O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2002 - Chan Tengri (7010 m npm), Tien Shan, Kirgizja

Co tu dużo mówić – Chan Tengri stało się w ostatnich latach bardzo modne i myśmy się po prostu tej modzie poddali. Dodatkową inspiracją były opowieści o tej górze Sylwii Bukowickiej i Jarka Woćko z Gorzowa. Zabrałem się więc za kompletowanie składu. Początkowo miał do mnie i Kingi dołączyć Witek Ostrowski – mój wspinaczkowy partner z dawnych czasów. Ale się w końcu nie zdecydował i zaproponował nam Marcina Henniga, także z Gdańska, którego znałem już wcześniej z pobytu w Tatrach. Bez wahania przyłączyłem go do naszego składu. Janka Dudarowskiego – prezesa Klubu Wysokogórskiego z Lubina zarekomendował nam Sławek Bieniek,  którego spotkaliśmy pod Kilimandżaro. I wreszcie Janusz Rosiek został ‘zwerbowany ‘ przez Internet – jako jedyny z wielu ‘kandydatów’ do wyjazdu.

Zapowiadało się polskie lato pod Chan Tengri. Oprócz naszej wyprawy wybierały się tam dwie inne silne ekipy: Klub Wysokogórski Szczecin ze znajomymi jeszcze z wyprawy na Shisha Pangme oraz wyprawa Polskiego Klubu Alpejskiego, w której udział brał Marek Ziółkowski vel ‘Ziutek’ – nasz kolega z Gdańska, którego znają wszyscy, którzy spędzają sylwester w Morskim Oku. J

Jako że skład mieliśmy w komplecie należało dograć przez Internet wszystkie formalności. Początkowo chcieliśmy jechać od strony Kazachstanu, bo łatwiej i bez pozwolenia na szczyt. Jednak po dawce zaskakujących informacji o dość skomplikowanym trybie załatwiania wiz oraz z racji tego, że większość ekipy była spoza Warszawy i musiałaby dwa razy odwiedzić stolice, zdecydowałem, że jedziemy od strony Kirgiskiej, od której wizy nie są wymagane. Należy jednak uiścić opłatę szczytowa w wysokości 100 USD. Dodatkowym argumentem były większe możliwości wypoczynku po akcji górskiej nad jeziorem Issyk Kul.

27 lipiec (sobota)

Jak zwykle większość zaopatrzenie wzięliśmy z Polski, aby nie trącić na miejscu czasu na kompletowanie jedzenia. Na lotnisko docieramy trochę spóźnieni, ale już przebrani w skorupy, gore-texy i inne wdzianka ‘typowe’ dla 30-stopniowego upału. Udajemy się do stanowiska Aeroflotu, gdzie okazuje się że każdy z nas ma średnio  7 kilo nadbagażu. Tutaj jednak Kinga wkracza do akcji i przekonuje swoim młodzieńczym uśmiechem stanowczego Rosjanina, że to naprawdę niewiele J. W Moskwie zmieniamy lotnisko – podziwiając wraki samolotów.

28 lipiec (niedziela)

Międzynarodowe lotnisko w Biszkeku wyglądem nie rożni się od dworca Kolejowego w ... Nowym Targu – biednie, brudno i prowincjonalnie. Rozklekotanym autobusem 131 podjeżdżamy w okolice dworca autobusowego, gdzie wynajmujemy busa do Karakol. Zahaczamy jeszcze o biuro Tien-Szan Travel po OWIR i wszelkie pozwolenia. W Karakol zatrzymaliśmy się w Domu wspinacza (4$ od osoby) i zgodnie z umową z agencją Tien-Szan Travel zadzwoniliśmy pod umówiony numer, aby ustalić szczegóły jutrzejszego przejazdu do bazy w Maida Adyr. Jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że koleżka po drugiej stronie słuchawki nalegał żebyśmy lecieli ‘wiertaliotem’. Podstęp? – myślę sobie. Przecież nie mamy kasy, zapłaciliśmy tylko za podroż busikiem do bazy. Po kilku następnych minutach chaotycznej konwersacji okazało się, że helikopter przyleciał na krótki remont do Karakol i jutro wraca do bazy w górach. Ależ mamy szczęście!

