O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2003 - Cho Oyo (8201 m npm), Himalaje

JEDZIEMY!

Pomysł zorganizowania wyprawy pojawił się po udanym wyjeździe na Chan Tengri w 2002 roku. Góra ta jak na siedmiotysięcznik była wymagająca, więc po jej zdobyciu chcieliśmy spróbować swych sił trochę wyżej – najlepiej w Himalajach.

Pomysł ambitny, ale wiedzieliśmy ile nas czeka pracy, aby ten plan stał się rzeczywistością. Fundusze, fundusze, urlop i inne przeszkody piętrzyły się przed nami co najmniej na wysokość 8000 metrów....

Po wielu miesiącach przygotowań niemożliwe stało się jednak faktem i 31 sierpnia 2003 wylecieliśmy do Kathmandu! Naszym celem było wejście od strony Tybetu na szósty szczyt świata  Cho Oyo (8201 m n.p.m.). Ten potężny masyw górski, który wchodzi w skład grupy górskiej  Khumbu Himal wznosi się zaledwie 28 km na północny zachód od Everestu. Znaczenie nazwy Cho Oyu nie jest do końca jasne – powszechnie uważa się, że najbliższe tłumaczenie to Turkusowa Bogini.

Z Polski w wyprawie udział wzięła jeszcze Sylwia Bukowicka z Gorzowa Wielkopolskiego. Ze względów finansowych jak i również bezpieczeństwa razem w trójkę dołączyliśmy do innej wyprawy w skład, której wchodziła trójka Hiszpanów, Szwed, Australijczyk i Brytyjczyk. Skład uzupełnili mistrz kulinarnych rozmaitości Asal i jego dwóch pomocników. O dziwo żaden z nich nie nazywał się Pasang..... . Razem byliśmy więc całkiem standardową liczebnie wyprawą.

PRZEPROWADZKA

Ze stolicy Nepalu wyruszyliśmy w stronę Tybetu, dotarliśmy do granicy nepalsko-chinskiej w Kodari, gdzie formalnościom nie było końca. Tam również opiekę nad nami roztoczył chiński oficer łącznikowy, który na szczęście nie pojechał z nami do bazy głównej (5600 m n.p.m.) tylko czekał na nas w niższej Bazie chińskiej (5000 m n.p.m.).

12 września dotarliśmy do bazy, gdzie pierwszym zadaniem było znalezienie najdogodniejszego miejsca dla naszej wyprawy. Gdy wybraliśmy najlepsze wolne miejsce okazało się, że 2 tony naszych bagaży zostały zdjęte z jaków jakieś 150 metrów dalej. Tylko 150 metrów, tylko 2 tony, 9 facetów? ‘No problem’ – pomyślałem. Ale podczas pierwszego dnia na wysokości 5600 m było to zadanie naprawdę wymagające. Po każdym przeniesionym ładunku robiliśmy przerwy. Przerwy robiły się dłuższe, ładunki coraz cięższe – a tu się trzeba było śpieszyć, bo jeszcze zostało rozstawianie namiotów, kuchni, mesy. Wieczorem miałem wrażenie jakbyśmy przenieśli co najmniej pól bazy do obozu pierwszego.

PIZZA? – PROSZĘ BARDZO!

 

Po dwóch dniach spędzonych w bazie czuliśmy się na tyle dobrze, że postanowiliśmy wynieść namiot do obozu I (6400 m n.p.m.). Droga do jedynki prowadziła moreną lodowca i była według wielu bardzo niewdzięczna, ponieważ przez pierwsze 80% trasy prowadziła bardzo nieznacznie pod górę, ale ostatni odcinek przed jedynką to prawdziwa męka – ostre ok. 400 metrowe podejście – po ruchomych piarżysku. Gdy doszliśmy do jedynki okazało się, że prawie wszystkie miejsca w obozie są zajęte tzn. albo stoi namiot albo teren jest ogrodzony chorągiewkami przez innych wspinaczy, którzy byli już w jedynce, ale namiot będę rozbijać dopiero za kilka dni. Nam osobiście ta praktyka bardzo się nie podobała, bo można sobie wyobrazić, że kiedyś jakaś duża wyprawa ogrodzi całą jedynkę i powie, że oni się tutaj za trzy tygodnie będą rozbijać....

W bazie mięliśmy dość komfortowe warunki – każdy miał swój mały namiocik z dobrym piankowym materacem. Ale największą zaleta bazy była mesa a raczej to co w niej serwowano. Nasz kucharz Asal i jego dwóch pomocników robiło co mogło abyśmy byli dobrze odżywiani – codziennie były owoce, czasem ciasto, a nawet pizza. Jeśli jeszcze dodatkowo Hiszpanie wyjmowali jakieś smakołyki, że swojego tajemniczego bębna to rozkoszom kulinarnym nie było końca!

