O Mnie

MARCIN MIOTK – himalaista, taternik, członek kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu we wspinaczce wysokogórskiej.

 

Urodził się w 1973 roku w Wejherowie.

W 2005 roku jako pierwszy Polak zdobył samotnie najwyższy szczyt świata Mount Everest (8850 m) bez używania dodatkowego tlenu, za co otrzymał nagrodę Kolosa w kategorii Alpinizm oraz wyróżnienie w międzynarodowym konkursie ExplorersWeb.

W Himalajach zdobył również ośmiotysięczniki Shisha Pangma Middle (8013 m), Cho Oyu (8201 m) oraz brał udział w wyprawach na południową ścianę Annapurny (8091 m) oraz siedmiotysięcznik Nanda Devi East (7434 m).

 

W roku 2007 zdobył tytuł Śnieżnej Pantery - przyznawany za zdobycie wszystkich szczytów siedmiotysięcznych w byłym ZSRR tj. Chan Tengri (7010 m), Pik Pobiedy (7439 m), Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Komunizmu (7495 m), Pik Lenina (7134 m).

Więcej>>

 

Aktualności

2001 – Jebel Toubkal (4160 m), Atlas, Maroko

Przed wyjazdem musze sobie wyrobić nowy paszport, ponieważ ważność obecnego paszportu kończy się za 3 miesiące a przepisy marokańskie wymagają, aby paszport był ważny przez min 6 miesięcy od daty wjazdu do kraju. Było mało czasy – problematyczne było tez to, że mieszkając w Warszawie musiałem sobie wyrobić paszport w Wejherowie, czyli tam gdzie jestem zameldowany. Rodzice jednak obiecali pomoc: poszedłem zrobić zdjęcia, wypełniłem wniosek i porosiłem, aby ojciec to wszystko zaniósł do urzędu paszportowego odbierając wcześniej zdjęcia paszportowe. Tata wszystko zrobił jak prosiłem. No może nie do końca. Po dziecięciu dniach dzwonie do domu zniecierpliwiony czekaniem, bo do wyjazdu już 5 dni. Mam prosi mnie, abym usiadł. Już czułem, że cos nie gra. Okazało się że odebrany paszport ma nie moje zdjęcie !!!! J L. Okazało się, że Tato odbierając zdjęcia od fotografa wziął nie moje zdjęcie – pani pomyliła się i wydala mu inne. Dziwiłem się tylko że ojciec nie spojrzał jak syn wyszedł  L. Byłem lekko podłamany. Trzeba działać szybko. Tym razem wysłałem mamę do akcji. Odebrała moje zdjęcia od fotografa, zakupiła dwie flaszeczki wódeczki i po 2 dniach miałem paszport. Ależ to proste.

19 kwiecień

Co za dzień! Rano jeszcze jadę na Bemowo na trening Project Management. Po treningu szybko jeszcze do Hita na zakupy + szybkie golonko u fryzjera ‘na Afrykę’! Po dotarciu taksówką na lotnisko spotykam tam Kingę i razem już podchodzimy do odprawy, a tam koleś patrzy na nasze bilety i mówi, że najpierw musimy się udać do biura Alitalii. A tam już czeka spory tłumek ludzi. Mamy chyba jakieś problemy. Zaczynam się bać, że dzisiaj już nie polecimy, albo polecimy później, co w konsekwencji może nas kosztować jeden dzień cennego urlopu. Nagle ktoś z Alitalii rzuca hasło że wszyscy powinni się kierować do odprawy. Iście włoski porządek! Z godzinnym opóźnieniem zaczynamy kołować do stary. My z Kinga trzymamy kciuki, aby zdążyć na samolot do Casablanki w Milanie. Dla Kingi to pierwszy lot, ale nie wydaje się przestraszona – bardzo się jej podoba start. Co za szybkość! W samolocie zabawna sytuacja. Przed nami grupka Polaków – zwykłych robotników, którzy lecieli samolotem na jakiś kontrakt do Włoch. Nie znali ani angielskiego ani tym bardziej włoskiego, a koniecznie chcieli się dowiedzieć ile kosztują Marlboro w wolnocłowym sklepie pokładowym. Próbowali na migi J, było po niemiecku „szraiben mi cenę”, a nawet po rosyjsku: “po ilje?”. Żal mi było rodaków wiec pomogłem. W końcu największy zainteresowany stwierdził: „ a tak w ogóle to nie pale i nic nie kupuje” – żałość. W Milanie jesteśmy na 20 minut przed odlotem samolotu do Casablanki. Szybko znajdujemy swojego ‘gata’. Cale szczęście, że samolot jest opóźniony, bo mieliśmy małe szanse, aby zdążyć, a nie jestem pewien czy by na nas czekali. Dodatkowo jest szansa, że bagaże poleca z nami a nie zostaną gdzieś w strefie transferu. Odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. W Casa (Casablance) jest przepiękna fontanna na lotnisku. Ostatni pociąg do centrum już pojechał – musimy wiec wziąć taxi. Podłączamy się do jakiś Włochów i w czwórkę ruszamy do centrum. Wysiadamy na dworcu kolejowym. Jest środek nocy, mamy jednak szczęście, bo za półtorej godziny mamy pociąg do Marakeszu. Pociąg już czeka na peronie, ale prawie wszystkie miejsca są zajęte, bo wszyscy sobie leżą na siedzeniach.

