecka. Razem z nami podążali Rosjanie – „mastiery sporta” z Moskwy. Jeden z nich szczycił się brakiem jednego palca w dłoni, który stracił przed dziesięcioma laty podczas ataku na Pobiedę drogą Abałakowa. Do jamy dotarłem po 3 godzinach, gdy pierwsze promienie słońca pojawiły się na horyzoncie. Miejsca starczyło tylko dla nas – Rosjanie musieli rozbijać namioty – jednak nie stanowiło to dla nich żadnego problemu – w ciągu dwóch godzin zbudowali solidne platformy, rozstawili namioty, które z kolei obudowali śnieżnym murem. Aż miło było patrzeć jak sprawnie im to poszło.

Następne trzy dni spędziliśmy w jamie czekając na poprawę pogody. Jama śnieżna to wielki skarb w górach wysokich – szczególnie, jeśli jest prawie gotowa – nie traci się energii na rozbijanie namiotu, w czasie huraganów nie trzeba się całą noc modlić o to, aby nie odfrunąć razem z namiotem, gotowanie jest znacznie przyjemniejsze. Jednak są też nieliczne wady; w jamie jest cały czas bardzo zimno – organizm potrzebuje dużo ciepła, energii, aby utrzymać odpowiednią temperaturę ciała. Co można robić przez trzy dni zawieruchy w jamie śnieżnej? Prawie połowę czasu zajmuje gotowanie, jedzenie i picie. Wytopienie litra wody ze śniegu zajmuje około godziny. A co to jest litr wody na prawie 6 tysiącach metrów? Poza tym cały czas rozmawialiśmy o… górach, potem dla odmiany o… górach, a jak już wszyscy byli zmęczeni tym tematem to rozmawialiśmy… znów o górach. No było też trochę polityki – wiadomo Polacy. Każdy z nas leżał w pozycji horyzontalnej, głowa ledwo wystawała z puchowego śpiwora, argumenty w dyskusji trzeba było mieć mocne, bo nie dało się partnera w dyskusji zgasić wzrokiem ani gestykulacją J

3 × 7000 -  CHWILA PRAWDY

11 września podjęliśmy nieudana próbę założenia obozu czwartego. Huraganowy wiatr zmusił nas do wycofania się do jamy. Krzysiek po dwóch nocach w jamie nie czuł się najlepiej i postanowił zejść do niższego obozu, gdzie został do zakończenia wyprawy. Zostało nas czterech. Następnego dnia rano pomimo tego, że huraganowy wiatr dalej nie dawał za wygraną postanowiliśmy z Jackiem wyruszyć w kierunku obozu czwartego. Liczyliśmy na to, że jak przestanie w końcu wiać będziemy w dobrym miejscu do ataku szczytowego. Jarek z Pawłem mieli do nas dołączyć następnego dnia. Początkowo szło się bardzo ciężko, na przemian skalną grzędą oraz śnieżnymi polami. Duże zachmurzenie nie rokowało szybkiej poprawy pogody. Jednak ku naszemu zdziwieniu po osiągnięciu wysokości ok. 6200 metrów wydostaliśmy się ponad pułap chmur. A tam czyste błękitne niebo i jakby nieco lżejszy wiatr. Na wysokości ok. 6400 m n.p.m. założyliśmy nasz obóz czwarty. Już prawie zabraliśmy się za rozbijanie namiotu, gdy zauważyliśmy ledwo widoczną dziurę w śniegu – po dokładniejszych oględzinach okazało się, że jest to mała jama śnieżna – prawdopodobnie pozostałość z zeszłego sezonu. Była bardzo ciasna, ale zawsze lepsze to, niż rozkładanie i zwijanie namiotu przy porywistym wietrze. Trochę obawiałem się kolejnych dni – niby czułem się dobrze na tej wysokości – ale teraz czekały nas co najmniej trzy noclegi w okolicach 7000 metrów. „A jeszcze dwa tygodnie temu byłem w Warszawie” – myślałem sobie.

UWAGA! - 7439 M N.P.M.

