O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2001 – Huana Potosi (6088 m), Andy, Boliwia

O wielu miejscach na świecie mówi się dość banalnie, że jak raz się tu przyjedzie to się na pewno wróci. Dla mnie takim kontynentem, na który będę wracał dość często jest na pewno Ameryka Południowa. Do Azji z pewnością będę też wracał, ale będą to raczej powroty w góry: Himalaje, Karakorum, Pamir. A do Ameryki Południowej wracać będę chyba z innego powodu. To wymarzony kontynent dla ambitnego i niezasobnego w finanse alpinisty; wymagające sześciotysięczniki są łatwo dostępne; w większości bez lub z niewielkimi opłatami; stabilna pogoda, przyjaźni ludzie. A jeśli to tego dodamy, że po udanej akcji górskiej możemy opalać się na plażach, poznawać nowe kraje, cuda przyrody to nic tylko postanawiamy tam jechać ponownie.

Mój kolega Przemek Lech miał trochę inne powody, aby jechać do Boliwii: ”Lipiec w Pamirze. Drugi tydzień załamania pogody pod Pikiem Lenina doprowadzał nas do skrajnej rozpaczy. Przecież miało być tak ładnie i pogodnie. Z braku innego zajęcia spędzaliśmy czas na pogawędkach w namiocie bazowym. Argentyński przewodnik Damian roztaczał przed nami wizje krainy, w której zawsze świeci słonce, aklimatyzacje zdobywa się w barze przy piwie, a do bazy dojeżdża się taksówką. Czy to możliwe? Dzisiaj mogę powiedzieć, że tak właśnie wygląda wspinanie w Boliwii”.

BOLIWIA – czasami nazywana Tybetem Ameryk – dzięki wyżynie Altiplano położonej na wysokości od 3500 do 4000 m n.p.m.. Obszar równy łącznej powierzchni Francji i Hiszpanii zamieszkuje 8 mln ludzi, z czego ponad 50% stanowią rodowici Indianie. Boliwia od odzyskania niepodległości w 1825 utraciła znaczną cześć swojego pierwotnego terytorium z powodu przegranych wojen z sąsiadami: wojna o saletrę z Chile, konflikt o kauczuk z Brazylią oraz konflikt o domniemane tereny roponośne Chaco z Paragwajem.

BOLIWIJSKI MATTERNHORN

Już sam przylot na lotnisko w La Paz, położone na wysokości 4018 m n.p.m. to ciekawa, „górska” przygoda. Wysiadając z samolotu ledwo łapiemy oddech. Nocna pora, porywisty wiatr, przejmujące zimno sprawiają, że czujemy się jak na nocnej wspinaczce w Alpach. Centrum miasta położone jest w tektonicznej niecce - 300 metrów niżej niż lotnisko. Widok z taksówki jest imponujący. Miliony świateł w niecce robią niesamowite wrażenie!

LA PAZ – jest największym miastem Boliwii zamieszkałym przez milion mieszkańców, to tutaj znajduje się siedziba rządu i prezydenta, chociaż konstytucyjną stolicą Boliwii jest Sucre. Miasto założone zostało w połowie XVI wieku jako następstwo odkrycia złóż złota w okolicy.

Nazajutrz zaczynamy stopniową aklimatyzacje, najlepiej nadają się do tego strome uliczki LaPaz. Zwiedzamy więc centrum miasta, podglądamy miejscowy folklor i ludzi. Typowa południowo amerykańska „manjana” - wrzask, klaksony, megafony, handel uliczny - ale na szczęście wszystko to bez naprzykrzania się turystom. Nad miastem góruje szczyt Ilimani (6438 m n.p.m.), widoczny z prawie każdego miejsca w mieście, pełniący rolę góry narodowej, można by powiedzieć odpowiednik Matternhornu w Szwajcarii.

CORDILLERA REAL – cześć Andów położona na terytorium Boliwii. Najwyższym szczytem pasma jest Ilimanii - 6439 m n.p.m. Najlepszy okres na wspinaczki jest od maja do sierpnia. Jest to co prawda zima ale pogoda jest słoneczna i bardzo stabilna. 