20 kwiecień

Do Marakeszu dojeżdżamy bez większych przygód na zmianę czuwając. Postanawiamy że od razu udajemy się do Ouzoud, aby zobaczyć wodospady. W autobusie mamy już pierwsze przejawy miejscowego folkloru, pomocnicy kierowcy wskakuj, wyskakują z rozpędzonego autobusu potwierdzając przed innymi pasażerami nieprzeciętne i wyjątkowe umiejętności w sprawowaniu swojej pracy. Wysiadamy w malej mieścinie, ok. 20 km przed Azilal. Cudem zatrzymują się jacyś Francuzi i pytają mnie o drogę w stronę wodospadów. W zamian proszę ich o podwiezienie w tamtą stronę. Zgadzają się, ale widzę że wielkość naszych plecaków trochę zszokowała. Jak można podróżować z takim plecakiem?! Już zaczynamy się pakować, gdy podbiega do Francuzki jakiś Marokańczyk i zaczyna gestykulować. Okazało się że strasznie psioczy na kobietę że ta zabiera mu chleb podwożąc nas autostopem. Francuz się wkurzył i dal mu 20 DRH, aby się odczepił. W końcu sami zapłaciliśmy zakręceni całą sytuacja. Dojeżdżamy do Ouzoud – szum wodospadów słychać już z daleka. Najpierw idziemy je zobaczyć z góry – przepiękne i bardzo wysokie. Wodospady są super do ‘zwiedzania’, ponieważ można bardzo blisko nich podejść, z góry, z dołu, z boku – rewelka. Widok z dołu jest jeszcze bardziej imponujący – woda wypływa z niewiadomo skąd, spada 100 w dół, a potem piętrzy się i znowu 20 metrowym progiem w dół – rarytas dla miłośników wodospadów. Maroko i wodospady? Kto by pomyślał?

Z Ouzoud do drogi Marakesz-Azilal podwożą nas ‘znajomi Francuzi’. Do Azilal próbujemy łapać stopa, ale w końcu jedziemy ‘grand-taxi’. W Azilal rozglądamy się za transportem do Agauti, aby stamtąd wejść na Irhil M’Goun – drugi co do wielkości szczyt Maroka. Nasze zapały studzi jednak jeden z naganiaczy, który twierdzi z Agoutin na M’Goun to trzydniowa wyprawa. Sprawdzamy to jeszcze raz na mapie – Could be. Pasujemy wiec i szukamy noclegu, aby z samego rana wrócić do Marakeszu. Właściciel naszego pensjonatu na wieść że jesteśmy z Polski wypowiedział tylko dwa słowa: i nie było to Lech Walensa, Warsovia czy nawet Andrzej Gołota – krzyknął tylko z lekkim uśmieszkiem – POLSAT ! DISCO POLO! Właściciel był tez jednym z bohaterów przezabawnej historyjki. Wykupiliśmy ciepły prysznic za 5 DRH. Ale przed prysznicem chciałem skorzystać z toalety i pytam się kolesia gdzie mogę skorzystać. Ale on, mimo że znal podstawowe słownictwo angielskie na watercloset wzruszał tylko z dezaprobatą ramionami. Nie dąłem za wygrana – kucam w pozycji narciarza i pokazuje, o co mi chodzi. Po chwili nasz gospodarz znika gdzieś. Po kilku minutach przybiega zdyszany z plastikowa skrzynka i kładzie ja pod prysznicem i pokazuje że tak będzie ok.! A ja cały czas nie rozumiem jak kupa może się zmieścić w tym odpływie od prysznica. Pokazuje mu ta kratkę: ‘IMPOSSIBLE, IMPOSSIBLE’!. A on przynosi na ten odpływ kratkę i pokazuje że ok. Prawie już załamany że będę musiał gdzieś iść na zewnątrz poszukać sobie ustronnego miejsca – poszedłem z gospodarzem na mały obchód pietra – koleś otwiera drzwi a tam...... najprawdziwszy kibel typu ‘narciarz’ – prawie taki sam jak ‘5 Stawach’. Jestem uratowany.