 

 

Poranek 13 września powitał nas wietrzną, ale stabilną pogodą. Postanowiliśmy nie wychodzić za wcześnie, aby zminimalizować ryzyko odmrożeń i wspinać się już wyżej w słońcu. Na tej wysokości nie poruszaliśmy się szybko, skupiliśmy się raczej na tym, aby nie pogubić się gdzieś w partiach podszczytowych Pobiedy Zachodniej. Każdy z nas swoim GPS-em co jakiś czas znaczył drogę. Bardzo przydało się to w drodze powrotnej. Obóz 5 rozbiliśmy przy skałach, tuż poniżej wierzchołka Pobiedy Zachodniej. Zgodnie z przewidywaniami głowa zaczęła boleć, ale wszystkie inne symptomy wskazywały, że jesteśmy w dobrej formie, apetyt dopisywał. Wieczorem połączyliśmy się z Jarkiem i Pawłem – właśnie szykowali się do spania w jamie w obozie poniżej.

14 września okazał się dniem przepiekanej, prawie bezwietrznej pogody. Mieliśmy do wyboru dwie opcje. Zaatakować szczyt z obozu piątego lub założyć obóz szósty na końcu grani przy tzw. „obelisku”, co znacznie zwiększyłoby nasze szanse podczas ataku szczytowego. Atak z „piątki” wiązał się z ryzykiem nieplanowanego biwaku, gdzieś na grani pomiędzy Pobiedą Zachodnią a Pobiedą Główną. Po szybkiej naradzie wybraliśmy opcje drugą, licząc, że pogoda utrzyma się jeszcze jeden dzień, – co biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze obserwacje było założeniem nad wyraz optymistycznym. Wraz z pierwszymi promieniami słońca wyruszyliśmy na dziewiczą jeszcze w tym sezonie czterokilometrową grań. Z niższych obozów można było odnieść wrażenie, że grań jest płaska i szeroka. Nic bardziej mylnego. Grań była bardzo stroma, ogromne nawisy śniegu od strony kirgiskiej, droga pofałdowana, od strony chińskiej czasami oblodzona. „Ale mamy pogode!” – krzyczę do Jacka. Widok na stronę chińską jest oszołamiający: ogromne lodowce, morze gór i rozległa pustynia Takla-Makan. Po stronie kirgiskiej wzrok przyciąga cudownie piękna z tego miejsca sylwetka Chan Tengri. Jest trochę prawdy w powiedzeniu: „Nie widział ten Chan Tengri  kto nie oglądał jej ze stoków Pobiedy”.

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do „obelisku” – miejsca obozu szóstego (dla porównania podczas zeszłorocznej wyprawy na Cho Oyu startowałem na szczyt z obozu drugiego – to pokazuje skalę trudności i długości drogi na Pobiede). Bez powodzenia długo szukaliśmy jakiejś starej jamy śnieżnej. Rozbiliśmy więc namiot po stronie chińskiej, obudowaliśmy go murkiem śnieżnym i… zaczęliśmy się modlić, aby taka pogoda utrzymała się do jutra.

Nasze modlitwy zostały chyba wysłuchane i rankiem 15 sierpnia rozpoczęliśmy atak szczytowy na położony prawie 500 metrów wyżej główny wierzchołek masywu Pobiedy. Wspinaczka na szczyt była bardzo trudna, ponieważ biegła ona ostrzem nieubezpieczonej grani (na całej drodze na szczyt było tylko ok. 15 metrów starej liny poręczowej). Każdy nieuważny krok groził dwukilometrowym upadkiem na stronę kirgiską lub chińską. Pogoda dopisywała. W partiach podszczytowych teren był mniej stromy, ale za to bardziej skomplikowany orientacyjne. Wreszcie po niecałych 4 godzinach byliśmy na szczycie! Radość była ogromna. Dla Jacka była już to trzecia wyprawa na Pobiedę. Jego upór został wynagrodzony. Zapierające dech widoki na stepy Kazachstanu i pustynie Takla Makan wynagrodziły nam dotychczasowe trudy.