KIRGIZJA – zamieszkały przez 5 milionów ludzi kraj (w większości Kirgizów) zajmuje powierzchnie trochę większą od Austrii i Węgier. Jest to kraj typowo górzysty – średnia wysokość kraju wynosi 2750 m n.p.m., czyli wyżej niż Rysy! W czasach ZSRR - Kirgizja była zupełnie odizolowana od reszty świata, jako że tutaj mieściły się laboratoria badawcze Armii Radzieckiej, tutaj testowano nowe rodzaje broni. Kirgistan był pierwszą republiką z Azji Centralnej, która odzyskała niepodległość w 1991 roku. Obecnie kraj ten z 20% bezrobociem boryka się z poważnymi problemami gospodarczymi.

29 lipiec (poniedziałek)

Rano busikiem z agencji podjeżdżamy na lotnisko. Jesteśmy trochę stremowani – nikt  z nas nie łatał wcześniej helikopterem. W głowie kołaczą opowieści o licznych wypadkach lotniczych w byłym ZSRR – stary sprzęt, pijani piloci, brak przeglądów. Brrrr... Twarze przybyłych pilotów potwierdzają nasze obawy – bije z nich niepewność. Na naszych oczach odkręcają parę części, jakąś dodają, tudzież postukają młotkiem i kiwając do siebie głową potwierdzają, że helikopter jest gotowy do lotu. Ładujemy nasz dobytek i w górę....Szybko nabieramy wysokości, ale miny wszyscy mamy nietęgie tym bardziej, iż czujemy, że są jakieś problemy – piloci się naradzają, próbują cos ustalić i nagle.....  zwrot o 90 stopni i kierujemy się na górską przełączkę gdzie awaryjnie ładujemy. Pot ścieka mi z czoła. Pasażerowie proszeni są o opuszczenie pojazdu, a tym czasie piloci i mechanicy z uwagą obserwują wirnik, po czym wyłączają silnik i zabierają się do jakiejś przeróbki – otwierają osłony – coś tam dokręcają, smarują. Po pól godzinie ponownie jesteśmy zaproszeni do środka – no cóż nie mamy wyboru. Helikopter startuje jakby pewniej, czujemy też, że piloci przestali się kłócić – widocznie wszystko już gra jak należy – możemy wreszcie się skupić na podziwianiu przepięknych widoków. Wreszcie lądujemy w bazie Maida Adyr (2700 m n.p.m.) – wojskowej bazie u wylotu lodowca. Kilka porozrzucanych budynków, zasieki z drutu i tłum wspinaczy czekający od 5 dni na helikopter. Wypakowujemy nasze bagaże, ponieważ my polecimy jako ostatni – pierwszeństwo maja Ci, co czekali dłużej, czyli obowiązuje znana wszystkim finansistom i księgowym metoda FIFO – First In First Out. W końcu po południu przyszła kolej na nas. Bagaże są ważone, aby piloci wiedzieli ile ciężaru mogą jeszcze zabrać. Startujemy i lecimy w górę lodowca. Ależ wspaniale widoki – widać doskonale budowę lodowca, moreny czołowe i boczne, a wokoło ośnieżone szczyty Tien Szanu. Po 30 minutach jesteśmy w bazie (4000 m n.p.m.). Pierwszą rzeczą, którą robimy to kupno gazu, bez którego nic byśmy nie zdziałali – płacimy 4 $ za duża butle epi-gazu. Głowy o dziwo nie bolą, rozstawiamy namioty, a wieczorkiem wychodzimy nawet na półgodzinny spacerek w kierunku obozu pierwszego. Rozumiemy doskonale, dlaczego Chan Tengri tak  przyciąga wspinaczy z całego świata – góra jest przepiękna, symetryczna piramida, wzór doskonałości. Osobiście bardzo lubię bazy, z których widać szczyt – cel wyjazdu. Jestem bardziej zmotywowany do wspinaczki.

Wszyscy nie możemy do końca uwierzyć swojemu szczęściu – po niespełna 48 godzinach od wylotu z Warszawy jesteśmy w bazie. Takiej szansy nie możemy zmarnować!

30 lipiec (wtorek)

Nastąpił naturalny podział naszej wyprawy na dwie grupy: Ja z Kinga oraz Janusz, Janek i Marcin w drugiej grupie. Jako że czujemy się bardzo dobrze postanawiamy wynieść depozyt do obozu pierwszego (4200 m n.p.m.) – położonego w  odległości paru kilometrów u stop niebezpiecznego lodospadu. Chan Tengri jest widoczny jeszcze lepiej. Ależ ta góra mi się podoba!