TAXI, CZYLI POPROSZĘ DO BAZY

Wstępnie chcieliśmy jechać na Ancohume, ale stwierdziliśmy, że może by zacząć jednak bardziej spokojnie np. od Huana Potosi (6088 m n.p.m.). Oferuje on lepsze możliwości stopniowej aklimatyzacji. Ci, którzy są dobrze zaaklimatyzowani mogą się dostać do bazy pod szczyt (4800 n.p.m.) taksówką z La Paz w ciągu 2 godzin! Dla słabiej zaaklimatyzowanych, jak my, lepszym rozwiązaniem będzie dwudniowy trekking z przełęczy LA CUMBRE (4800 m n.p.m.). Dojechawszy na przełęcz stwierdzamy, że jest tu znacznie zimniej niż w LaPaz mimo, że to tylko 1000 metrów wyżej. Kierujemy się na zachód w dolinę między szczytami Chacaltaya  5395 m n.p.m. i Charquini 5392 m n.p.m.. Jest tu wspaniale – dzikość przyrody, oczka wodne, przepiękna pogoda. Tylko my, lamy i góry. Podczas całodziennej wędrówki spotykamy tylko samotnego pasterza. Dochodzimy do źródełka przed przełęczą, rozbijamy namiot i liczymy na łagodny wymiar kary przed pierwszą nocą aklimatyzacyjną na wysokości ok. 4500 m n.p.m.

HUANA POTOSI

Następnego dnia bez problemów odnajdujemy drogę do bazy. Chmury na szczęście przegonił wiatr i Huana Potosi odsłonił się w całej okazałości. Zaczynamy przygotowywać się do wyjścia. Analizujemy schemat drogi – musimy założyć jeden obóz przed atakiem szczytowym – standardowym miejscem obozu jest Campo Argentina (5500 m n.p.m.). Jednak większość ekip nie rozbija się tam – zostają ok. 200 metrów niżej w “obozowisku przy skalach” – podobno nie wieje tam tak silnie. My z trzech powodów postanawiamy rozbić się w Campo Argentina: będzie tam mniej ludzi, będziemy mieli lepszą aklimatyzacje na później no i wreszcie jutro będziemy mieli 200 metrów mniej do szczytu. Wyruszamy załadowani ciężkimi worami. Początkowo droga biegnie moreną, po dwóch godzinach wychodzimy na strome śnieżne zbocze, które trawersujemy bardzo ostrożnie. Wreszcie wychodzimy na ostrą grań i po godzinie wyczerpani zrzucamy plecaki w Campo Argentina.

W nocy prawie nie śpię. Około trzeciej nad ranem słyszymy glosy na zewnątrz – to ludzie z poniższego obozowiska podchodzą już do góry. Po godzinie żmudnych przygotowań wychodzimy z namiotu. Zaczynamy podchodzić – każdy swoim tempem. Po godzinie dochodzimy do bariery lodowo-śnieżnej. Wygląda dość trudno. Czasu mamy jednak niewiele – parę zdecydowanych wbić czekana i jesteśmy u góry. Ale z powrotem trzeba będzie się przeasekurować – stwierdzamy zgodnie z Przemkiem. Zaczyna powoli świtać. Po następnej godzinie docieramy do ostatniego 150 metrowego bardzo stromego odcinka. Jeden czekan to wyraźnie mało, ale systematycznie pniemy się do góry. Im wyżej tym bardziej stromo i co gorsza z śniegu robi się lód – jest czujnie. Po piętnastu minutach jesteśmy na szczycie. Nagroda zawsze ta sama, ale równocześnie zawsze inna – widoki ze szczytu na cztery strony świata – Ilimani, rejon Ancohuma, jezioro Titicaca, wulkan Sajama. Słońce zaczyna coraz bardziej przypiekać, śnieg i lód topnieją w oczach, musimy żwawo schodzić na dół. Po drodze pakujemy obóz i schodzimy na przełęcz, gdzie łapiemy transport do La Paz i wieczorkiem popijamy tam jeszcze piwko w miejscowym barze. Co za dzień!