21 kwiecień

Wstajemy o niechrześcijańskiej porze, bo już o 5 rano mamy autobus do Marakeszu. Autobusy to główny środek komunikacji na południe od Marakeszu (Marakesz jest ostatnim miastem na pd Maroka gdzie dociera kolej). Obsługa autobusu składa się najczęściej z 3 osób – kierowcy, bagażowego i biletowego. Po podróżach po wielu krajach trzeciego świata doszedłem do wniosku że wielkość bezrobocia w danym kraju można oszacować po tym ile osób obsługuje jeden autobus. Im więcej obsługi tym większe bezrobocie. Z drugiej strony w Polsce obsługuje najczęściej jedna a bezrobocie wcale niskie nie jest.

Przed południem docieramy do Marakeszu – znajdujemy sobie hotelik blisko Dżamel El -Fna – spotykamy tez grupę Polaków z Annapurna Klub. Potem ruszamy na zwiedzanie miasta – place El-Badi, El-Bahia oraz charakterystyczny meczet Kutubia. Po południu robimy mały reścik w hotelu a wieczorkiem znowu ruszamy w miasto. A tam... tłumy ludzi. Wcześniej wydawała się nam, że ludzi jest dużo, ale okazało się, że wszyscy pochowali się w cieniu i dopiero teraz wyszli na ulice. Siadamy sobie przed meczetem Kutubia na ławeczce i z rozdziawionymi buziami obserwujemy przeciętnych Marokańczyków: ich rozmowy, śmiech, spojrzenia, zabawy z dziećmi. Przeważają kobiety. Mężczyźni pewnie siedzą w barach J. Następnie udajemy się na nocna przechadzkę po Dżamel El –Fna. TO JEST TO! Miejsce to zmieniło się od południa całkowicie. W dzień wyludnione, nocą zamienia się w całkowicie: setki kramów, głownie z jedzeniem, grupy taneczne, zaklinacze węży, teatry uliczne i ten orientalny zapach w powietrzu.

22 kwiecień

Raniutko jedziemy na dworzec autobusowy, aby stamtąd pojechać do Ansi – w stronę gór Atlas i najwyższego szczytu Dżabel Toubkal. Okazuje się jednak, że autobus jedzie dopiero za 2.5 godz. O nie – czekać nie będziemy. Idę szukać taksówki. Negocjacje są krótkie, bo taksówek kilkadziesiąt a klientów brak. Ich cena: 400, moja: 100 – czyli jedziemy za 100. Z Ansi do Imil dostajemy się ciężarówka za 20 DRH. A tam znowu Polacy, i to w dodatku znajomi z Uniwersytetu Gdańskiego: Agata Depka i spółka. Posilamy się co nieco i ruszamy w stronę schroniska Nelter – przed nami 5-6 godzin marszu. Po godzinie spotykamy Agatę, która schodzi ze szczytu – co za spotkanie – strzelamy niedźwiedzia. Idzie się dobrze, widoki coraz lepsze, wioski zostaje w tyle. Po drodze spotykamy inna grupa Polaków, którzy przyjechali do Maraka samochodem – co za poświecenie – 3 dni w jedna stronę! Ale zaraz gdzie my tak właściwie jesteśmy? W Tatrach czy w Atlasie – sami Polacy na trasie J. Zaczyna się trochę chmurzyć i kropić, ale na sucho docieramy do schroniska. Cena noclegu trochę nas poraża tj. 100 DRH. Gdyby tak była legitka PZA. Ach! – 50 DRH. Jesteśmy mocno zdziwieni ilością śniegu w górach. Podobno o tej porze roku powinno tu być po pas śniegu. A tutaj nawet najwyższe szczyty w okolice są ‘czarne’. Przewodnicy ze schroniska twierdzą, że śniegu jest najmniej od 10 lat. Niby dobrze bo lepiej się będzie wchodzić, ale w końcu po co wieźliśmy raki  L.