31 lipiec (środa)

Na dzisiaj logicznym krokiem było przeniesienie namiotu do obozu pierwszego, co też uczyniliśmy. Jak to mamy w zwyczaju wyruszyliśmy z samego rana, co tez zaowocowało tym że nie musieliśmy rozstawiać namiotów w deszczu i śnieżycy, czego częściowo doświadczyli Marcin i Janek. Janusz nie czul się na tyle dobrze, aby napierać do góry – został, więc w bazie z zamiarem dołączenia jutro do naszej grupy. Rozgorzały dyskusje co do dalszego planu aklimatyzacji. Podstawowe pytanie brzmiało: czy pokonywać lodospad raz z całym ciężkim plecakiem, czy podchodzić do tego problemu dwuetapowo: raz z depozytem, drugi raz z namiotem. 1100 metrów w pionie podejścia to całkiem sporo, duży szok dla nie zaaklimatyzowanego organizmu.. Z drugiej strony pokonywanie tego bardzo niebezpiecznego, narażonego na lawiny kamienne i śnieżne odcinka aż dwa razy mogło znacznie uszczuplić nasze siły. W kocu postanawiamy, że robimy to na raz. Jak się później okazało była to słuszna decyzja.

1 sierpień (czwartek)

Planowane nocne wyjście do obozu II na 5300 m n.p.m. nie doszło do skutku z powodu nocnego ciągłego opadu śniegu. Padało również cały dzień z małymi przerwami. Nie pozostało nic innego jak zatopić się w lekturze ‘The Summons’ Johna Grishama. Był również czas na rozmyślania: jak potoczy się akcja górską? Co dalej? Pod wieczór zaczęło się rozwidniać. Doszedł do nas Janusz. Byliśmy w komplecie. Może uda się wyjść dziś w nocy?

2 sierpień (piątek)

Pierwszą pobudkę robimy ok. trzeciej w nocy. Cholera! Znowu popadało i nikt nie kwapi się do wyjścia w górę – obóz pogrążony jest w ciemności. Czekamy, co dalej – nie będziemy torować dla kilkunastu osób. Wreszcie ok. czwartej zaczyna się robić w obozie gwarno. Zbieramy się żwawo, napełniamy termosy, pakujemy śpiwory i składamy namiot. W większej grupie ruszamy do góry. Jest późno – dochodzi 4.30. Ciężkie plecaki z zaopatrzeniem na 10 dni nie pozwalają iść szybko. Ok. 5.00 zaczyna świtać a to oznacza, że niedługo ściany m.in. Piku Czapajewa zacznie ogrzewać słonce i wzrośnie znacznie zagrożenie lawinami. Kinga zostaje trochę w  tyle – zostawiam więc swój plecak na śniegu i zbiegam ja trochę podratować wynosząc jej plecak 100-200 metrów do góry. Później powtarzam ten manewr jeszcze raz. Ale i tak jest bardzo dzielna – to jej pierwsza wyprawa powyżej Alp a spisuje się jak znakomicie – żadnych narzekań, że ciężko i niewygodnie. Słońce grzeje coraz mocniej dając się nam bardzo we znaki – jesteśmy coraz bardziej odwodnieni. Na 4800 m n.p.m. Angole zostawiają mały depozyt i wracają do obozu I. Na wysokości 4900 droga biegnie bardzo blisko ściany Czapajewa – robi się naprawdę niebezpiecznie – pierwsze kamienie spadają obok nas. Zdejmujemy czapki, aby lepiej nasłuchiwać, co spada z góry. Dochodzimy do 15-metrowej poręczówki, gdzie ma miejsce mała kłótnia z Rosjanami, którzy wpychają się w kolejkę do poręczówki i dodatkowo popędzają wszystkich. Robi się nerwowo. Na szczęście potem przyznają, że poniosły ich nerwy i częstują nas herbatą i ciasteczkami. Pniemy się coraz wyżej, jeszcze małe podejście i... JEST!!!! Namiot!!! To musi być tutaj!! Ale gdzie inne namioty??  O tam! -  pokazuje Kinga 200 metrów wyżej. Nogi uginają się pode mną. Ale krótka chwila zwątpienia ustępuje i ruszamy do góry w kierunku obozu II. Docieramy zupełnie wycieńczeni, ale to już naprawdę koniec. Szybko rozstawiamy namiot i chowamy się do środka, aby wreszcie schronić się przez zabójczym słońcem.  Chan Tengri dalej widać znakomicie. Tym razem z wysokości 5300 m n.p.m. wydaje się, że jest na wyciągniecie ręki.