DWÓJKA STOI

19 września wyszliśmy do obozu I z ekwipunkiem potrzebnym do założenia obozu II (7000 m n.p.m.). Pogoda nazajutrz była dość pochmurna – mimo to zdecydowaliśmy się na wyjście. Ciężkie plecaki powodowały, że marsz był wyczerpujący – szczególnie, że do pokonania mieliśmy pionowy serak. Wiatr wiał coraz mocniej, zawiewał nasze ślady. Po godzinie dodatkowo spadła widoczność – po krótkiej naradzie z Kingą zdecydowaliśmy, że idziemy do góry – drogi nie powinniśmy zgubić, a w najgorszym wypadku spędzimy noc w dwójce. Na nasze szczęście po dotarciu do dwójki okazało się, że do zejścia w dół szykowała się trójka Hiszpanów. Szybko zakopaliśmy depozyt i na dół. Następnego dnia odpoczywaliśmy w jedynce przed jutrzejszym wyjściem na nocleg do dwójki. Noc w dwójce przebiegła bez większych rewelacji, co było dobrym prognostykiem przed ostatecznym atakiem szczytowym, który planowaliśmy na następne wyjście. Teraz czekał nas kilkudniowy odpoczynek regeneracyjny w bazie – a poza tym musiałem podleczyć swoje gardło.

26 i 27 wrzesień były dniami z najlepszą pogodą na atak szczytowy – bezchmurne niebo i znośny wiatr. My nie będąc jeszcze do końca zaaklimatyzowani mogliśmy tylko kibicować innym wyprawom.

SINDBAD, CZYLI LATAJĄCE NAMIOTY

27 września po południu wyszliśmy z Kingą do góry z zamiarem przeprowadzenia ataku szczytowego. Mieliśmy nadzieje, że pogoda utrzyma się dłużej lub, że po dwóch, trzech dniach niepogody znowu będzie pięknie. Niestety huraganowe wiatry zmusiły nas następnego dnia do odwrotu – nie dotarliśmy do obozu II. Przeczekaliśmy noc w jedynce, ale niestety wiatr nadal szalał. Na szczęście namiot od naszego głównego sponsora spisywał się znakomicie – był bardzo stabilny i ani przez chwile nie wątpiliśmy, że polecimy w przysłowiową siną dal. Nie wszyscy mieli tak dobry sprzęt – rankiem, gdy w ciągle szalejącym wietrze wyszliśmy z namiotu zobaczyliśmy rzecz niezwykłą – nad obozem fruwał jak latawiec namiot z całym wyposażeniem!! Niesamowite było to, że namiot nie był porwany, normalnie zamknięty na zamki! To był chyba najbardziej spektakularny widok na tej wyprawie. W pobliżu nikt z nas nie zauważył zaklinacza węży.... . 29 września rano podjęliśmy bolesną decyzję o zejściu do bazy – lepiej nie tracić sił w takiej pogodzie, lepiej poczekać w bardziej komfortowych warunkach aż pogoda się wyklaruje.

W bazie wszyscy się ucieszyli z naszego powrotu i gratulowali nam mądrej decyzji, bo najnowsze prognozy mówiły, że wiatr ma dopiero ucichnąć 5 października. ‘O rety !’ – myślę – przecież to dwa dni przed zakończeniem wyprawy! Czy zdążymy wejść? W bazie na poprawę pogody czekało ok. 20 osób z rożnych wypraw - Hiszpanie, Grecy, Rosjanie. Wszyscy odwiedzali się wzajemnie – dyskutowali głownie o pogodzie i nowych prognozach, pocieszali się, że prognozy się sprawdza i wszystko zakończy się przysłowiowym happy endem. Atmosfera była znakomita!

EVEREST – JAK TU CIEPŁO!