ANCOHUMA

Nazajutrz okazało się, że Przemek lekko się poodmrażał i stwierdził, że potrzebuje trochę cieplejszego klimatu i zamierza jechać na Pampę. Trudno mi się z nim nie zgodzić. Ja jestem zdecydowany wspinać się dalej. Przejścia solo to nie moja specjalność – szukam więc w agencjach jakiegoś partnera - westmana lub może miejscowego przewodnika. Po żmudnych poszukiwaniach udaje mi się poznać przewodnika Abele, z którym dobijamy targu - naszym celem ma być Ilimani – przepiękna góra widoczna ze stolicy Boliwii. Udajemy się na skrzyżowanie łapać transport w stronę szczytu. Ilimani leży w bardzo słabo zaludnionej części kraju, transport publiczny jest więc sporadyczny. Jestem pod presją czasu – zaczynam się niecierpliwić. Wreszcie po krótkiej pogawędce z miejscowym taksówkarzem na temat możliwości dotarcia w okolice szczytu, decyduje się na zmianę planów. Postanawiam, że pojedziemy jednak na Ancohume (6427 m n.p.m.). Abele stwierdza jednak, że jeszcze tam nigdy nie był!!?? Ręce mi opadają! Tak więc zostałem przewodnikiem boliwijskiego alpinisty w jego ojczystym kraju!

Następnego dnia udajemy się do miejscowości Sorata. Spory odcinek drogi wiedzie wzdłuż jeziora Titicaca, mijamy jego brzegi tylko o 15-20 metrów. Następnie zjeżdżamy serpentynami w dół do Soraty, o której mówi się, że jest rajem na boliwijskiej ziemi. Dotarwszy na miejsce mogę tylko to potwierdzić. Gaje oliwne, palmy na tle ośnieżonych, groźnych szczytów to prawdziwie bajeczna sceneria. Położona na wysokości 2700 m n.p.m. Sorata to brama do zachodniej części Cordyliera Real. Należy zwrócić uwagę, że Ancohuma położona na wysokości 6427 m n.p.m. przewyższa Sorate o ponad 3700 metrów, czyli więcej niż wierzchołek Everestu przewyższa bazę od strony Nepalu. Pokazuje to jak długie i trudne potrafią być wspinaczki w Andach.

JEZIORO TITICACA – z lustrem wody na wysokości 3820 m n.p.m jest prawdopodobnie najwyżej położonym żeglownym jeziorem świata. Przez jezioro o wymiarach 230km  na 97 km i powierzchni przekraczającej 8000 km2 przebiega granica Boliwii i Peru. Według prehistorycznych mitów w wodach jeziora narodziły się wszystkie bóstwa oraz słońce, a Inkowie wyznawali, że ich pierwszy władca powstał ze skały nazywanej Titicaca (skała pumy), która wznosi się na północnym krańcu Isla del Sol.

 

Po dwóch wyczerpujących dniach docieramy do ostatniego obozu na wysokości 5800 m n.p.m.. Nadchodzi dzień ataku szczytowego. Wstajemy po czwartej rano, sprężamy się szybko i wychodzimy z namiotu. Wiążemy się liną i ruszamy w stronę szczytu. Robi się coraz stromej, szczeliny szczerzą się do nas swoją głębią. Po trzech godzinach dochodzimy do bariery lodowo -śnieżnej na wys. ok. 6300 m n.p.m.. Słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewać – śnieg i lód topi się w oczach, mimo że jest dopiero 8 rano! Abel zaczyna kręcić głową – udaje, że go nie rozumiem, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że ma ochotę się wycofać. Próbuję szukać jakiś argumentów, ale nic racjonalnego nie przychodzi mi do głowy: czekan w ogóle nie trzyma się śniegu i lodu, wszystko płynie, pod nami czeluść z szczelinami, wzmaga się coraz silniejszy wiatr, na pomoc w razie wypadku nie ma co liczyć. A niech to!! Stoję jeszcze tak chwile bezradny przed bariera i w końcu przyznaje racje Abelowi. Asekurując się na przemian zaczynamy schodzić w całkowitym milczeniu. Żal serce ściska, bo tak się napracowaliśmy i nic z tego nie wyszło. Z drugiej strony nie ma co ryzykować. Jest tyle przepięknych szczytów jeszcze do zdobycia. Poza tym mam dla kogo wracać.

ANDYJSKI EXTREM

Spotykamy się z Przemkiem ponownie w LaPaz i postanawiamy jakoś wykorzystać pozostałe dwa dni pobytu. Decydujemy się przygodę rowerową.