3 sierpień (sobota)

Rano po godzinie szóstej budzi nas Marcin vel ‘Heniek’, – który z Jankiem dzisiaj dotarł z dołu. Janusz zawrócił niestety, przekazując cześć rzeczy pozostałej dwójce. Wymaniamy uwagi jak bardzo niebezpieczne było to podejście. Po południu zasłużony odpoczynek  z Grishamem w roli głównej.

4 sierpień (niedziela)

Rano trochę popłochu w obozie. Wszyscy wychodzą do góry. My też chcemy wyjść szybko, aby na przełęczy w obozie III (5800 m n.p.m.) zaklepać sobie miejsce w jamie śnieżnej i jutro nie wynosić namiotu do góry. Startuję pół godziny po tym jak pierwsi ruszyli do góry.  Idzie mi się znakomicie – na przełęczy jestem pierwszy zajmując dwie jamy dla naszej wyprawy. Po godzinie dochodzi reszta naszej ekipy i zaczynamy poszerzać jamę Marcina i Janka. Przyglądamy się czujnie drodze wejściowej na szczyt. Robi wrażenie: 1200 metrów wspinaczki z głową zadartą do góry. Po powrocie do dwójki ustalamy, że pojutrze atakujemy szczyt. Jest to trochę ryzykowne, bo minął zaledwie tydzień od przylotu do bazy, ale czujemy się dobrze, pogoda dopisuje – kujemy żelazo póki gorące.

5 sierpień (poniedziałek)

Przenosimy się do obozu III  na nocleg. Nasza jama jest dość ciasna – zagospodarowanie jej zajmuje więc dużo czasu. W jamie należy gotować blisko wyjścia, aby nie podnosić temperatury wewnątrz jamy, bo powoduje to skraplanie się wody z sufitu. W jamie jest bardzo zimno, kładziemy plecaki pod karimaty i pełni nadziei co do jutrzejszego dnia kładziemy się spać.

6 sierpień (wtorek)

Wychodzimy już po świcie, czyli ok. 5 rano. Poruszamy się powoli. Po dwóch godzinach robimy 30 minutową – zdejmujemy overbuty, wierzchnie spodnie, bo jest  bezwietrznie. Dochodzimy do pierwszych poręczówek, lub raczej tego, co z nich pozostało. Wygląda to w ten sposób, że zwisają z góry 2-4 poręczówki i to Ty decydujesz, do której się wpinasz. Twój wybór – Twoje ryzyko. Trzeba więc iść tak, aby poręczówek nie  za bardzo obciążać albo wpinać się do wszystkich, które wiszą z nadzieja że któraś wytrzyma.  Według mnie za dużo czasu marnujemy na robienie fotek, tracimy też czas idąc w dużej grupie – przez to czekamy często przy poręczówkach aż osoba idąca z przodu zwolni poręczówkę. Ok. 11 tej czuje, że Janek idzie za wolno, wyprzedzam go i narzucam własne tempo, grupa również przyśpiesza. W międzyczasie słonce oświetliło ścianę – zrobiło się znacznie cieplej. Szczyt nadal jest daleko, ok. 13 tej stoimy na ok. 6500 m n.p.m. przy początku kuluaru. Decydujemy, że teraz każdy idzie sam – ile bozia da. Ruszamy, idę pierwszy. Po godzinie widzę, że Kinga wyprzedziła chłopaków! Zuch dziewczyna – skąd ona ma tyle pary? W kuluarze robi się coraz bardziej stromo. Mijam dwóch Hiszpanów, którzy nie wiedząc czemu targają pełne plecaki. Po wyjściu z kuluaru pokonujemy jeszcze dwudziesto metrowy próg skalny o czwórkowych trudnościach. Wreszcie jesteśmy na grani. Już nie widzę nikogo za mną. Idziemy w dużych odstępach.