 

POWRÓT - NAJSŁABSZE OGNIWO

 

 

Zdawaliśmy sobie sprawę, że przed nami najtrudniejsza część wyprawy – bezpieczny powrót do bazy. Euforia po zdobyciu szczytu, skumulowane zmęczenie, osłabienie organizmu, chęć szybkiego powrotu do bazy – to wszystko sprawia, że 70% wypadków w górach wysokich zdarza się właśnie podczas zejścia lub zjazdów. W pamięci mieliśmy jeszcze tragiczną śmierć Grzesia Skorka – właśnie podczas zjazdu na Chan Tengri. Po dotarciu do obozu szóstego zdecydowaliśmy, że nie będziemy już dzisiaj schodzić niżej, ponieważ nie byliśmy pewni czy starczyłoby nam czasu na bezpieczne dotarcie do „piątki”.  Zgodnie z przewidywaniami ranek 16 września powitał nas załamaniem pogody, widoczność spadła do kilkunastu metrów. Szybko zwinęliśmy namiot i wyruszyliśmy na grań w stronę Pobiedy Zachodniej. Dzięki wcześniejszym pomiarom GPS-em nie błądziliśmy zbyt wiele, jednak głęboki świeży śnieg oraz porywisty wiatr powodował, że poruszaliśmy się bardzo wolno. Po dotarciu do jamy na 5600 m n.p.m. postanowiliśmy tam zabiwakować – robiło się ciemno i dalsze schodzenie byłoby zbyt niebezpieczne. Wieczorem podczas łączności z bazą dowiedzieliśmy się, że podczas zejścia z Pobiedy Zachodniej zginął turecki alpinista. Schodził tą samą drogą co my – tylko kilka godzin wcześniej.

Kolejnego dnia zeszliśmy do obozu na przełęczy Dziki, gdzie zabraliśmy nasz depozyt. Nie mogliśmy tego dnia schodzić niżej, ponieważ drogę zagradzał nam serak, który mogliśmy pokonać tylko w godzinach wczesnoporannych. Wreszcie 18 września około drugiej w nocy zwinęliśmy obóz drugi i ruszyliśmy w kierunku bazy. Lodowy serak pokonaliśmy dość sprawnie. Przed nami pozostało tylko (albo raczej „aż”) pokonanie lodowca Zwiezdoczka. Poranny opad śniegu zakrył wszystkie poprzednie ślady – musieliśmy sami szukać drogi między szczelinami. Lodowiec zmienił się nie do poznania w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Już nie był śnieżno biały, tylko szary. Malutkie wcześniej strumyki zamieniły się w rwące rzeki, które musieliśmy pokonywać brodząc po kolana w lodowatej wodzie. Najbardziej denerwujący był fakt, że na horyzoncie widzieliśmy już bazę, a prawie wcale się do niej nie zbliżaliśmy. Obchodzenie wielkich szczelin powodowało, że pomimo ciągłego marszu postępy były nikłe. Zmęczenie coraz bardziej dawało się nam we znaki. Prawie czterdziestokilogramowy plecak dosłownie wciskał w podłoże, a na domiar złego pogoda zaczynała się psuć. „Jeszcze trochę… już niedługo… dasz radę…” – tylko takie myśli przelatywały przez głowę. Wreszcie po prawdziwym slalomie w labiryncie szczelin wydostaliśmy się na morenę boczną. Mimo, że pozostało jeszcze sporo drogi, z nową energią pognaliśmy do bazy.

Jarek i Paweł też dokonali dużej rzeczy - dotarli na wierzchołek Pobiedy Zachodniej, gdzie spędzili noc. Dla porównania większość wspinaczy atakująca w tym roku Pobiedę dotarła tylko do wysokości ok. 6000 m n.p.m. Zdajemy sobie z Jackiem doskonale sprawę, że nasz sukces to w dużej mierze zasługa CAŁEJ wyprawy. Kinga, Krzysiek, Jarek, Paweł – bardzo Wam dziękujemy!

W tym sezonie dokonano tylko dwóch wejść – drugiego dokonał zespół dowodzony przez utytułowanych przewodników kazachskich (każdy na koncie po kilka 8-tysiecznikow). Jednak  nie udało im się w komplecie powrócić do bazy - w zejściu zginął, wspomniany wcześniej, turecki alpinista.

EVEREST – SZANSA NA SUKCES

 

Kilkukilometrowy labirynt szczelin lodowca Zwiezdoczka, wspinaczka przez pionowe lodowe seraki, czterokilometrowa grań na siedmiu tysiącach metrów, eksponowana, nieubezpieczona grań szczytowa, konieczność założenia aż sześciu obozów – to wszystko sprawia, że Pik Pobiedy szybko weryfikuje umiejętności każdego alpinisty. Ale warto próbować – to przepiękna i niepowtarzalna góra.

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.