Część wspinaczy zamierzała atakować szczyt bezpośrednio z obozu II, my z Kingą postanowiliśmy wychodzić z trójki, ponieważ mogliśmy wtedy wyjść później – wtedy kiedy zrobi się już jasno i trochę cieplej. To dawało większą szanse na unikniecie odmrożeń. Aby dojść do trójki na czas wyszliśmy z Kingą pierwszego października po południu do obozu I. Tutaj niżej wiatr był jeszcze znośny, ale nad szczytem Cho Oyu rozciągał się pióropusz śniegu zwiewany huraganowym wiatrem z okolic wierzchołka. W jedynce czuliśmy się prawie jak w bazie – spaliśmy tutaj już kilka nocy. Następnego dnia ciągle przy dużym wietrze wyruszyliśmy do dwójki – bardzo nieprzyjemny lodowy pył cały czas omiatał nam twarz. Mimo tych niedogodności doszliśmy do dwójki. Noc mieliśmy z głowy – wiatr targał i szarpał namiotem na wszystkie strony – dziw bierze, że namiot był jeszcze cały. 3 października pogoda się nie poprawiła – do dwójki doszli następni wspinacze – Szerpa z wyprawy hiszpańskiej opowiadał o swoich ośmiu wejściach na Everest. Twierdził, że na Cho Oyu jesienią jest o wiele zimniej niż na Everescie wiosną i że pierwszy raz na poważnie obawia się odmrożeń. Trudno mu było nie wierzyć – wystarczyło pospacerować 10 minut po obozie i trzeba było wracać do namiotu i ciepłego spiwora . Oprócz wiejącego wiatru pogoda była wyśmienita – dzięki bezchmurnemu niebu podziwialiśmy cudne widoki – plaski, szary Tybet wznoszący się na wysokości ok. 5000 tyś m n.p.m., po drugiej stronie horyzontu zaś morze Himalajow. Następna nieprzespana noc z pewnością nam sił nie dodała. 4 października z rana wiatr ani zamierzał ucichnąć. Wszyscy jednak powoli szykowali się do ataku szczytowego. Kinga ze Szwedem Nicolasem (który planował zjechać ze szczytu na snowbordzie) wyszli do obozu III (7400 m n.p.m.) aby stamtąd z małego namiociku Skandynawa rozpocząć jutro rano atak szczytowy. Ja zostałem z Hiszpanami w dwójce, bo  czułem się dobrze. Gdybym chciał startować z obozu III musiałbym sam wynosić namiot do góry, bo innych chętnych do spania w trójce nie było.

VIVAT METEO!

No i stało się – tak jak zapowiadali meteorolodzy kilka dni temu -  wiatr ucichł po południu! Wszyscy chodzą po obozie i krzyczą z radości! Pomyślny atak szczytowy był coraz bardziej prawdopodobny! Ostatnie godziny przed atakiem spędziłem na gotowaniu, testowaniu różnych wariantów ubioru rękawic, godzinnym suszeniu skarpetek na kuchenka gazowa. Gdy wygramoliłem się o 3.30 z namiotu wszyscy już szli w kierunku obozu trzeciego. Powoli jednak dogoniłem większość wspinaczy. Cały czas podczas wspinaczki starałem się ruszać palcami nóg, aby polepszyć krążenie. W trójce panował niezły tłok – jedni się przebierali, ale większość rozgrzewała palce u rak bądź nóg. Ja próbowałem założyć trzecie skarpety, ale w końcu zrezygnowałem – byłoby za ciasno i krążenie by ucierpiało. Powyżej trojki pokonaliśmy stumetrową barierę skalną – była zaporęczowana, ale mimo to wymagała dużego wysiłku, aby ja pokonać. Słonce pojawiło się bardzo późno ok. 10-11. Od tej pory szło się już zdecydowanie lepiej. Wschodzimy na pola podszczytowe. Tak jak wszyscy opowiadali – ogromne platou bez ewidentnego wierzchołka. Na szczęście z opowieści innych wspinaczy wiedzieliśmy gdzie iść. Pogoda dopisywała – było bezchmurnie, wiatr w normie, ale mimo to potwornie zimno. Nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie ukaże się przede mną ten wyśniony widok na Everest, który oznaczałby, że jestem na wierzchołku szóstej góry Ziemi. Wreszcie na horyzoncie pojawiły się modlitewne chorągiewki – to był ewidentny znak, że zbliżałem się do szczytu. Powoli zaczęła się wyłaniać się potężna sylwetka Everestu. Jest! To już szczyt! Co za widoki – krzyczałem! Miałem szczęście pobyć chwile na szczycie sam – zanim doszli inni wspinacze. Rozkoszowałem się widokiem na najbardziej znane himalajskie szczyty: Everest, Lhotse, Nuptse. Rozum jednak podpowiadał szybkie zejście w dół – było zbyt zimno. Po paru godzinach schodzenia dotarłem do obozu drugiego. Wieczorem do dwójki doszła również Kinga, która razem ze Szwedem dopiero rano rozpoczęła atak szczytowy i po 6 godzinach weszła na szczyt. Szczęście było więc podwójne! Obyśmy tylko jeszcze bezpiecznie zeszli do bazy.

Poniedziałek 6 października był chyba najcięższym dniem wyprawy. Zmęczeni, wyczerpani musieliśmy znieść cały dobytek z obozu II i obozu I do bazy. Na szczęście z jedynki sprzęt pomogli nam znieść Tybetańczycy. W bazie czekali na nas inni uczestnicy wyprawy, kucharz przygotował swoje najlepsze specjały. Naprawdę mieliśmy sporo szczęścia – weszliśmy na szczyt w ostatnim możliwym momencie – następnego dnia mieliśmy przecież opuścić bazę i wyruszyć w stronę cywilizacji. Turkusowa Bogini okazała się dla nas łaskawa.

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.