Trwa wyścig z czasem. Jest 17.15  - do szczytu mam jakieś 150 metrów w pionie, ale to długa na kilkaset metrów śnieżna grań. Niby mało, ale zajmie ze dwie godziny, czyli będę na szczycie godzinę przed zmrokiem. Reszta ekipy dojdzie zapewne już w ciemnościach. Mamy czołówki, jest pogoda – uspokajam się. Szybko jednak podejmuje bolesna decyzje o odwrocie. Czuje się odpowiedzialny za resztę ekipy. Kinga z Heńkiem przyjmują decyzje  z wymuszona aprobatą. Janek, mimo że został z tylu chce początkowo wspinać się dalej i schodzić w nocy. Daje się jednak przekonać, że trzeba wracać. Schodzimy szybko, ale mimo tego w połowie zejścia dopadają nas ciemności – zapalamy czołówki. Zmęczenie oraz potworne zimno dokuczają coraz mocniej.  W ciemnościach nie możemy znaleźć poręczówki z przełęczy, robi się nerwowo. W końcu udaje się i około północy wczołgujemy się w śpiwory.

7 sierpień (środa)

Wiemy, że musimy zejść do obozu II i tam odpocząć. Szybko pakujemy się  i zbiegamy 600 metrów w dół. Naradzamy się co dalej? Analizujemy nasze błędy. Heniek musi schodzić, bo usiadł sobie na okularach i mu pękły. Ja mam w bazie zapasowe, więc weźmie je i wróci – nic innego mu nie pozostało. Janek tez chce początkowo wracać do obozu I i tam odpoczywać. Ja z Kinga decydujemy, że zostajemy w dwójce i tutaj będziemy odpoczywać. Janek przyłącza się do nas. Mimo wszystko jesteśmy dobrej myśli – mamy jeszcze co najmniej tydzień czasu – damy rade. Wieczorem zaczyna mocno śnieżyc, ale nie przeszkadza nam to zbytnio, bo i tak  nie wychodzimy jutro nigdzie.

8 sierpień (czwartek)

Pada, pada i pada. Śniegu równo z namiotem. Musimy z Kinga na zmianę wychodzić i odśnieżać namiot. Ależ to był żmudny dzień.

9 sierpień (piątek)

Pogoda się poprawiła, ale w nocy znowu napadało sporo. Na podejściu do obozu III zrobiło się lawiniasto więc czekamy do jutra aż śnieg się trochę ułoży a to, co ma spaść niech spadnie. Jemy dużo, aby zmagazynować siły na drugi atak szczytowy. Umawiamy się że jutro wychodzimy z samego rana z zamiarem założenia obozu IV na grani na wysokości 6400 m n.p.m..

10 sierpień (sobota)

Rano niestety nie potrafimy się żebrać. Wychodzimy do góry zbyt późno. Gdy jesteśmy na przełęczy ok. 14-tej zaczyna się chmurzyć. Postanawiam, że nie idziemy do góry i będziemy atakować znowu z obozu III. Czujemy, że Janek nie czuje się dobrze, jest słaby, ale nie ma odwagi się do tego przyznać. Umawiamy się, że jutro wstajemy ok. czwartej rano z zamiarem ataku szczytowego. Czujemy się z Kinga mocni – oby dopisała pogoda.

11 sierpień (niedziela)

Wstajemy o 4-tej. Okazuje się, że pogoda jest niepewna. Nie możemy się zdecydować, co robić dalej. Postanawiamy poczekać do 5-tej. Janek nawet nie wychylił się z namiotu, – chociaż w obozie spory już ruch. Robi się jasno. Trzeba się ostatecznie zdecydować – mówie do Kingi. Idziemy! O 6.30 jako jedyni z obozu III wychodzimy na szczyt. Pomni doświadczeń sprzed paru dni systematycznie bez zbędnych przerw pniemy się do góry. Idzie się znakomicie. Pogoda dalej nie może się wyklarować. W końcu ok. 10-tej chmury ustępują i nastaje piękny dzień. Wspinamy się oddzielnie, każdy swoim tempem. Jesteśmy skoncentrowani tylko na wspinaczce, – aby do góry, aby bezpiecznie. O 13.30 po 7 godzinach staje na szczycie, Cóż za widoki na Pik Pabiedy! Kinga dochodzi po dwóch godzinach. Co za radość! Cieszę się, że jesteśmy tu razem! Wspólnie robimy fotki i zaczynamy schodzić. Jeszcze przed wschodem słońca jesteśmy w naszej jamie śnieżnej. Posilamy się, dużo pijemy, bo jutro nie mniej ciężki dzień. – zejście do bazy głównej.