23 kwiecień

Pobudka o 5.20. Jest lampa! Szybkie śniadanko i ruszamy do góry. Dobrze, że przed nami wyszła już grupa – nie mamy wiec problemów z orientacją. Mimo, że kierunek marszu jest oczywisty, na trasie znajduje się wiele ścieżek i odgałęzień – najlepiej trzymać się kopczyków. Kinga spisuje się znakomicie wiec po 2,45 godz. Stoimy na najwyższym szczycie Afryki Płn. Co za widoki! Dokoła same góry. Jak zwykle wydaje się że nie stoimy na najwyższym szczycie – że inne szczyty są ociupinkę wyższe. Już po godz. 11 tej jesteśmy z powrotem w schronisku, a wieczorem już jemy kolacje na Dżamel-El-Fna w Marakeszu.

24 kwiecień

Dzisiaj jedziemy do Boumalne du Dades – miasteczka u wylotu doliny i przełomu Dades. Droga z Marakeszu wiedzie przez góry do Warzazat. Pokonujemy przełęcz Tizi-n-Tichka (2260 m npm). Droga wije się serpentynami. Chciałem zrobić zdjęcie w najwyższym punkcie z przełęczy i wychylam się przez okno próbując złapać najlepszy widok. I gdy wydawało mi się że już jesteśmy na najwyższym punkcie tj. na przełęczy Marokańczycy jadący z nami autobusem krzyczeli że Nie! Nie ! Należy jeszcze poczekać na good foto J. Wieczorkiem w naszym hoteliku siadamy z młodymi Marokańczykami w barze i prowadzimy dyskusje o globalizacji, religii, przyrodzie itp. Na koniec jak zwykle oferują nam swoje usługi przewodnickie.

25 kwiecień

Dzisiaj robimy sobie piesza wycieczkę w gore przełomu Dades, – który ciągnie się na długości ok. 25 km a otoczony jest szerokimi ścianami. Urzekają nas rożne formy skalne. Im dalej idziemy tym doga staje coraz węższa a rzeka płynie coraz bliżej drogi. Przełom kończy się imponującymi serpentynami, które wyprowadzają na szczyt przełomu skąd roztaczają się niezapomniane widoki. Wieczorem udajemy się w kierunku wąwozu Todra.

26 kwiecień

Wąwóz Todra to niewątpliwe jedna z większych atrakcji przyrodniczych Maroka. Wysokie na 300 metrów ściany zbliżają się do siebie w najwęższym miejscu na 10 metrów, którym płynie mała rzeczka. Wąwóz najlepiej zwiedzać rano, gdy wschodzące słonce oświetla skały nadając im różne odcienie. W ciągu dnia w wąwozie panuje cień, co nie sprzyja zrobieniu efektownych zdjęć. Todra jest tez rajem dla wspinaczy – drogi są ospitowane. W południe udajemy się kierunki Er-Rachidy, Risani i Merzougi – wioski tuż przy pustyni, a konkretniej ergu Erg Chebbi. Po długotrwałych negocjacjach decydujemy się zapłacić 650 DRH za pakiet z noclegiem na pustyni i przejażdżką wielbłądami o świcie. Spędzamy na pustyni bardzo romantyczny wieczór. Są świece, jest kolacja. W nocy zrywa się ostry wiatr – piasek przenika przez wszystko. Nad ranem jak to nas uczono na lekcjach geografii robi się bardzo zimno – temperatura spada do zaledwie kilku stopni powyżej zera.

27 kwiecień

Rano w blasku wschodzącego słońca ruszamy na naszych wielbłądach na przejażdżkę. Pustynne wydmy jarzą się swym blaskiem. Jest bardzo, bardzo romantycznie – tylko my, wielbłądy i przepiękny krajobraz. Naprawdę nie chce się stąd wyjeżdżać. Powoli jednak pakujemy nasze rzeczy i wyruszamy do Risini, aby tego samego dnia po kilkugodzinnej podróży dotrzeć do Fezu.

28 kwiecień

Zamieszkały przez ponad milion mieszkańców Fez jest najstarszym z cesarskich miast Maroka. Dla wyznawców Islamu stanowi symboliczne serce Maroka. Tutejsza medyna to jedno z największych miast, gdzie życie tętni jak w średniowieczu. Medynę to 9600 ! wąskich uliczek, których nie sposób zwiedzić bez miejscowego przewodnika. Mieszczą się tutaj niezliczone zakłady rzemieślnicze, z których najsłynniejsze są garbarnie skory, w których proces garbowania skóry nie zmienił się od średniowiecza – młodzi chłopcy ugniatają skry nogami w wielkich glinianych misach.