DOWNHILL LaCumbre – Coroico - czyli zjazd rowerem z przełęczy LaCumbre położonej na wysokości 4800 m n.p.m. do przedmieść Coroico leżącego na wysokości 1700 m n.p.m. . Jak łatwo obliczyć droga obniża się o ponad 3000 metrów na odcinku o długości 80 km. W tym czasie klimat zmienia się typowo górskiego przez umiarkowany do wilgotnego aby zakończyć całą wędrówkę w tropikalnym klimacie pogórza Yungas! Droga ta przez wielu uważana jest za najbardziej karkołomną trasę obu Ameryk.

Jest nas kilkanaście osób oraz dwaj przewodnicy. Wszyscy grubo ubrani w polary, czapki i rękawiczki.  Wyjeżdżamy z rowerami na znajomą przełęcz La Cumbre, a stamtąd to już tylko w dół. Najpierw zjeżdżamy drogą asfaltową – co za widoki! Co za szybkość! Wjeżdżamy w tunel, a za nim policyjna bramka, po minięciu której czeka na kilkaset metrów lekko w górę – jedyny odcinek na całej trasie gdzie trzeba pedałować!. Krajobraz błyskawicznie się zmienia – wraz z nim temperatura i nasze stroje. Górskie szczyty zostają z tyłu, wjeżdżamy w zieloną krainę Jungas. Kończy się droga asfaltowa – teraz już do końca droga biegnie po nawierzchni piaskowo-kamiennej. Trzeba pamiętać, aby nie hamować przednim hamulcem, bo może się to zakończyć ‘koziołkiem’ – co przy osiąganych prędkościach nie jest z pewnością doświadczeniem miłym. Generalnie obowiązuje prosta zasada fizyki, że szybciej jedzie ten, kto mniej używa hamulca. Druga zasada jest taka, że młodsi jeżdżą szybciej. Cechuje ich mniejsza awersja do ryzyka. Prym wiodą dwaj 19-letni Irlandczycy. Las gęstnieje – wjeżdżamy w dżunglę. Po pysznym obiadku jedziemy dalej. Robi się jeszcze ciekawiej, a raczej niebezpieczniej. Droga, którą cały czas jedziemy to jedyna droga krajowa łącząca dwa regiony kraju. Pełno na niej ciężarówek. Jazdę urozmaicają nam również strumyczki, rzeczki i wodospady, pod którymi przejeżdżamy – doświadczając cudownego prysznica. Przydaje się bardzo, ponieważ kurz jest niesamowity – wyglądamy wszyscy jak górnicy po dwóch zmianach. Zaciśnięte na kierownicy od paru godzin ręce domagają się odpoczynku. Wreszcie zmordowani, po 6 godzinach dojeżdżamy do mety w Coroico.

UŻYTECZNE INFORMACJE :

BILETY LOTNICZE – najtańszym, aczkolwiek nieco skomplikowanym, sposobem na dostanie się do tego pięknego kraju, szczególnie w okresie czerwiec -sierpień jest kupno biletu lotniczego typu ‘last minute’ z Niemiec do Sau Paulo lub Rio de Janerio. Stamtąd drogą lądową podróż do Boliwii trwa minimum 2 dni. Koszt takiej podroży w dwie strony powinien się zamknąć w granicach ok. 2500 złotych. Zasobniejsi turyści mogą szukać bezpośrednich połączeń do La Paz, których koszt w sezonie oscyluje w okolicach 3000-3500 złotych. Należy pamiętać o opłacie wylotowej z Boliwii w wysokości 25 USD.

SZCZEPIENIA – konieczne jest zaszczepienie się przeciwko żółtej febrze, częstą praktyką jest kontrola szczepień na granicy.

WIZY – do Boliwii, Brazylii wizy nie są wymagane. Konieczne jest posiadanie wizy do Peru. Ważność paszportu to minimum 6 miesięcy od daty wjazdu.

W Boliwii nie ma polskiej placówki dyplomatycznej. Ambasador RP w Peru akredytowany jest również w Republice Boliwii. Istnieje natomiast Konsulat RP w La Paz, Konsul Honorowy: Peter Salzmann Donig (hiszpański, angielski), Calle Potosi 1321, La Paz, Boliwia, tel. (00-591-2) 233-89-32, 233-86-78, 233-90-63; fax (0512) 211-47-49, tel. kom. 0591271534956, e-mail:

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.