12 sierpień (poniedziałek)

Ależ mamy pokusę, aby dłużej pospać, ale z drugiej strony wiemy, że musimy jak najszybciej przejść lodospad zanim słońce zacznie go roztapiać. O szóstej opuszczamy jamę, schodzimy do dwójki i tam składamy nasz namiot. Dowiadujemy się też, że Janek schodził na dół wczoraj. Droga przez lodospad do jedynki dłuży się strasznie – nie dziwie się, że Heniek nie dał rady podejść tędy drugi raz. Po dotarciu do obozu I stwierdzamy, że obóz całkowicie się zmienił. Tylko parę namiotów, lodowiec odsłonił swoje zdradzieckie szczeliny, no i pełno wody zamiast śniegu i lodu. Zabieramy spod kamienia nasz depozyt i ruszamy podtopionym już nieźle lodowcem w stronę bazy głównej. Lodowiec jest nie do poznania, a minęło zaledwie 9 dni! Zupełnie jakbyśmy byli w innych górach: inny układ form, inny kolor, inne ścieżki. Padamy ze zmęczenia, a raczej z odwodnienia. W dodatku nie możemy w tej gęstwinie szczelin znaleźć drogi do obozu, który na złość już widać na horyzoncie. Próbujemy, ale wszędzie czarna otchłań szczelin zagradza nam drogę. Cofamy się. I tak przez dobre dwie godziny. I wtedy na szczęście spotykamy jakiś narciarzy wysokogórskich, którzy pokazują nam kierunek drogi, który i tak gubimy po paruset metrach. Wreszcie małymi kroczkami docieramy do bazy, źli na siebie za taka nieudolność. Dowiadujemy się jednak, że lodowiec płatał już gorsze figle – ludzie spod samej bazy zawracali do Obozu I, bo nie mogli znaleźć drogi! Spotykamy Marcina i Janka. Marcin próbował dwa razy przejść kuluar między jedynką i dwójką, ale bez powodzenia. Janusz jak się okazało nie mógł się wykurować z załapanej infekcji i zleciał helikopterem na dół. Mamy szczęście, że jutro przylatuje śmigło. Upewniamy się, że będzie dla nas miejsce. Czujemy szczęście i ulgę, że to już koniec, że teraz w nagrodę poplażujemy sobie na jeziorem Issyk Kul. Należy się nam zdecydowanie.

13 sierpień (wtorek)

Helikopter przylatuje planowo, ale nam ciarki znowu przechodzą po plecach jak widzimy sposób, w jaki pilot pakuje ludzi i sprzęt. Po zapakowaniu dostatecznej ‘na oko’ liczby ludzi i sprzętu helikopter odrywa się od ziemi. Chwile wisi w powietrzu i ląduje z powrotem – nie rozumiemy, o co chodzi. Wtedy pilot pokazuje palcami dwójkę w kierunku czekających ludzi na następny lot. Po czym dwójka ludzi z bagażami wskakuje do śmigłowca. I znowu ten sam manewr. Wznosimy się, opadamy, ale tym razem wskakuje jedna osoba, bo helikopter ledwo się poderwał. Teraz dopiero zadowolony pilot startuje i lecimy w kierunku Maida-Adyr. Tam po wylądowaniu robimy sobie fotki z żołnierzami, którym blond włosy Kingi bardzo przypadły do gustu. Czekamy parę godzin na ciężarówkę, która mamy pojechać do Karakon. Podroż dłuży się nam niesamowicie – nie możemy się doczekać cieplej kąpieli i normalnego jedzenia. W Karakol zatrzymujemy się w YAK Tours Hostel na ulicy Gagarina 10. Dowiadujemy się, że maja tu saunę. Nie możemy się nacieszyć. Mimo że dochodzi już dwunasta w nocy postanawiamy pójść do centrum na jakiś ‘normalny’ obiad, zamawiamy po kolei wszystko z jadłospisu. Około drugiej w nocy najedzeni do syta wracamy do Hostelu.

14 sierpień (środa)

Postanawiamy zrobić sobie wycieczkę na koniach po niedalekiej okolicy. Gospodarz hostelu organizuje nam konie. I tutaj czeka nas atrakcja – przenosimy się na nocleg do zwykłej kirgiskiej chłopskiej chaty – klepisko, jedzenie wyłącznie własnej produkcji.  Co za folklor. Babuszka częstuje nas chlebem i powidłami z rożnych owoców. Gawędzimy sobie o ich życiu, o tym jak im się wiedzie, jakie mają problemy.