Kinga trochę się podtruła więc nie forsujemy tempa. Mamy szczęście, bo spotykamy Abdula – Marokańczyka mówiącego dobrze po polsku. Jak się okazało skończył on 6 lat temu studia na AGH w Krakowie – kierunek hydrologia. Abdul jest bardzo gościnny – zaprasza nas do zwiedzenia domu swoich rodziców w medynie, co jest dla nas niesamowita przygoda, ponieważ mamy okazje zobaczyć jak wygląda marokański dom od środka. Następnie Abdul jest naszym przewodnikiem po medynie oraz garbarni. Włóczenie się uliczkami medyny dostarcza niesamowitych wrażeń – człowiek chodzi bez celu i nie może się nadziwić temu miejscu.

29 kwiecień

Dzisiaj jedziemy do Meknes, które z racji wielu zabytków nazywane jest Wersalem Maroka. Miasto to swoja historię zawdzięcza sułtanowi Mulaj Ismail, który to wyniósł Meknes do rangi stolicy. Sułtan miał wiele żon (350-500) oraz ponad 800 dzieci. Wybudował sobie ogromną siedzibę ze stajnią na ponad 12 tyś. koni.

30 kwiecień

Dzisiaj zrobiliśmy sobie jednodniową wycieczkę do Volubilis – byłej rzymskiej osady z II wieku n.e.. Była to placówka Cesarstwa Rzymskiego, która kontrolowała jego interesy w Afryce Płn-Zach.. Z miasta zachowały się resztki ruin oraz piękne mozaiki, które jednak skandalicznie zabezpieczone tracą swoje piękno.

1 maj

Raniutko jedziemy z Meknes do Szefszawanu – przepięknym miasteczku w górach Rif. Miasto to położone na wielu wzgórzach jest ‘miastem niebieskim’, – jako że większość domów oraz innych obiektów malowane jest na ten właśnie kolor. Jest to cudowne miasteczko na kilkudniowy odpoczynek od typowego marokańskiego zgiełku – klimatyczne kafejki, spokojni ludzie, przepiękne zielone wzgórza.  Kupujemy tutaj pamiątki dla rodziny, Kinga kupuje tez sobie fajny płaszczyk.

2 maj

Pojechaliśmy to Tetuanu – miasteczka na północy Maroka. Miasto to jest zupełnie inne od południowej części Maroka – jest bardzo brzydkie, ludzie są BARDZO nachalni, a wręcz agresywni. Miasto jest bardzo europejskie, jako ze stanowi można powiedzieć wrota do Maroka dla przybyszy przyjeżdżający przez cieśninę Gibraltarską.

3 maj

Miasto cesarskie Rabat lezące podobnie jak Casablanca nad oceanem Atlantyckim znane jest głównie z Wieży Hassana. Ten potężny minaret miał być największy i najwyższy w całym świecie muzułmańskim. Jego budowę rozpoczął sułtan Jakub al.-Mansur ale niestety po jego śmierci prace zaniechano. Do dzisiaj pozostało tylko 44 –metrowa wieża (miała mieć 60 metrów), przylegający do niej meczet został doszczętnie zniszczony podczas trzęsienia ziemi w 1755 roku. Godnym polecenia zabytkiem jest także Mauzoleum Mohammeda V (ojca Hassan II) - bogato zdobiony grobowiec robi niesamowite wrażenie, tym bardziej ze ogląda się go wysokiej galerii. Płyniemy sobie jeszcze z Kinga do Sale – bardzo urokliwego miasteczka położonego po przeciwnej stronie rzeki Bu Regreg.

4 maj

Do Casablanki dostajemy się miejscowym ekspresem. Jesteśmy już bardzo zmęczeni wiec chcemy zobaczyć tylko Meczet Hassana II – zwieńczony najwyższym minaret świata  (210 metrów). Ten kosztujący 800 mln dolarów meczet to drugi po Mekce obiekt sakralny świata. Zbudowany został w 5 lat i oddany do użytku w 1993 roku na 60 urodziny Hassana II. Inne rzucające na kolana cechy tego obiektu to podgrzewana podłoga, elektryczne otwierane drzwi. Charakterystyczne jest fakt, że ten cudowny, pełen przepychu obiekt bardzo kontrastuje z slumsami Casablanki. Dla nie-mułzumanów dobra wiadomość to że jest to bodajże jedyny meczet nas wiecie, który mogą zwiedzać nie-mułzumanie.

k2-banner

pantera

SWF file not found. Please check the path.