15 sierpień (czwartek)

Na dzisiaj zaplanowaliśmy przejażdżkę na koniach. Pogoda niestety nie dopisuje i ruszamy przy siąpiącym deszczu. Koń mój jest tak wątły, że mam wyrzuty sumienia jadąc na nim, szczególnie podczas stromych wzniesień. Humory jednak dopisuja i wszyscy mają niezły ubaw z tego, że jadę cały czas ostatni. Na potwierdzenie moich słabych zdolności jeździeckich wjeżdżam wprost na drzewo i prawie zawisam na gałęzi. Wszyscy pękają ze śmiechuJ Na zakończenie mój koń poślizgnął się na mokrej trawie i ledwo, co nie zwalił się na mnie. Szczerze to mam już wyraźnie dość takiej przejażdżki i proszę przewodnika o zmianę konia. Reasumując bardzo ciekawa wycieczka – pełna żartów i nieprzewidzianych zdarzeń. Tego samego dnia udajemy się się na dworzec autobusowy z zamiarem dotarcia do Cholpon Ata – kurortu na północnym brzegu jeziora Issyk Kul.

16 sierpień (piątek)

Cholpon Ata to kurort w rodzaju Sopotu lub Juraty. Tutaj wypoczywają w lecie najbogatsi Kirgizi, tutaj swoja letnią siedzibę ma prezydent. Tego dnia wszyscy nie mogli się doczekać: zasłużone plażowanie. Bierzemy karimaty, kremy i ruszamy w stronę plaży. Wyglądamy naprawdę dziwnie – zupełnie jasna karnacja odróżnia nas od reszty przechodniów. Chcąc szybko wyrównać zaległości w kolorze skory nie smarujemy się kremem przez pierwsze godziny. Jutro będziemy bardzo żałować – stękając i wzdychając na swój ciężki los i pieczące plecy i ramiona. Teraz jest cudownie, woda cudowna, na horyzoncie góry, przejażdżki rowerem wodnym.

JEZIORO ISSYK-KUL – (po kirgisku gorące jezioro) – jezioro jest słynne z tego ze nie zamarza przez cały rok - pomimo siarczystych mrozów w zimie. Wymiary jeziora tj. 170 km długości i 70 km szerokości czynią to jezioro drugim co do wielkości jeziorem typu alpejskiego na świecie (po jeziorze Titicaca. Tafla wody wznosi się na poziomie 1606 m n.p.m., a głębokość sięga około 700 metrów. W czasach ZSRR jezioro było poligonem doświadczalnym dla radzieckiej marynarki – testowano tutaj nowe rodzaje torped.

17 sierpień (sobota)

Dzisiaj odpoczynku ciąg dalszy. Po obiedzie wyruszamy jednak do Biszkeku z zamiarem kupna paru prezentów i zwiedzenia paru najciekawszych zakątków miasta. Z Cholpon Ata droga wiedzie wzdłuż jeziora – podziwiamy przepiękne widoki ośnieżonych szczytów na tle błękitnej wody.

18 sierpień (niedziela)

Zwiedzamy najciekawsze zakamarki miasta, robimy zakupy na bazarze w Osz. Bazar robi wrażenie tylko swym ogromem, bo jeśli chodzi o wybór towarów na  nim dostępnych to prawie nie ma tutaj nic nadzwyczajnego – kasety, jedzenie, skarpety i kantory. Zamawiamy sobie taksówkę na trzecią w nocy.

BISZKEK (dawniej FRUNZE) – Zamieszkała przez 800 tyś. mieszkańców stolica Kirgizji położona jest na północy kraju tuż przy granicy z Kazachstanem. Położone na wysokości zaledwie 800 m n.p.m. miasto otoczone jest ośnieżonymi przez cały rok górami o wysokości ponad 4000 m n.p.m.

19 sierpień (poniedziałek)

Na lotnisku mała utarczka słowna, bo mam 10 kg nadbagażu, ale upieram się, że nie zapłacę, zakładam skorupy, gore-texy, kieszenie upycham, czym się da, a obsługa lotu zmęczona moja determinacja macha ręką i możemy w końcu lecieć. Jeszcze tego samego dnia ok. 11 w południe jestem już w pracy. Powrót do rzeczywistości......

k2-banner

pantera